21 maj 2012

Strach ma wielkie oczy, czyli Picasa raz jeszcze

Raz jeszcze,  ze specjalną dedykacją dla wszystkich, którzy doświadczyli lęku przed nieznanym. Opisuję na prośbę Pani Magdy ;)

Początek można by zapisać słowami Mickiewicza (a wielkim poetą był!): „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?”

W mojej biednej humanistycznej głowie wykorzystanie Picasy rosło i rosło… Nie byłam w stanie sama siebie przekonać, że spróbuję, dam radę, to ok, nie dam, poszukam pomocy. Czytałam, że to łatwe narzędzie. Przewodnik ze zdjęciami i w języku polskim znalazłam na głównym blogu Programu. Ale i to mnie nie przekonywało. Co więc się stało, że w końcu się z nią zmierzyłam?

Po pierwsze: potrzebowałam odpoczynku. Chwili ciszy, skupienia na sobie, oderwania myśli od szkoły, pracy.  Doskonałym na to momentem okazał się długi weekend majowy. Piękna pogoda, bajeczne słońce, mój cudny balkon, a na nim leżak. Takie małe szczęście :) Kolejna książka Ulatowskiej, audiobook Chmielewskiej, ulubiony film. Tylko tyle lub aż tyle.

Po drugie: potrzebowałam wsparcia. Być może gdyby w moim szkolnym otoczeniu znalazł się ktoś, kto pokazałby Picasę… Niestety, kogokolwiek pytałam o Picasę lub Gimpa rozkładał ręce i uciekał z przestrachem :) Ów długi weekend owocował także w obecność mojego męża, który na co dzień pracuje w Warszawie. Ciągle wydaje mi się, że łatwiej mu przychodzi nauczenie się czegoś nowego (technicznego, bo gdybym mu zaproponowała rozbiór zdania lub analizę wypowiedzeń wielokrotnie złożonych – nie byłby już taki chętny do współpracy). Jego obecność miała mi zapewnić poczucie bezpieczeństwa. W razie gdyby komputer chciał mi przy Picasie wybuchnąć, on by temu z pewnością zapobiegł, ja co najwyżej wyrzuciłabym go przez okno :)

Po trzecie: potrzebowałam czasu. Ten  – dodany do wypoczętego umysłu, wyciszonych emocji i obecności pogotowia technicznego w osobie męża – był niezbędny, żeby usiąść i spróbować.

Usiadłam więc. Mój mąż obok mnie. Raz, dwa program się ściągnął (skorzystałam z naszej ulubionej strony www.dobreprogramy.pl), a po zakończeniu instalacji zaskoczył mnie, bo w ogóle nie chciał się wyłączyć! Ciągle tylko chciał skanować mój komputer w poszukiwaniu zdjęć. No, to mu w końcu na to pozwoliłam. A mój mąż cierpliwie patrzył. Dla relaksu poszedł zrobić herbatę. Zeskanowane foldery ze zdjęciami nagle znalazły się do wyboru w Picasie, która sama sobie się wzięła i z moimi zdjęciami uruchomiła. Wybrałam więc fragment wycieczki do Ciechanowca (chytrze, co? przy okazji rozwinęłam sobie działanie projektowe) i zaczęłam klikać tu i ówdzie.

Kluczyk do roweru – podstawowe narzędzia: przycinanie zdjęcia, wpisywanie na nie tekstu (wraz z wyborem czcionki, jej wielkości i koloru).

Czarno-białe słoneczko – pomagało w podreperowywaniu bardzo kiepskich zdjęć. Suwałam dzielnie suwakami i sprawdzałam efekt.

Pędzelki – świetna zabawa z kolorystyką zdjęcia.

Po pewnym czasie zauważyłam, że pod zdjęciami są strzałki, które umożliwiają obracanie, przekręcanie zdjęć. Dziś odkryłam małą pinezkę, dzięki której mogę zatrzymać obraz na dłużej. Gdzieś (ale nie wiem gdzie) znalazłam możliwość zmiany koloru tła, dodawania slajdu, np. napisów końcowych i to, że napisy te mogą w różny sposób się zaprezentować (np. filmowo przesuwać  na ekranie).

Szybko zorientowałam się, że zielona strzałka na górze, ponad zdjęciami pozwala na odtworzenie pokazu,  a obok jest ikonka, która jednym kliknięciem robi kolaż ze zdjęć (ich umiejscowienie można dowolnie zmieniać) oraz ikonka filmu – film po prostu robi się sam. Trudniej mi było znaleźć miejsce dołączenia do pokazu muzyki. I tu przydatny okazał się mój kochany mąż. Robimy „Edytuj film” i „ładujemy” wybrany utwór w formacie Mp3. W zamieszczeniu pokazu na blogu pomógł mi PORADNIK szkołoklasowy. Założenie konta na YouTube nie było problemem, więc i to poszło łatwo. Cała, straaaaaaaaaszna nauka Picasy i przygotowanie pierwszego pokazu zajęło mi jakieś 20 minut :) I było się czego bać??? Nie było!

Dzieciom nie musiałam dużo pokazywać. Ważne było tych pierwszych kilka zdań: „To bardzo łatwe! Ja się tego nauczyłam w ciągu 20 minut!” Obserwowałam swoje dziewczyny: odrobina lęku pojawiła się, gdy powiedziałam „Picasa”, w chwilę później, jak się okazało, że mnie z nią poszło tak szybko, było już po strachu. Kilka podstawowych funkcji, a reszta to klikanie, sprawdzanie, cofanie – generalnie dobra zabawa z Picasą. Jedną z koleżanek „nauczyłam” Picasy przez telefon :) Druga – po pięciominutowej prezentacji – stwierdziła już w domu, że odrobinę się zgubiła. Obiecałam w pierwszej wolnej chwili powtórkę z rozrywki :)

Mistrzem nie jestem, codziennie odkrywam nowe funkcje tego narzędzia i cieszę się z tego jak dziecko. Jak dziecko!

Kanał RSS komentarzy Adres TrackBack

Komentarzy: 2

  1. danawera

    Gratuluję nabycia nowej TIKowej umiejętności! A opis dojścia do tej umiejętności przeczytałam z zaciekawieniem. Przypomniało mi się, jak kiedyś sama podobnie się dziwiłam, że wszystko robi się samo…
    Pozdrawiam serdecznie

  2. Tak!Tak!Tak! Najwżniejsze jest to na początku – czas, dobre nastawienie, wiara… Próbowałam tej Picassy… (wybacz Pablo!) – na chybcika, przy okazji blogu – i nie udało się, poddałam się. Twój sposób mi się podoba – spróbuję go w odpowiednim momencie i warunkach – może weekend 7-10.06.??? Podoba mi się udostępnianie zdjęć znajomym i szkole bez zaśmiecania komputera i łatwego dostępu. Twój wpis będzie dla mnie wskazówką – dzięki!!!!Pozdrawiam
    Beata O. ostatnio opublikował..Rewia TalentówMy Profile

Zostaw komentarz

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

 

*

CommentLuv badge
css.php