„Głośniej od bomb” – recenzja :)

Będziemy żyć głośniej od bomb!” – tymi słowami główny bohater opisuje wspólną przyszłość ze swoją dziewczyna. Głośniej czyli jak? Niepospolicie, wyjątkowo, inaczej niż inni, po prostu szczęśliwie – klasyczne marzenia młodych, zakochanych w sobie ludzi. Film Przemysława Wojcieszka traktuje właśnie o tym pragnieniu bycia szczęśliwym.

Akcja rozgrywa się w małym, szarym, brzydkim miasteczku, otoczonym dymiącymi kominami fabryk, gdzie wszelkie perspektywy na światłą, wspaniałą przyszłość nikną na dziurawych chodnikach. Marcin – mechanik, zapalony meloman (w tą postać wcielił się Rafał Maćkowiak), rozpoczyna przygotowania do pogrzebu ojca.  Pomaga mu jego dziewczyna Kasia (rola Sylwii Juszczak), która jest w nim bezgranicznie zakochana. Są ze sobą już od dłuższego czasu, bardzo się kochają i planują wspólną przyszłość – gdyby nie realia PRL-owskiego miasteczka można by powiedzieć, że scenariusz jak z bajki. Jednak Kasia staje przed trudnym wyborem – rodzice załatwili jej półroczny wyjazd do Chicago do krewnego w celu podszkolenia się w angielskim i być może ułożenia sobie życia na zachodzie. Jednak ta podróż jest równoznaczna z rozłąką z ukochanym.

Dziewczyna jest rozdarta, z jednej strony rodzice nalegają by pojechała, roztaczają przed nią wspaniałą wizję życia z zachodnimi perspektywami, a z drugiej – Marcin kategorycznie sprzeciwia się jej wyjazdowi. Jego reakcja na tę informację ukazuje prawdziwe „gwałtowne” oblicze chłopaka – krzycząc wyrzuca Kasię z domu. I choć potem przychodzi do niej i przeprasza, a jego wybuch zostaje zepchnięty na dalszy tor, to jednak taka plama na karcie pięknego uczucia pozostaje. Powiem więcej, jego zachowanie jest nacechowane egoizmem i despotyzmem. Dlaczego nie chce zgodzić się na wyjazd dziewczyny? Bo jest mu tak wygodnie, nie zamierza komplikować sobie statecznego i poukładanego życia przez „zachcianki” Kasi. Nie myśli już o jej szczęściu, marzeniach, możliwości wybicia się z małego miasteczka, liczy się tylko jego komfort. Scena w której obserwuje kołyszący się w powietrzu i odlatujący puszek, ciekawie koresponduje z ryzykiem utracenia Kasi. I choć w końcu wyraża niemą zgodę na wyjazd dziewczyny, cały czas daje jej odczuć, że bardzo go rani taką decyzją. Nie chce jechać razem z nią, mimo tego, że dziewczyna proponuje mu wspólną podróż do Stanów. Trwa w przekonaniu, że najpierw musi chociaż spróbować coś osiągnąć „tu”, w jego rodzinnej okolicy.

Koniec końców Kasia sprzeciwia się woli rodziców i ogłasza, że zostaje z Marcinem oraz, iż planują wspólną podróż do Manchesteru. Czyżby ta decyzja świadczyła o porzuceniu przez nią roli „uległej” i podporządkowanej rodzicom dziewczyny? Choć wydaje się, że bunt Kasi zakończył się sukcesem, to jest to tylko złudzenie. Tak naprawdę przeszła tylko z jednego ośrodka kontrolującego do innego, tyle że przyjemniejszego. W filmie nie zostaje ujawnione  jej własne zdanie na temat wyjazdu – niby nie  chce zostawiać Marcina, ale przecież, nigdzie nie daje jasno do zrozumienia, że uważa podróż do Chicago za zły pomysł. Próba dosłownego „wejścia” w umysł bohaterki jest podjęta na samym początku filmu – szybki najazd kamery na oko dziewczyn, daje efekt zaglądania do jej wnętrza oraz chęci odczytania emocji i uczuć. Nie jest to jednak udana próba. Jej stan wewnętrzny pozostaje nierozszyfrowany…

W wątek główny bardzo dobrze wpisują się postacie drugoplanowe, przedstawiciele zachodniego bogactwa i dobrobytu, rodzina Marcina  – wuj Marian  z żoną, synem i jego narzeczona. Przyjeżdżają na pogrzeb ojca Marcina, przynosząc ze sobą podmuch „wielkomiastowej świeżości”. Postacie te (a zwłaszcza osoba wuja Mariana) są karykaturą konsumpcyjnego społeczeństwa, nastawionego tylko na zdobywanie pieniędzy i dążeniu do wykazania swojej wyższości nad innymi. Wuj (brawurowa rola Andrzeja Gałły) jest zapatrzony w kulturę zachodu, uważa, że Ameryka to silny, wspaniały, bogaty kraj, który Polska powinna naśladować we wszystkim. Nawet swojego syna nazwał Dżefrey, co przy obrazie wyblakłego otoczenia w którym żyją tworzy zbyt duży kontrast i brzmi po prostu śmiesznie. Ciekawy zabieg został uzyskany w scenie rozpalania przez Mariana grilla. Otóż w jednym z ujęć widzimy jego pochylającą się nad grillem postać od dołu, zza kratki rusztu. W tle majaczą dymiące kominy fabryczne. Marian wydaje się być jakby za kratkami w więzieniu – może to symbolizować jego zniewolenie wyobrażeniem na temat „amerykańskiego snu” i manii chęci przedstawiania się jako osoba wysoko postawiona i dużo znacząca. Natomiast Dżefrej (w tej roli Krzysztof Czeczet)  jest produktem zachodniego wychowania , które zostaje silnie przerysowane. Jest uosobieniem niesamodzielności, życia w oderwaniu od rzeczywistości, bardzo zawyżonego przekonania o swojej wartości. Daje się pomiatać swojej dziewczynie Jagodzie, wyraźnie boi się charyzmatycznej dziewczyny. Ich relacji nie można określić jako głębokiego uczucia… Jest to raczej przestrzeń wypełniona pogardą do siebie nawzajem i rosnącą nienawiścią. Aż trudno jest sobie połączyć w jakikolwiek sposób tę dwójkę – ich związek to całkowite nieporozumienie. Wśród plejady przerysowanych bohaterów postać Jagody grana przez Magdalenę Shejbal ( za tę rolę otrzymała nagroda Prezydenta Gdyni za debiut aktorski) wyróżnia się najbardziej. Bardzo wulgarna, nieprzedstawiająca żadnych wartości, pozbawiona wyczucia i taktu. Przemiana, która miała nastąpić po przeczytaniu przez nią tomiku poezji Haliny Poświatowskiej (co było, jak sama przyznała, pierwszym jej kontaktem z rozrywką tego typu), wydaje się bardzo prymitywna i naciągana. Nie jest jednak postacią negatywną, wręcz przeciwnie – mimo jej infantylności, można polubić tę postać.

 
„Głośniej od bomb” to film traktujący o sprawach ważnych, przyziemnych, które dotyczą wielu młodych ludzi. Dzięki lekkiej formie, utrzymaniu fabuły w lekko humorystycznej atmosferze film ogląda się przyjemnie. Mimo nieco toksycznego uczucia łączącego Kasię z Marcinem, widać, że są szczęśliwi planując wspólną przyszłość w rytm muzyki The Smiths. To nazwa płyty tego zespołu –  „Louder than bombs” posłużyła za tytuł filmu Wojcieszka. Album ten koresponduje z w jakiś sposób z filmem. Teksty piosenek poruszają kwestię miłości, życia „niepospolitego”, na przekór innym, po „swojemu”. Wszystko pozostaje utrzymane w bliskim kontakcie –  tożsamością treści.

Spotkanie filmowe

Dnia 13 stycznia 2016 roku w mojej szkole udało się zorganizować spotkanie filmowe. Uczniowie fakultetów humanistycznych mieli okazję pooglądać „Głośniej od bomb” – film w reżyserii Przemysława Wojcieszka. Film sprostał oczekiwaniom uczestników spotkania i myślę, że zapoczątkował nową falę maratonów filmowych w mojej szkole :)   A recenzja „Głośniej od bomb” powinna się tu pojawić lada moment!

Głośniej od bomb.

Bez tytułu

 

łu

Krótki film

Długo zastanawiałam się, który teledysk tu zamieścić. Muszę przyznać, nie potrafiłam się zdecydować. Jeżeli chodzi o klasyki to oczywiście zaraz nasuwają mi się takie klipy jak  ”I want to break free” zespołu Queen, „Another brick in the wall” Pink Floyd czy też „Thriller” Michaela Jacksona. Postanowiłam jednak wybrać trzy propozycje, które są być może trochę mnie znane, ale równie intrygujące.

YouTube Preview Image

„Breezeblocks” to utwór brytyjskiego zespołu Alt-J, który został opatrzony genialnym klipem wyreżyserowanym przez Ellisa Bahla. Historia została w nim opowiedziana od końca – jak się okazuje, nie wszystko jest takie jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Powiem tak – piękna i brutalna choreografia.

 

YouTube Preview Image

Reżyserem teledysku do utworu „Siadaj nie gadaj” wykonanego przez Habakuk i Kalokagathos jest Olga Czyżykiewicz. Niesamowicie klimatyczny klip w połączeniu z ludową piosenką daje niebanalny efekt. Twórcy teledysku zwracają uwagę na motyw martwych ryb, który został zaczerpnięty z obrazu „Ryby bez głów” autorstwa Andrzeja Wróblewskiego.

"Ryby bez głów"

„Ryby bez głów”

Reżyserzy, którzy zdobyli moje serce…

Oto lista reżyserów, których  filmy utkwiły mi na długo w pamięci i skłoniły do głębszych przemyśleń. Oraz oczywiście doprowadziły mnie do stanu „skrajnych emocji” ;)

1. Sidney Lumet

pobrany plik (1)

Amerykański reżyser, którego cenię przede wszystkim za film „Dwunastu gniewnych ludzi”. Niezwykłe było to, że pomimo, iż akcja rozgrywała się tylko w jednym pomieszczeniu, temat krążył tylko wokół jednej kwestii a fabuła opierała się tylko na dyskusji tytułowych dwunastu gniewnych, to wrażenia nie były tylko dobre…

 

2.Tim Burton

tim burton

Za „Gnijącą pannę młodą”, „Charlie i fabryka czekolady” oraz oczywiście „Edwarda Nożycorękiego” – historii o nadziei i poczuciu przynależności, które zostały dane tylko po to by zostać potem brutalnie odebrane.

 

3.Stanley Kubrick

stanley-kubrick

 

Za „Lśnienie”. Książkę czytałam z rosnącym niepokojem. Kiedy oglądałam film niepokój przerósł mnie… 

 

4.Roman Polański 

Roman_Polanski_Cannes_2013

„Dziecko Rosemary” (to też było wyjątkowo niepokojące). „Dziewiąte wrota” (również „napięty” film, a poza tym John Depp…;). Oraz oczywiście  ”Pianista”. 

5.Darren Aronofsky

Darren_Aronofsky_GIFF_2013.jpeg

Za „Czarnego Łabędzia”, czyli coś o przekraczaniu cienkiej granicy miedzy jasną a ciemną stroną człowieka…

6.Stanisław Bareja

371846.1

Reżyser, który trafia w sedno. Kultowy „Miś” jest tego najlepszym przykładem. nie bez powodu jest nazywany najlepszym reżyserem komediowym stulecie. Ze tak sobie pozwolę trywialnie powiedzieć jego filmy bawią i uczą – pokazują nie do końca taką śmieszną rzeczywistość PRL-u. Wspomnieć muszę także produkcjach pt.: „Brunet wieczorową porą” i „Poszukiwany, poszukiwana”

 

Witam :)

Jestem Ola, ma 17 lat i uczę się w Liceum Ogólnokształcącym. We krwi „płynie” mi czysty humanizm. Moje zainteresowania opiszą cztery słowa klucze: teatr, poezja, historia oraz kino. Nie jestem wybredna jeżeli chodzi o gatunki filmowe, oglądam szeroko rozumiane „wszystko”. Nie toleruję tylko komedii romantycznych i zbyt przesadzonego kina akcji. Mam nadzieję, że ten kurs nie tylko mnie wzbogaci o nowe doświadczenia, ale i dostarczy mi satysfakcji oraz pozytywnych wrażeń…