Bargłów Kościelny

Bargłów Kościelny – Historia

W 1532 roku Mazowszanin Maciej Srebrowski, na polecenie Jana Radziwiła, założył osadę Bargłowo. Według legendy nazwa tej miejscowości od słowa Bargieł, ptak o współczesnej nazwie kowalik. W 1569 roku na mocy unii lubelskiej Bargłów przeszedł z Wielkiego Księstwa Litewskiego do Korony. Przez lata wieś była niszczona m.in. w czasie potopu szwedzkiego. Wojny te oraz trzy zarazy następujące po sobie doszczętnie wyniszczyły ludność przez co wieś praktycznie przestała istnieć. Odbudowa wsi następowała powoli, bo kolejne zniszczenia i zarazy przyniosła wojna północna. W tym czasie w Bargłowie zaczęli osiedlać się nowi chłopi i nastąpił podział na Bargłów Kościelny i Dworny. Wieś przez 12 lat była pod panowaniem Prus, ale w 1812 roku znalazła się w granicach Księstwa Warszawskiego. Po kongresie wiedeńskim Bargłów został przyłączony do Królestwa Polskiego. Ziemi Bargłowska stała się jedną z najsłabiej zaludnionych części guberni suwalskiej. Stąd też wybuch powstania styczniowego miał tu słaby oddźwięk. Po odzyskani niepodległości Bargłów był jedną z najdynamiczniej rozwijających się gmin w okolicy. Funkcjonował młyn, kuźnia, zakład krawiecki i szewski. Została założona OSP oraz spółdzielnia mleczarska. Rozwój ten przerwała II wojna światowa. Ludność z terenu gminy była wywożona na Syberię, a Bargłów dostał się pod okupację  niemiecką. Przez ten okres n terenie gminy działała Armia krajowa. Po II wojnie światowej Bargłów pozostał wsią gminną.

Eksponaty z naszego muzeum

Cep – narzędzie rolnicze do ręcznego młócenia zboża. Znana jest również odmiana cepa używana jako broń – cep bojowy. Cep zbudowany jest z dwóch kijów, długiego zwanego dzierżakiem i krótkiego, zwykle dębowego, bijaka. Cieńsze końce dzierżaka i bijaka połączone były rzemieniem, wysuszoną skórą z węgorza lub metalowym przegubem nazywanym ósemką, gązwą lub gackiem a na Zamojszczyźnie kapicą. Młócono trzymając cep za dzierżak i uderzając bijakiem w rozłożone na klepisku (lub innym twardym płaskim podłożu) zboże. Młócący musiał tak uderzać cepem, aby za każdym razem bijak uderzał całą swoją długością o podłoże, na którym leżało zboże (w przeciwnym przypadku pojawiały się znaczne siły reakcji na dzierżak oraz mogło nastąpić zgniatanie ziaren). Zaletą cepa była możliwość uzyskania ziarna i prostej słomy, koniecznej do pokrycia dachów strzechą. cep

 

NIECKA

Naczynie, przyrząd kuchenny – rodzaj pojemnika służący do przechowywania w nim różnych  materiałów,  surowców spożywczych – najczęściej mąki. Niecka wykonywana była z wydrążonego drewna. Dawniej służyła jako wanienka do kąpania niemowląt, w innym przypadku jako pojemnik do marynowania mięsa (duże niecki).

 

niecka

 

Opracowały: Natalia Czajka i Justyna Gulan kl. IIc

Zabytki w Bargłowie Kościelnym

W tym wpisie chcemy pokazać wam kilka najstarszych obiektów w miejscu naszego zamieszkania. Oto kilka z nich:

Zespół Kościoła parafialnego z roku 1883. – Kościół został wybudowany w 1833 w stylu neogotyckim. Wysadzone w czasie II wojny światowej wieże kościelne, zostały odbudowane dopiero w roku 1989. Obecne wymiary kościoła to: długość 50m, szerokość 20m, wysokość do sklepienia 12,5m, wysokość wież 41,5m. Ołtarz główny i dwa boczne zostały wykonane w dębie. Powyżej ołtarza głównego znajduje się ruchomy obraz „Chrzest Pana Jezusa”, który zasłania obraz Matki Boskiej Anielskiej. Po bokach stoją figury apostołów Piotra i Pawła. W ołtarzu bocznym są dwa obrazy: św. Antoniego z XVIII wieku i ruchomy św. Anny, (obecnie przeniesiony do zakrystii) a po bokach figury ewangelistów Marka i Mateusza. W drugim ołtarzu bocznym mamy obraz Matki Boskiej Różańcowej i wyżej św. Józefa, a po bokach figury św. Jana i św. Łukasza. Jest ponadto ołtarz zbudowany w rocznicę 1000-lecia chrztu Polski z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. W prezbiterium znajdują się obrazy Chrystusa w Ogrójcu i Chrystusa Ukrzyżowanego, pochodzące z XIX wieku.

Kapliczka na Starym Cmentarzu - Właściwie jest to grobowiec rodziny Karwowskich, ufundowany przez Klemensa Karwowskiego z Wólki Karwowskiej. Wybudowano ją w latach 60. XIX wieku w stylu romańskim. Na frontonie widnieje napis: BŁOGOSŁAWIENI KTÓRZY UMIERAJĄ W PANU.

Kapliczki przykościelne - Są to cztery niewielkie kapliczki znajdujące się na terenie ogrodzonego placu Kościelnego. Niegdyś chowano tutaj zmarłych, ale zaprzestano tego obyczaju. W każdej kapliczce znajduje się jedna figurka: Jezusa, św. Marii, św. Franciszka i św. Józefa.

Kapliczka św. Jana Nepomucena - Nepomuki czyli tzw. kapliczki św. Jana spotykane są na terenie całego Podlasia. Nasza, bargłowska, to po prostu kilkumetrowej wysokości, stara drewniana konstrukcja z umieszoną w środku figurką Świętego – Św. Jana Nepomucena. Od niepamiętnych czasów stoi przy rzece Bargłówka. Obok znajduje się zabytkowa pompa wodna.

Zabytkowa bargłowska plebania - Została wybudowana w 1908 roku. Od tego czasu aż do dziś służy za mieszkanie kolejnym bargłowskim proboszczom.

Pomnik ku czci Bargłowian - Poległych w walkach wyzwoleńczych w latach
1918-1920 został wystawiony za pieniądze mieszkańców wsi wkrótce po zakończeniu
I wojny światowej. Wykonał go w kamieniu miejscowy kamieniarz Dziarnowski. Na
pomniku widnieją nazwiska poległych.

Chętnych i ciekawych tego, jak wyglądają wymienione wyżej obiekty zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmu na YouTube, który przygotowałyśmy. Zawarte są w nim kolaże ze zdjęć z tych miejsc. Oto link:

http://www.youtube.com/watch?v=gbU9_OY_eYw

Wykonały: Anna Sobotko, Dominika Kierklo, Paulina Romanowska, Anita Olszewska, Katarzyna Zajko, Justyna Gulan, Natalia Czajka, Sylwia Mikołajczyk – klasa IIc.

Pomiany

„Pomiany” – dlaczego taka śmieszna nazwa? Zapraszam do przeczytania krótkiej legendy.

Moja wieś najpierw nosiła nazwę Rozalin, ponieważ w miejscu gdzie teraz znajduje się przystanek autobusowy była karczma – Rozalia. Lecz pewnego dnia bogatemu szlachcicowi – panu Buńkowskiemu – spodobał się pies sąsiada. Próbował wszelkich sposobów, by zdobyć psiaka, ale uparty sąsiad nie zwracał na to uwagi. Szlachcic wpadł na pomysł zamiany. Pies za cały dobrobyt ziemski. Pasowało to obu stronom, więc dokonano wymiany. Pan Buńkowski po zakończonej transakcji zmienił nazwę na Pomiany. Dlaczego Pomiany? Otóż kiedyś zamiast mówić zamieniono się/wymieniono się mówili pomieniali się. Stąd nazwa Pomiany.

 

Aby nie rozpisywać się, co do Pomian – krajobrazu wsi, historii, napisałam krótki wiersz.

Wieś Pomiany, każdy powie

ma coś niezwykłego w sobie.

Czy to wiosną, czy to latem

każdy szczyci się klimatem.

Czy to jesień, czy to zima

tu się świetnie wypoczywa.

Nasze lasy… Z tym widokiem!

Na nie każdy rzuca okiem.

Gdy w Pomianach księżyc świeci,

przybiegają wszystkie dzieci…

I podlotki i dorośli -

by podziwiać go w całości.

Więc gdy wstąpisz w nasze progi,

w tak cudowne te widoki -

wnet ulecą wszystkie trwogi.

Zapraszamy do zwiedzenia -

do szybkiego zobaczenia!

Przygotowałyśmy też film ze zdjęciami wsi. Oto link:

http://youtu.be/LY_DQKkqVm0

Opracowała: Anna Sobotko kl. IIc

 

 

 

Nasze piękne jezioro – Dreństwo.

                                       ”Kochankowie znad jeziora”        

Jezioro Dreństwo należy do najczystszych w Polsce. Długie na 7 kilometrów, głębokie na ponad 30 metrów, z jedną dziś małą wyspą, otoczoną wianuszkiem starych olch.

Jego brzegi, dawniej okryte wieczną Puszczą, okalają dziś od południa, wschodu i północy pola orne i kośne łąki. Od zachodu jezioro otacza las, a tak naprawdę plantacja drzew, posadzona kilkadziesiąt lat temu ręką leśnika. Sosny, brzozy i nieco młodych dębów w towarzystwie krzewów głogu i tarniny.

Coś jest jednak w tym miejscu magicznego, coś jest tu w powietrzu, w nadbrzeżnym szuwarze, w szeptach traw. Jakiś czar, przedziwny zegar zwalniający bieg dziejów, jakaś tajemnica.

W dawnych czasach, gdy na Litwie i w Koronie niewiele widywało się jeszcze krzyży, żyła nad południowym brzegiem Dreństwa rodzina rybaków.

Wiedli najpewniej spokojny i nieco nudny żywot, do czasu, gdy do drzwi rybaczówki zapukał on. Smagłolicy, postawny, gibki młodzieniec. Egzotyczny ptak.

Było to w połowie maja, gdy wiosenne słońce wydobywa pełnię aromatu z pokrytych kwieciem dzikich jabłoni, głogów, jarzębin, gdy w grabowych lasach białym kobiercem ścielą się gwiazdnice, kokoryczki, konwalie, gdy słowiki, derkacze i puszczyki spać nie dają.

Ojciec jedynaczki, Judyty, powitał wędrującego za chlebem młodzieńca z nieukrywaną radością. Oprócz rybaczenia, Pakulnis obrabiał spory kawałek pola. Dodatkowa para rąk w gospodarstwie wydała się istnym błogosławieństwem.

Parobek okazał się robotny. Niezbyt wymagający i – co nie bez znaczenia – obdarzony wesołym usposobieniem. W wolnych chwilach nucił ruskie dumki, umilając czas całej rodzinie.

Stary już po kilku tygodniach zaczął w nim widzieć przyszłego zięcia. Okolica bezludna, kawalerów jak na lekarstwo, a Judycie szedł już szesnasty rok. Chłopak, wiadomo, niezasobny, ale i oni nie mogli córce zapewnić godnego posagu. Kilka lat wcześniej czerwony kur zabrał im chatę i większość inwentarza. Na stare lata byli więc znów na dorobku. A on młody, robotny, silny i urodziwy.

W sam raz pan młody – okaz zdrowia i urody, a dziewka, wiadomo. Krew nie woda. Już po kilku dniach pokochała chłopca. Starzejący się rodzice przez palce spoglądali więc na długie spacery przy blasku księżyca i nocne kąpiele w wodach Dreństwa.

Przyszły żniwa. Czas znojny. Sierpy kęs po kęsie wyrywały ziemi chleb. Żęli równo, wszystko zdawało się iść dobrze, aż do tej fatalnej chwili. Poszło o drobiazg. Parobek zatrzymał się w robocie, by spojrzeć na odlatujące bociany. Stary rzucił złe słowo. Sławoj się odgryzł. I tak od słowa do słowa, chłopak zawinął się na pięcie i poszedł przed siebie. Matka Judyty postarzała się w jednej chwili. Wiedziała, że córa nosi w sobie nowe życie.

Historia, zdawałoby się, jak wiele innych. Jednak tylko z pozoru.

Mijały tygodnie. Nad granatowymi wodami jeziora ciągnęły gęsi, żurawie. Klangor mieszał się monotonnym gęganiem, a Puszcza słuchała tego z obojętnością właściwą bytom wiecznym.

Pod koniec zimy Judyta powiła syna. Chłopiec był zdrowy, silny i bardzo podobny do ojca. Dobrosław chował się dobrze, otoczony miłością matki i dziadków.

Wkrótce po siódmych urodzinach, wraz z wiosną nad brzegi Dreństwa przybyli najeźdźcy ze wschodu. Łuny pożarów, płacz, złorzeczenia i modlitwy mieszały się z dziką, obco brzmiącą mową. Obcy z czasem zawitali i do progów zagubionej w Puszczy rybaczówki. Starzy nie zdążyli ujść przed niebezpieczeństwem. Judyta z synem schroniła się na wyspie. Tam przetrwali najazd. Mieszkając w nędznej ziemiance, przeżyli trzy chude lata, po których odważyli się powrócić na ojcowiznę.

Zastali zgliszcza i pole porośnięte chwastem. Ruszyli w świat. Wiodło im się nienajlepiej. Judyta najmowała się do różnych prac. Żebrali. Pewnego wiosennego dnia brudni i obdarci zasiedli pod kościołem w Knyszynie.

Na zamek Zygmunta Augusta, wzniesiony na Górze Królowej Bony, zmierzał orszak możnych rycerzy. Rozpoznała go od pierwszego wejrzenia. Nie śmiała jednak przemówić, nie śmiała wyciągnąć po datek ręki obleczonej w brudne łachmany. Tylko patrzyła. Siwymi, niczym wiosenne wody Dreństwa, oczami.

Nie sposób dziś dociec, co spowodowało, iż wzrok smagłolicego, możnego rycerza spoczął na twarzy zdrożonej żebraczki. Niezbadane są, jak wiadomo, wyroki losu. Patrzył z niedowierzaniem. Gdy jednak zerknął na chłopca, miał już pewność.

– Judyta, to ty?
– Ja Judyta.
– A chłopiec?
– To twój syn.

Marsowe oblicze wojownika zmiękło jak świeca na przypiecku. Zsiadł z konia. Stanął przed nimi, po chwili przykląkł. Zapłakał.

– Mój Boże, mój drogi Boże – wyszeptał.

Rycerze patrzyli z niedowierzaniem na osobliwą scenę. Podniósł ją z ziemi. Utulił, ucałował chłopca. Wciąż nie rozumieli, co jest na rzeczy.

– Nic nie wiedziałem, wybacz, wybaczcie – szeptał.

– Wiem, kochany, tak długo na ciebie czekaliśmy.

Na zamku wyprawiono wielką ucztę na cześć odnalezionej rodziny rycerza, który w tych ciężkich wojennych czasach wielce zasłużył się był Ojczyźnie.

Jak głosi legenda, sam Zygmunt August, poruszony tą niecodzienną historią, podarował im rubinowy pierścień z królewskiego skarbca. Zamieszkali w pięknym dworze w Rajgrodzie, gdzieś w pobliżu Zamkowej Góry.

W dniu czternastych urodzin Dobrosława wybrali się całą, powiększoną w ciągu tych kilku lat rodziną nad brzeg nieodległego Dreństwa. Odwiedzili ojcowiznę Judyty, a także wyspę, która chroniła ją i pierworodnego przez długie trzy lata.

Tam, jak głosi legenda, Sławoj zakopał królewski, rubinowy pierścień, na pamiątkę spotkania w Knyszynie.

Niecałe czterysta lat temu wyspa była dużo większa niż obecnie. Nikt nie wie, gdzie został ukryty cenny klejnot. Być może skrywają go już wody jeziora. Legenda głosi jednak, że znalazca rubinowego pierścienia wybrnie bez uszczerbku z najgorszej opresji oraz zazna szczęścia w nawet z pozoru najbardziej nieszczęśliwej miłości.

Zrobiłyśmy krótki film o dwóch najbardziej czarujących miejscach w Dreństwie. Zdjęcia wykonały Weronika Czajkowska i Sylwia Mikołajczyk, oraz nasza starsza koleżanka Aneta Pieńkowska.

Link do filmu: http://youtu.be/nEDknliJd3A

Opracowały: Sylwia Mikołajczyk i Weronika Czajkowska klasa IIc.

 

Jan Kierklo

 

Mój pradziadek, Jan Kierklo, był synem Józefa i Franciszki Kierklo. Urodził się w 1906 roku we wsi Brzozówka, gmina Bargłów Kościelny, powiat Augustowski. Do 21 roku życia wychowywał się i pomagał rodzicom w gospodarstwie rolnym. W 1927 roku został powołany do służby wojskowej w Suwałkach, którą odbywał 2 lata. Po zakończeniu służby często był powoływany do rezerwy na szkolenia wojskowe, gdzie został awansowany na plutonowego. Po wkroczeniu Armii Sowieckiej na tereny Polski został zatrzymany. Przeszedł więzienie w Augustowie, Grodnie oraz Brześciu. Pradziadek został aresztowany za działalność antysowiecką i skazano go na 10 lat łagrów sowieckich na Syberii w roku 1940. Po porozumieniu Sikorski – Stalin została utworzona Armia Polska na południu Związku Radzieckiego w Buzułbuku. Wraz z armią pradziadek przeszedł Iran, Irak, Syrię do Egiptu. Następnie Armia Polska pod dowództwem generała Andersa wylądowała we Włoszech. Tam podczas trwania walk pod Monte Casino Jan był szefem kompanii samochodowo – sanitarnych. Miał pod swoim dowództwem 30-tu sanitariuszy,  z którymi podjeżdżał samochodami i zabierał rannych żołnierzy na tyły walk. Do zakończenia wojny przebywał we Włoszech, później został z armią Andersa przeniesiony do Wielkiej Brytanii. W 1947 roku powrócił do Polski i do swej rodzinnej miejscowości, kontynuując pracę przy gospodarstwie rolnym. Coraz częściej zaczęli przyjeżdżać milicjanci i dawać mandaty bez żadnej przyczyny. W wieku 68 lat przeszedł ciężką chorobę, został obezwładniony rąk i nóg. Po wykończającej chorobie zmarł 8 września 1974 roku. Pochowano go na cmentarzu parafialnym w Bargłowie Kościelnym.

Opracowała: Dominika Anna Kierklo kl. IIc

Moja prababcia

Pamiętam, że odkąd byłam małą dziewczynką, prababcia opowiadała mi różne historie. Jedną z nich była historia o tym, co przeżywała podczas wywózki na Syberię. Wtedy, jako dziecko, nie zdawałam sobie sprawy z powagi tych słów – uważałam to za mało prawdopodobne, odległe i nierealne. Jednak z biegiem czasu zrozumiałam i chciałabym podzielić się z wami historią mojej rodziny. Chcę by pamięć zarówno o nich, jak i o innych deportowanych nigdy nie zanikła.

Historia ta zaczęła się od tego, że moja rodzina miała duży dobrobyt ziemski, a brat mojego pradziadka dołączył się do partyzantki. Sowieci przyszli na rewizję, dowiedzieli się bowiem o wyżej wymienionych rzeczach, w celu aresztowania Antoniego, Jana i Bronisława. Jednak nie znaleźli oni młodzieńców ukrytych w kominie. Postanowili więc, że ” w zamian ” wezmą Helenę, Józefę, Kazimierę, 6-letniego Bogusława, Stanisława oraz prababcię – Janinę. Mogli zabrać ze sobą to, co chcieli. Deportowani byli podczas ostatniej z wywózek. Warunki ich przewozu były okropne, bowiem przewożono ich w wagonach bydlęcych – nie mieli toalet, wody, a że był to czas wojny Niemiec z Rosją ciągle byli oni bombardowani. Na ogromnym moście nad Niemnem zostali zmuszeni do długotrwałego postoju, ponieważ bomby i innego rodzaju amunicje nadlatywały dosłownie z każdej strony. Na szczęście wszyscy z mojej rodziny wyszli z tego cało, jedynie Helena miała draśniętą rękę. Zmuszeni byli do zamieszkania u rodziny sowieckiej, jak się później okazało tak samo biednej i zmuszanej do ciężkich prac fizycznych. Na miejscu mieli obowiązek do pracy – inaczej nikt nie dostanie jedzenia. Nawet dzieci! Mawiano: ” Кто не работает, не едят „. Helena, Kazimiera oraz Józefa przędły rękawice i inne części garderoby żołnierzom niemieckim na front. Prababcia pracowała w sowchozach m.in. w sowchozie o nazwie ” Красная звезда „. Porcje jedzenia były tak niewielkie, że Janina wykradała z sowchozów po garści pszenicy i przemycała ją w bisutonoszu, tylko po to by mały Stanisław miał co jeść. Warunki klimatyczne, także były bardzo ciężkie. Zimy były mroźne, śnieżne i zimne. Aby przeżyć chodzono do tajg na jagody czy polowania i tam nocowano. Rygor wśród Polaków był tak zaostrzony, że za urąganie na władzę sowiecką groziła kara śmierci. Dopiero na sam koniec deportacji zaczęto traktować ich jak ludzi, a nie jak bydlęta. Dostawali paczki, obiady, a raz w tygodniu mogli wykąpać się w bani. Podczas powrotu jechali już w normalnych wagonach. Wysadzono ich na na polskim dworze – dalej mieli dojechać na własną rękę. Z wywózki wszyscy, prócz Stanisława, który zmarł na Syberii w wieku 18lat na zapalenie opon mózgowych, wrócili cali i zdrowi. Po powrocie do miejsca zamieszkania przeżyli szok, bowiem nie było do czego wracać. Musieli wybudować wszystko od początku.

Tak więc streściłam historię mojej rodziny, m.in prababci. Z deportowanych z mojej rodziny Bogusław i Kazimiera żyją do dziś. Helena zmarła w 2010r, Józefa dużo wcześniej, ze starości, a prababcia niedługo po mojej I Komunii Świętej. Całe życie będę dumna z rodziny, że walczyli do końca, nie poddali się i wrócili.

W domu mamy kilka zdjęć i dokumentów, które potwierdzają to, że prababcia była jedną z wielu tysięcy osób represjonowanych. Oto dwa z nich:

Opracowała: Anna Sobotko.