Święta Bożego Narodzenia (szczególnie dla mojego brata) minęły bardzo ciężko. Ciągle tata miał gości, tłum w domu i to wszystko tak go irytowało, że ciągle płakał. To było trochę wkurzające, no ale musimy być ze sobą szczerzy – to w końcu nasza wina, bo gości przychodzą do nas; my ich „zamawialiśmy”. No ale cóż – coś za coś. Sylwester minął mi jeszcze gorzej. I to też z powodu brata: w dniu sylwestra, tata MÓGŁ iść na imprezę. Gdyby nie poszedł, nie nudziłbym się – grałbym z nim w karty opijając się colą. Jednak poszedł. Skutki: Do 22:00 siedziałem na biurku przy radiu pijąc szklankę coli za szklanką. Wypiłem chyba z 1,5 l. Moja koleżanka trzymała kciuki, żebym wyrównał do 2 l, ale mama kazała mi przestać pić. (Dobre i 1,5 l :-P ) Fajerwerki były do 01:30. Franka ZNOOOOOOWU to irytowało i musiałem do 4:00 wysłuchiwać ryków. Błagam was: nigdy PRZYMUSOWO nie chciejcie rodzeństwa; to znaczy nie to, że chciałbym odciąć wam rozwinięcie poczucia bezpieczeństwa, tylko od razu uprzedzam: na początku nie będzie łatwo. I mówię to z pełnym doświadczeniem.

Podpisano, ciągle zirytowany Tomo.