Witam Was. To znowu ja, Tomo. To znaczy akurat nie zirytowany krzykami brata: jest za dwadzieścia północ, a ja jestem na „imprezie”. Zwał jak zwał, jednak ja  ie nazwałbym tego imprezą;  napisałem „imprezą”, bo dowiedziałem się, że idę na spotkanie tak nazwane. Miało być z dziesięcioro dzieci, jednak jest dwóch bliźniaków w wieku 13 lat, którzy ciągle grają w gry typu zabijanki. A, i jeszcze ta mała siedmiolatka, która zasnęła tuż po przybyciu na „imprezę”. I wcale nie jest ciekawie: dorośli nie mówią po polsku (oprócz mojego taty oczywiście) , a dzieci nie mają zamiaru z sobą gadadć ani patrzeć. Na szczęście (napisałem tak, bo to jedyne źródło rozrywki) dostałem do dyspozycji tablet. (właśnie na nim piszę). No cóż, z normalnych (dla Was) dzieci przetrwałem tylko ja. I jak wytrwać do trzeciej nad ranem, gdy dorośli nie chcą przestać grać w idiotyczne gry i z sobą paplać bez przerwy. (Sorrry za słownictwo, ale jestem tak zirytowany brakiem ojczystego języka, że musiałem sięgnąć po wyrażenia slangowe) No więc, miłego czytania i trzymajcie kciuki, bym dotrwał i jako polak, który potrafi cokolwiek zrobić NIE ZASNĄŁ! Najpierw Wam wyjaśnię o co chodzi, i dlaczego prawie nikt tu nie mówi po naszym, ojczystym, łatwym, czasami por***nym języku: nie jestem czystym polakiem. Moja mama jest polką (i mam od niej znacznie więcej genów – 96%), a tata jest… Wietnamczykiem. Mimo to zachowuję się jak czysty polak i gdybym poleciał do Wietnamu (ale bym naprawdę nie poleciał) zabrałbym ze sobą 10 kg ziemniaków, widelec, nóż i swój umiłowany kubek. O! Już północ! No wiem, teraz pewnie zastanawiacie się dlaczego pisałem poprzednią część posta w 20 min… Po prostu jest weekend i nie mam zamiaru się spieszyć. Jak myślicie: o której ci dorośli się ockną do życia i stwierdzą: „Idę spać. Jadę do domu”? Ja myślę, że to będzie gdzieś koło trzeciej lub czwartej nad ranem… Ech… Witaj niedzielo! Niestety muszę przyznać, że nie ma nic ciekawego do roboty, a jednak mam Was, czytelników-blogowiczów! Pozdrawia nadal nie zmęczony Tomo.