Zjednoczeni w różnorodności

Jean Monnet – jeden z ojców integracji europejskiej mówił:
„My nie tworzymy koalicji państw, my jednoczymy ludzi”.

Jak dzisiaj rozumiane są te słowa i jak oceniamy funkcjonowanie Zjednoczonej Europy?

ODPOWIEDZI PROSZĘ PISAĆ W KOMENTARZACH

Odpowiedzi: 5 do wpisu “Zjednoczeni w różnorodności”

  1. Sylwia pisze:

    Dla mnie osobiście to bardzo ważne zdanie, i chyba teraz (jak nigdy dotąd) bardzo aktualne. Bo Unia to przede wszystkim ludzie – ze swoimi tradycjami, kulturami, wrażliwościami i potrzebami. I, jak się okazuje, tych ludzi (bez względu na kraj pochodzenie) dzieli coraz mniej a łączy coraz więcej. Gdy tymczasem państwa członkowskie dzielą dziś różne interesy, tworzą się podziały na „pociągi” , „stare” i „nowe” państwa UE. W chwili kryzysu światowego czy przemian w Afryce Północnej trudno było o jedną, wspólną dla wszystkich decyzję. Może właśnie teraz, w bardzo zglobalizowanym świecie szybciej dostrzeżemy kulturową i emocjonalną (rzekłabym psychologiczną) wartość integracji europejskiej, niż li tylko „koalicyjną”.

  2. [...] Tak Chorzelów rozpoczyna debatę o idei Zjednoczonej Europy. Przyłączcie się do dyskusji i napiszcie, jak Wy rozumiecie te słowa. Zajrzyjcie na chorzelowskiego bloga [...]

  3. Rafał Belka pisze:

    Zastanawiając się, jak ja rozumiem te słowa, przyszła mi do głowy taka myśl:
    Wyobraźmy sobie, że musimy mieć paszport i stracić czas na kontroli granicznej, żeby wjechać do Niemiec. Albo, że nie ma jednolitego systemu oceny znajomości języków obcych (A1-C2) i musimy tracić czas na rozeznanie ofert szkół językowych. Albo, że planując wycieczkę po Niemczech, Francji, Hiszpanii musimy się zaopatrzyć w 3 różne waluty. Wyobraźmy sobie, że autostrada A2 kończy się na granicy z Niemcami „w polu” – droga ta nie jest kontynuowana po stronie niemieckiej, więc do jakiejś niemieckiej autostrady musimy dojechać polnymi i wiejskimi drogami (nie wiem, czy tak w rzeczywistości nie jest… ;-) ). Nie wiem, jak wy, ale ja nie jestem w stanie sobie tego wszystkiego wyobrazić.
    Pamiętam, jak kilka lat temu przekraczałem granicę francusko-brytyjską w stronę Wielkiej Brytanii. W Calais przed wejściem na prom musiałem: 1) wysiąść z autokaru, 2) odstać swoje w kolejce do kontrolera, 3) okazać dokumenty. Po drugiej stronie kanału La Manche znowu musiałem udać się na stanowisko kontroli granicznej, gdzie prześwietlano nasze bagaże. Nie wiem, czy potraficie sobie wyobrazić zdziwienie całej wycieczki, która była poddana tym „dziwnym” działaniom. Jednak nawet w opsianej sytuacji – mimo tego, że układ z Schengen nie obowiązuje w Wielkiej Brytanii – integracja europejska pokazała, że działa. Otóż w trakcie jednej z kontroli, urzędnik brytyjski stwierdził, że mój paszport jest nieważny i… powiedział, żeby go wymienić po powrocie do kraju. Moją tożsamość zweryfikował na podstawie napisanej po polsku legitymacji szkolnej (która, uwierzcie mi, nie prezentowała się okazale ;-) ). I to jest chyba właśnie zjednoczenie ludzi, którzy traktują swoich europejskich pobratymców tak, jak swoich krajan. Super, że jest normalnie.

  4. Ania pisze:

    a dla mnie to też trochę o tym, że nie tylko granice, ale interesy polityczne i gospodarcze i może nawet kulturowe, mogą w jakiejś perspektywie czasu być najważniejszym wyznacznikiem polityki w Unii. Regiony, pojedyncze miasta, grupy miast tworzą koalicje żeby bronić swoich regionalnych produktów, charakterystycznych cech i historii, czasem – jak w Hiszpanii – nawet języka. I coraz częściej wygrywają z państwem! Więc próba nadania nam tożsamości europejskiej, tak żebyśmy czuli się wszyscy europejczykami, paradoksalnie powoduje, że czujemy się coraz silniej związani z własną lokalnością – z dzielnicą, miastem, regionem… I to jest świetne! To też oznacza, że każdy kraj w Unii ma szanse zachować swoją unikatowość, swoją odrębność (do pewnego stopnia), nawet mimo wspólnej, zobowiązującej polityki zagranicznej, fiskalnej, czy ekologicznej…

  5. Jednoczenie państw nie miałoby sensu, gdyby ludzie sami nie podjęli się jednoczeniu z innymi. I nie chodzi mi tutaj tylko o „prywatne spotkania”. Raczej o coś w stylu wymian międzynarodowych. W mojej szkole wymiany są prowadzone od kilku lat, i to nie tylko z naszymi bliskimi sąsiadami, jak Niemcy, ale byli i goście z Ukrainy, Hiszpanii czy (obecnie prowadzona wymiana) z Francji. Gdyby ludzie nie podjęliby się spojrzeniu z boku na inne kultury, problemy czy inne sprawy, a nie tylko przez pryzmat telewizji i radia, myślę, że Wspólna Europa nie miałaby sensu. Żadna polityka nic nie zdziała, jeśli sami nie otworzymy się na ludzi. A przystępując do Unii, powiększyliśmy tylko grono ludzi, u których zawsze – częściej lub rzadziej – będziemy mile widziani. Mnie, jako ucznia nie interesuje polityka. Nie mieszam się w sprawy, które mnie nie dotyczą. Zjednoczona Europa to my – wszyscy ludzie, którzy chcąc się poznać. Za kilka lat fajnie będzie usiąść i pomyśleć: „Kurczę, ale fajnie było w Hiszpanii, mam tam przyjaciół…”

Zostaw odpowiedź

*

CommentLuv badge
Blitzy Theme & Wordpress PL
css.php