Polska szkoła monokulturowa

W ostatnim czasie coraz częściej jesteśmy świadkami wydarzeń o podłożu ksenofobicznym, mówimy o wzbierającej w Polsce ( i nie tylko w Polsce) „brunatnej fali”. Widać ją nader wyraźnie, kiedy nacjonalistyczne grupy maszerują w Dniu Niepodległości, demolują marsze równości, spotkania akademickie i wchodzą do głównego nurtu życia politycznego. Wielu zastanawia się, dlaczego tak się dzieje, winiąc sytuację ekonomiczną, wzrost nastrojów ksenofobicznych w całej Europie czy brutalizację życia publicznego w ogóle.

Nie słyszę w tej debacie o tym, że za taki stan rzeczy w pewnym stopniu może być odpowiedzialna polska szkoła i to, co się w niej dzieje. Nie chcę przez to powiedzieć, że osiłek wykrzykujący hasła o zakazie pedałowania jest bezpośrednim produktem szkoły, ale myślę, że szkoła niewiele zrobiła, aby pokazać mu, czym jest tolerancja i szacunek dla Innego.

Przez lata skutecznie bowiem zamknęliśmy szkołę na różnorodność światopoglądową i prawdziwą wielokulturowość. Jeśli te wartości są promowane, to głównie dzięki projektom organizacji pozarządowych i własnej inicjatywie otwartych pedagogów. Nie istnieje natomiast coś takiego jak planowe i konsekwentne budowanie postawy tolerancji i otwartości poprzez programy, podręczniki, świadome kształtowanie postaw nauczycieli/ek czy organizację życia szkoły. Wymienione elementy często powielają stereotypy i uprzedzenia dotyczące Innych (narodowości, religii, modeli życia) i uczą, że to, co mieści się w normie ograniczone jest do rasy białej, narodowości polskiej, wyznania katolickiego, orientacji heteroseksualnej. Kiedy w klasach licealnych przeprowadziłam ankietę dotyczącą stosunku do Innych, zobaczyłam skalę nietolerancji młodych ludzi, z kilkoma mniejszościami niezwykle wyraźnie wysuwającymi się na czoło uczniowskiej niechęci, a byli to kolejno: Romowie, osoby homoseksualne, muzułmanie i świadkowie Jehowy. Wyniki nie zaskakują, taka jest mniej więcej średnia krajowa, co nie znaczy, że powinniśmy przejść nad tym do porządku.

Aby jednak uczyć młodzież tolerancji, samemu trzeba być osobą wolną od uprzedzeń i świadomą potrzeby takich działań. Obawiam się, że i tu mamy problem. Problem niedostrzegany zupełnie przez władze edukacyjne, działające bez świadomości, że konieczne kwalifikacje nauczycieli/ek zawierają w sobie także kompetencje międzykulturowe. Nie spotkałam się przez dwadzieścia lat pracy w szkole z jakimkolwiek zorganizowanym przez państwowy ośrodek doskonalenia nauczycieli (a te najczęściej gościliśmy w szkole) szkoleniem dotyczącym kształtowania postawy tolerancji i otwartości. Jak trafnie zauważyła w raporcie dotyczącym nieobecności tematyki antydyskryminacji w szkole A. Teutsch: ”gdyby spróbować na podstawie oferty (ośrodków doskonalenia nauczycieli – przyp. aut.) opisać rzeczywistość, społeczeństwo, jego wartości i normy, historie, to powstałby obraz niezwykle płaskiego, jednorodnego (homogenicznego), wykluczającego, milczącego o różnorodności i równości świata. Świata, w którym wręcz czyni się wiele wysiłków dla zatarcia i rozmycia ludzkiej różnorodności, ukrycia mechanizmów wykluczenia, marginalizacji, dyskryminacji i przemocy(…). Świata, w którym wychowuje się ludzi przekonanych o tym, że bycie Innym, działanie na rzecz równości, krytyczne myślenie, odwaga cywilna, przeciwdziałanie dyskryminacji i przemocy nie są cenione w polskim społeczeństwie”. Niestety, moim zdaniem tak właśnie funkcjonuje polska szkoła. Refleksja to pewnie nie za wesoła, ale mam nadzieję, niosąca dla nas, nauczycieli i nauczycielek jakże ciekawe wyzwanie…

39 Komentarzy

  • Xawer
    26 marca 2013 - 16:03 | Permalink

    26 marca 2013 o 16:03 napisał:
    „Niestety tak funkcjonuje szkoła” — konstatacja niewątpliwie słuszna i prawdziwa, ale za nią powinny nastąpić pytania:

    1. dlaczego szkoła tak funkcjonuje (monokulturowość jest tylko jednym z przejawów tego stylu funkcjonowania)?

    2. co może doprowadzić do tego, by szkoła stała się wielokulturowa?

    2A. co ja (nauczyciel) mogę zrobić dla uczynienia jej wielokulturową?

    2B. co ja (rodzic) mogę zrobić, by moje dziecko wychowywało się w wielokulturowym środowisku?

    • Marzanna Pogorzelska
      26 marca 2013 - 17:09 | Permalink

      Każde pytanie to zaczątek tematu-rzeki, co nie znaczy, że wejść do niej nie trzeba – będę to czynić regularnie. Na gorąco – pytanie 2/2A – myślę, że w tym o czym rozmawiamy nauczyciele nie wykorzystują wpływu, który mogliby wywierać. Głównie dlatego, że owej monokulturowości nie dostrzegają, traktując jak rzecz normalną („taki kraj, taka jest większość”). Ilu z nas poświęca choć jedną godzinę wychowawczą w roku, aby porozmawiać np. o (nie)tolerancji i jasno określić swoją otwartą postawę? Kto z nas upomniał się o pokazanie w szkole czasie okołoświątecznym zwyczajów innych niż ogólnie celebrowane? Zapraszamy do szkoły różne osoby – czy tez przedstawicieli/lki mniejszości? To tylko kilka myśli na szybko, a postawione pytania zasługują z pewnością na rozwinięcie.

  • Xawer
    26 marca 2013 - 17:48 | Permalink

    26 marca 2013 o 17:48 napisał:

    Sądzę, że to nie jest problem w jednej czy dziesięciu godzinach wychowawczych. Jeśli na nich będziemy tłumaczyć dzieciom, że trzeba kochać Murzynka, bo Murzynek nie jest w niczym gorszy od nas, to napiszą bardzo zaangażowane wypracowania o miłości do Murzynków tak samo, jak piszą peany na cześć doskonałości poezji Słowackiego.

    Jedyną metodą jaka mogłaby mieć sens (czyli skuteczne oddziaływanie w szkole) to to, żeby w niej Murzyn był nauczycielem i by okazał się nie być mniej sympatyczny od katechety.

    O tolerancji się nie rozmawia na godzinach wychowawczych, tylko ją pokazuje, gdy na szkolnej wycieczce zastanie się dwóch chłopców w jednym łóżku.

    Celebrowanie zwyczajów: jakoś nie mam przekonania, że przedświąteczne przeszukiwanie szkoły w poszukiwaniu każdego okrucha chleba miałoby jakikolwiek wpływ na antysemityzm uczniów. Byłoby pustym folklorem.
    A swoją drogą: kto z nauczycieli wie o tym, jak wyglądają zwyczaje Pesach?

  • Paweł Kasprzak
    26 marca 2013 - 19:09 | Permalink

    Moim zdaniem – pisałem o tym samym w komentarzach u Jędrka – godziny wychowawcze to najsłabszy z możliwych pomysłów. Zdecydowanie lepiej tego rodzaju treści wpisywałyby się w całość szkolnych programów zorientowanych wokół ważnych i podstawowych ludzkich problemów, co tyleż bezustannie, co kompletnie bezskutecznie i właściwie samotnie proponuje prof. Kłakówna. Podzielam zastrzeżenia Ksawerego – dyżurny temat lekcji spowoduje co najwyżej dyżurne wypracowanie warte tyle samo, co wszystkie wypracowania. Tyle tylko, że trzeba by było, żeby te szkolne programy traktowały dzieci serio, to jest tak dorośle, jak tego same dzieci oczekują, a nawet bardziej, bo dzieci uczą się dobrze rzeczy, które są dla nich trudne, a nie łatwe i oczywiste – o czym często zapominamy.

    W istocie to są przecież jedne z najważniejszych tematów – również dla dzieciaków. Bardziej je to interesuje, niż np. to, która powieść należy do której epoki literackiej. Powieści i w ogóle ludzka kultura, w tym np. również historiografia – o czym wiemy skądinąd (tj. nie ze szkoły) dotyczą tych samych ważnych rzeczy lub je chociaż ilustrują. Gadanina gender drażni mnie jak każdego wyleniałego samca o zakutym łbie, ale choćby ten wątek tropienia kulturowej płci jest niewątpliwie bardziej interesujący niż encyklopedyczny przegląd epok literackich. I ważniejszy. Interesujący i ważniejszy w ogóle i zwłaszcza interesujący oraz ważniejszy dla dzieci.

    Widziałem kiedyś we Wrocławiu „akcje” na rzecz tolerancji i one akurat wyglądały nieco inaczej niż się można było spodziewać do „dyżurnych” szkolnych akademiach, lekcjach wychowawczych itd. Mimo, że to była właśnie akcja. Jest we Wrocławiu – nie wiem na ile do dziś aktywna – „Dzielnica Czterech Świątyń”. W centrum miasta jest mianowicie katedralna cerkiew prawosławna (gdzie parafialny „aktyw” był wówczas bojowy, mocno szowinistyczny, człowiek z zewnątrz nie czuł się tam dobrze, oni chowali w sobie spore poczucie krzywdy – co wyjaśniam, bo sam jestem prawosławny, pochodzę z Wrocławia, choć nie z tej parafii), jest synagoga i nabierająca dynamiki gmina z kontaktami z żydowskimi szkołami (choć o rzeczywiście żydowskie w religijnym sensie dzieci tam trudno, a atmosfera w gminie była wówczas mocno histeryczna – budowano tam, w dzieciach również, atmosferę twierdzy w morzu katolickiej zarazy), jest parafia ewangelicka i oczywiście katolicy (parafia o. paulinów, więc nie jakaś szczególnie intelektualizująca). Jakieś właśnie dyżurne akcje typu „tydzień tolerancji” przerodziły się w regularne spotkania i potem m.in. w lekcje religii, które się odbywały wspólnie. Religii – nie religioznawstwa. W ten sposób np. chrześcijańskie dzieci z trzech wymienionych wyznań uczestniczyły w żydowskiej Passze przeżywanej religijnie, co dla chrześcijanina, zwłaszcza świadomego chrześcijańskich win wobec żydów, jest naprawdę dużym przeżyciem. Na prawosławną Wielkanoc przyszły tłumy zachwyconych innowierców i to była próba tolerancji nie dla nich, tylko dla prawosławnych, którzy z trudem uczyli się podstawowej zupełnie i zwłaszcza w Wielkanoc naturalnej miłości odmiennego bliźniego. Co i rusz rozmaite imprezy w ramach tego projektu budziły różnego rodzaju kontrowersje w którymś z czterech zaangażowanych środowisk. Ważne – jak sądzę – było to, że to były prawdziwe problemy i prawdziwe emocje. Dorosłych i dzieci. Że się co jakiś czas ktoś naprawdę czuł urażony, czyjeś sacrum naruszano itd. Nie każdy problem dało się rozwiązać. Dzieciaki w tym uczestniczyły i to było na poważnie. Myślę, że to właśnie dlatego ten projekt był wartościowy.

    Ksawery pyta, kto z nauczycieli wie, jak wyglądają zwyczaje Pesach. Pewnie nikt. To by trzeba im było je pokazać, a one zrobią wrażenie – wiem, bo sam je miałem okazję poznać. Nauczyciel – sam pod wrażeniem – mógłby je pokazać dzieciom własnie dlatego, że robią wrażenie. Wtedy jest dobrze, a nie „dyżurnie”. Ale przecież to samo dotyczy fizyki, biologii, polskiego – czegokolwiek. Dlatego wydaje mi się, że to, co nam tutaj Marzanna proponuje, powinno być częścią normalnego szkolnego programu, a nie jakimś ekstra-przedmiotem dorzuconym do szkoły w ramach kolejnego przedmiotu, jak edukacja kredytowa po aferze Amber Gold.

  • Xawer
    26 marca 2013 - 20:16 | Permalink

    Obawiam się, że szkoła taka, jaką ona jest w swoich założeniach metodycznych nie jest w stanie robić tego, o czym piszesz, wtórując marzeniom Kłakówny. I nie chodzi tu o nastawienie szkoły do takich czy innych tematów, ale o jej fundament metodyczny.

    Nie da się zapisać w programie, planie metodycznym, czy innym czymś tam, co nauczyciele robią, że na dzisiejszej lekcji będziemy dyskutować o biedzie w kontekście Les Miserables (by wrócić do tematu, jaki poruszyłeś u Jędrka). Musi się to skończyć zupełnym bzdetem albo Monty Pythonem. Przecież nikt nie przeczyta „Nędzników”, a wyłącznie bryki z któregoś z serwisów wypunktowanych przez K.Wojewodzica. A nawet gdyby przeczytał, to co go to obchodzi? A jeśli tematem lekcji będzie bieda, to znaczy, ze należy się pochylić w wypracowaniu nad dolą ubogich. No to się pochylmy!
    A na następnej lekcji będziemy mówić o rasizmie na przykładzie Otella.

    Problem nie leży w tym, czy to jest lekcja wychowawcza, polskiego, historii, fizyki, czy katechezy, tylko w przyjętym z góry przesłaniu etycznym — które, jako z góry przyjęte, musi zostać przez każdego myślącego człowieka (a uczniowie czasem bywają myślący) wzięte w cudzysłów i potraktowane w odpowiedzi albo z pełną hipokryzją, albo z buntem tak czy inaczej wyrażonym. Ale temat schodzi tu na plan dalszy, a istotą dla ucznia staje się meta-temat: jak mam reagować na próbę wyprania mi mózgu i wciśnięcia mi kolejnego kitu.

    • Paweł Kasprzak
      26 marca 2013 - 20:40 | Permalink

      Toż właśnie o to chodzi, żeby nie było dyżurnie o biedzie w Nędznikach i niekoniecznie akurat w nich. Ja nawet nie wiem – przecież czytałem jako dziecko, a to nie jest nic, do czego bym chciał wracać – czy to w ogóle dobra książka, choć Hugo wielkim pisarzem był. Chyba niezbyt dobra, choć wtedy mi się bardzo podobała. Kłakówna proponuje wybierać z dzieciakami rzeczy, które zaskoczą (ona zresztą nie tylko proponuje, tylko to robiła i inni to robili z jej podręcznikami, albo bez nich) i potem dobierać do tego różne rzeczy, które w kulturze funkcjonują lub funkcjonowały. A tu się dużo da zrobić, jeśli się wie, czym to się je. Ktoś tu kiedyś cytował gościa w Stanach, który swoich uczniów skłania do czytania Homera, pokazując im, że w grach i powieściach fantasy stosuje się te same, archetypiczne schematy fabularne. Jak ktoś umie znaleźć takie rzeczy, to da się zrobić bardzo wiele – przecież wiesz. Rzeczy znalezione lub proponowane do odnalezienia warto umieszczać w podręczniku – na dobry początek. Tyle, że to podręcznik dla nauczycieli – Kłakówna takie pisała zawsze, obok tych dla dzieci, których z kolei wymagał MEN. Absolutnie nie nędza na jednej lekcji, a rasizm na drugi

  • Xawer
    26 marca 2013 - 20:53 | Permalink

    Ależ podzielam (a nawet stosuję) to podejście. Dyskutować z dziaciakami przy każdej okazji na każdy temat, jaki akurat się rozwinie, nie stroniąc od tematów nacechowanych etycznie.

    Twierdzę tylko, że to podejście stoi w sprzeczności z całością filozofii metodycznej szkoły, każącej każdej lekcji przypisać jednoznaczny, jawny i zamknięty temat i przesłanie. Nawet najnowocześniejsza, rewolucyjna metodyka mieści się w tym modelu.
    NACOBEZU takiej lekcji: „czy macie coś przeciw Murzynom”

    Ale nie chodzi tu o metodykę, tylko o fundament szkoły, który Marzena nazywa „transmisyjnością”, czyli z góry określonym i założonym efekcie jak lekcja ma wywołać w umysłach uczniów.

    Jeśli założeniem (lekcji, cyklu, czegokolwiek) jest przekonanie uczniów do multikulturowości (albo czegokolwiek innego), a nie tylko otwarta dyskusja na związane z tym tematy, to te lekcje przestają być dla nich rozwijające poznawczo, a stają się propagandą i jako takie spotykają się z jak najsłuszniejszym odporem i oporem.

    • Paweł Kasprzak
      26 marca 2013 - 21:06 | Permalink

      No tak… To oczywiście prawda. Opór – fajny temat swoją drogą. Czytałem gdzieś tekst – chyba właśnie u Kłakówny – z anegdotami ze stalinowskiej szkoły, w której niewypowiadany przecież nigdy wprost (to byłoby szaleństwo) opór wobec propagandy, czy też delikatny nawias wobec niej budził od razu u dzieciaków ten właśnie krytycyzm, o który chodzi. Mówiąc o dorosłych z kolei, czyli o nauczycielach. Kiedyś za komuny nauczycielski sprzeciw – również nieczęste zjawisko, delikatnie mówiąc – miał przynajmniej za sobą jakiś etos. Nawet wtedy, kiedy nie był podzielany w żadnej szerszej niż kilka osób skali – bo nie był nawet w czasach „burzy” z lat osiemdziesiątych. Dzisiaj ten etos nawet wymyślić trudno.

      • Xawer
        26 marca 2013 - 23:10 | Permalink

        Opór fajny temat — Herbert pasuje do szkoły tak samo, jak do komunizmu.

        Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
        (Marek Tulliusz obracał się w grobie)
        łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
        dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu
        składnia pozbawiona urody koniunktiwu

        Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
        książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie

        Problemem szkoły, a zwłaszcza zajęć mających pewne moralne znaczenie, jest właśnie ta szkolna składnia pozbawiona urody koniunktiwu. Póki ten koniunktyw w szkole się nie pojawi, (tu zacytuję Lema dla odmiany…), tedy tu gówno będzie, a nie Harmonia Sfer.

  • Xawer
    27 marca 2013 - 14:14 | Permalink

    Wracając do tematu (bo znów, Waldorfie, spamujemy naszym współblogerom):

    1. W szkole, działającej w paradygmacie transmisyjnym (lekcja zaplanowana, temat lekcji, jej cele, nacobezu, „czego się nauczyłem na dzisiejszej lekcji?”, etc.) lekcje mające jakiekolwiek przesłanie etyczne nie mogą być niczym innym niż manipulacją i propagandą. Niezależnie od słuszności tych celów. Stwierdzam po prostu tautologię.

    Proszę mi wierzyć, że nie jest to antylewacki bias, o jaki, po części słusznie, można mnie posądzać przy okazji mojego wybrzydzania na alterglobalistyczne lekcje Jędrzeja: świeczka okręcona drutem kolczastym jest mi wyjątkowo bliska ideowo.

    2. Ukrycie tematu i celu lekcji przed uczniami uczyniłoby to jeszcze obrzydliwszą manipulacją.

    3. Wszelkie planowane działania i lekcje (typu: dziś podyskutujemy o rasizmie) muszą się obrócić (i słusznie, że się obrócą!) przeciwko swoim zamierzeniom. Jedyne, co mogą wytworzyć, to hipokryzję i wzmocnienie postaw, które w założeniu miałyby zmienić. Tak samo, jak akademie z okazji rocznicy Rewolucji Październikowej nikogo z nas nie nastawiły przyjaźnie do idei internacjonalnego braterstwa proletariatu.

    4. Jedynym — moim zdaniem — sensownym sposobem promowania postaw etycznych, o jakich tu mówimy, jest ich bezpośrednie stosowanie (albo tylko komentowanie) przy innych okazjach. I to nie może być zadekretowane, zaplanowane, ani ujęte w planie lekcji. To musi być naturalny przykład postępowania, jaki dajemy w konkretnym przypadku, jaki nadarzy się spontanicznie.

    • Paweł Kasprzak
      27 marca 2013 - 18:28 | Permalink

      Tu się absolutnie zgadzam – wyznaczanie wychowawczych celów tego rodzaju jest nie tylko ryzykowne ze względu na niebezpieczeństwo indoktrynacji, o czym kiedyś tu do bólu gadaliśmy. Jest również przeciwskuteczne, bo się natychmiast obraca w akademię z paprotką i bibułkowymi kwiatkami, pocztem sztandarowym i wizerunkiem patrona.

      Raczej myślę tak, że rozmaite problemy tego rodzaju da się pokazać w literaturze, historii itd. Takie problemowe ujęcia mogą interdyscyplinarne, co samo w sobie wydaje mi się wartością. Ale mają szansę być również ciekawsze niż tradycyjnie chronologiczny wykład historii będący sprawozdaniem z faktów wypranych z ludzkiej treści, czy historycznoliteracka informacja o tym, która powieść w której epoce się mieści.

      Co do bezpośredniego stosowania, to to jest oczywiście spory wątek osobny. Nie uważam, że to jest jedyny sposób, ale na pewno nie sposób uczyć do demokracji w antydemokratycznej szkole, nie sposób uczyć krytycyzmu w instytucji opartej co najmniej na konformizmie. Itd. To z kolei konik prof. Śliwerskiego. Marzanna – nie wiemy jeszcze, co proponuje dokładniej, choć o lekcjach wychowawczych niestety wspomniała – napisała tu o null curriculum, co jest kolejną, cholernie ważną rzeczą. Nawet jeśli nie będzie lekcji, które mają jakikolwiek związek z wymienionymi przez nią tematami, wartości, które za nimi stoją są tak silnie nieobecne w szkole, że tę ich nieobecność „słychać”, a message z tego brzmienia nieobecności płynący, jest całkiem jasny.

      Wiesz, można przecież zacząć dzień (nie tylko godzinę wychowawczą) od przeglądu prasy, rzeczy zasłyszanych w mediach, plotek. Od pogadania o tym, co słychać. W życiu po prostu. Sam to często robiłem z dzieciakami – zresztą jakoś nigdy nie umiałem przejść od razu do – nie wiem – wzoru na kulę na przykład. Albo do morału w opowiadaniach Morcinka, brrr. Odrobina luzu, dystansu, czas na to, żeby wspólnie pomyśleć – to jest coś, na szkoła nie umie wpaść w przekonaniu, że programy są tak przeładowane, że nadgonić się nie da i w związku z tym trzeba w pośpiechu przerabiać Łokietka, Pieśń o Rolandzie, wzór na deltę w równaniu kwadratowym itd.

  • Xawer
    27 marca 2013 - 19:27 | Permalink

    ” wartości, które za nimi stoją są tak silnie nieobecne w szkole, że tę ich nieobecność „słychać” ”

    Oczywiście, masz pełną rację. Są nieobecne. Ale one nie mogą być ani zadekretowane, ani wprowadzone odgórnie, ani nic w tym stylu.
    Nośnikami tych wartości są pojedynczy ludzie.
    Niech żaden z nauczycieli nie potraktuje tego jako osobistego wyrzutu: dziś Gugulskich i Starczewskich jest w tej szkole jeszcze mniej, niż było ich tam 40 lat temu.
    Nauczyciel jest urzędnikiem, a jako taki jest dobierany, premiowany, etc. za konformizm. No to jeśli nie jest wyłamującym się z systemu dinozaurem — jakże ma być nośnikiem czegokolwiek innego, niż konformizm? By przekazywać wartości krytycyzmu poznawczego trzeba samemu je uznawać.

    Oczywiście, że można zacząć dzień od poczytania gazety i podyskutowania o tym czy owym. Ty możesz tak zacząć, ja mogę, Marzanna może, jeszcze tysiąc innych ludzi, tak, czy inaczej związanych z edukacją też może. Nawet Pani Ewa może, choć jasno deklaruje i nie wypiera się przesłania do jakiego jej zajęcia mają prowadzić.
    Ale nie ci, którzy karierę nauczycielską mniej lub bardziej świadomie wybrali DLATEGO, że premiuje ona konformizm, dwójmyślenie i niewychylanie się.

    • Paweł Kasprzak
      27 marca 2013 - 20:55 | Permalink

      Pewnie, że nie mogą być te wartości zadekretowane. Ale ja się niezupełnie potrafię zgodzić na bierną zgodę, choć – przyznaję – czuję się trochę bezsilny w tej kwestii. Tj. bezsilny umysłowo, a tego już nie lubię najbardziej.

      Niezupełnie też umiem się zgodzić z diagnozą nauczycieli, choć przecież mam własne doświadczenia i one są skrajnie złe, podobnie jak wyniki badań. Pani Ewa – tyle wiadomo z tego, co nam powiedziała – stara się o dialog, a nie o zbawienie uczniowskich dusz, choć też da się założyć, że na pokuszenie ich nie wodzi :) Nie wiem – nie zakładałbym, że nauczyciele świadomie wybierają konformizm, choć nonkonformizm nie może być normą, jak to mi słusznie i złośliwie kiedyś wytknąłeś. Zakładałbym, że powinniśmy umieć wymyślić coś działającego również dla ludzi, których w tej szkole mamy, bo oni są najwyraźniej tacy, jacy mogą być.

      • Xawer
        27 marca 2013 - 21:27 | Permalink

        W kwestii wartości nie możemy niczego nikomu zaproponować („my” = demiurgowie szkoły). Jakakolwiek propozycja, któras miałby byc wdrażana odgórnie stanie się natychmiast antywartością lub karykaturą, tak samo jak każda inna idea, wartość czy ideologia wdrażana przez hierarchiczny aparat urzędniczy.

        Nosicielami wartości (które tym razem w pełni — może poza tym ohydneym ‚gender’ — podzielam i których prawomocność w szkole uznaję) są indywidualni nauczyciele. Nie da się im tego ani narzucić, ani zaproponować, ani tez nie sposób tego od nich wymagać. Jeśli je mają w sobie i zyskują naturalny autorytet u swoich uczniów, to je przekazują niezależnie, a często wbrew szkole. I im bardziej wbrew systemowi to robia, tym jest to skuteczniejsze i bardziej autentyczne. Jeśli nie mają, to żadne scenariusze lekcji wychowawczych, ani żaden inny program zewnętrzny względem ich własnego poczucia moralnego nie spowoduje, by byli zdolni do przekazania ich.

        Można byłoby najwyżej prowadzić selekcję do zawodu pod względem wyznawanych wartości. Ale taką selekcję mógł prowadzić Cesarz i Król, może tez prowadzić szkoła prywatna, ale nie demokratyczne państwo. Obaj staniemy na barykadzie broniącej przed tym, by urząd państwowy dobierał sobie pracowników według kryterium wyznawanych przez kandydata wartości etycznych.

        Mam więc przekonanie, że w tej dziedzinie wszelkie zorganizowane działanie w szkole państwowej musi być przeciwskuteczne, a w najlepszym razie nieskuteczne. Jeśli zależy nam na wartościach, a mammy do czynienia z systemem zbudowanym na konformizmie, to najlepsze co możemy zrobić, to nie poruszać tematu, siedzieć cicho, modląc się tylko, by jak najwięcej z uczestników tego systemu poczuło Ducha w sobie.

        (skąd mi się wzięła taka rekolekcyjna retoryka????)

        W kwestii zwyczajów na Pesach — jak co roku, naśladując moich wsiowych sąsiadów, ugotowałem sobie garnek „żydowskiego żuru”. Muszę poczęstować mojego ucznia i podyskutować z nim oksymoroniczny sens tej potrawy…

  • Marzanna Pogorzelska
    27 marca 2013 - 20:28 | Permalink

    Głosy Wasze ciekawe, a stwierdzenie, że „gadanina gender drażni mnie jak każdego wyleniałego samca” to mój absolutny faworyt i piszę to bez cienia ironii czy złośliwości :) Ale o genderze innym razem.
    Absolutnie nie jestem za zadekretowaniem ideologii równości i wielokulturowości i czczenia jej na akademiach ku czci właśnie bądź wygłaszaniem referatów na godzinie wychowawczej. Chodzi mi o to, ze polskie szkoły (w warstwie jawnej i ukrytej) w ogóle nie zauważyły, że świat się zmienił, w szkole dalej jest płaski i jednolity. Jasne, że tolerancję należy POKAZYWAĆ, tak aby młodzież mogła jej dotknąć – to, co pisze Paweł Dzielnicy Czterech Świątyń to dokładnie moja wizja i doświadczenie. I nie ma nic gorszego niż opowiadanie o tym, aby „kochać Murzynka” – opór będzie natychmiastowy, wiadomo. Nie to proponuję. Proponuję rozmowę, dyskusję, spór, kłótnię. Tego mi w szkole brakuje, ale ostatni komentarz Xawerego tłumaczy czemu jest jak jest.

    • Paweł Kasprzak 27 marca 2013 o 21:23 napisał:
      27 marca 2013 - 21:23 | Permalink

      Wiedziałem, że „wyleniały samiec” podziała :)

      Moim zdaniem świat nigdy nie był płaski i jednolity, a szkoła nie dlatego jest zła, że za nim nie nadąża, choć oczywiście to jest fakt, że nie nadąża. Szkoła – od czasu, kiedy w Prusach wymyślono, że ma być dla wszystkich, a wszystkich widziano jako prostaczków, jak to tutaj ktoś moim zdaniem bardzo trafnie określił – jest płaska, jednowymiarowa i oczywista. Jasne, że w tym kontekście gadanie o tolerancji będzie tak spłaszczone, jak przed tym Ksawery przestrzega. W tamtym projekcie we Wrocławiu ludzie się kłócili na serio. Trzeba było na przykład widzieć „zadymę”, jaka się wywołała po zwykłej, „dyżurnej” właśnie, szkolnej z ducha wystawie prac plastycznych z dziecięcego konkursu. Tematu nie pamiętam – był jakiś właśnie „dyżurny”. Wygrała „dyżurna” praca dziecka protestanckiego i ona przedstawiała Chrystusa na krzyżu. Dobrze to pamiętam, bo moi prawosławni bracia zgodzili się na tę jedną z dwóch podobnych prac tylko dlatego, że była gorzej warsztatowo zrobiona i w niej nie było widać męki – w prawosławiu Chrystus na krzyżu nie cierpi, tylko jest w chwale i w mocach, fizjologia w ikonie nie przystoi. Zaraz potem wynikł ambaras, bo z dawna ustalono, że nagrodzone prace zawisną w synagodze. I ten Ukrzyżowany tam w końcu rzeczywiście zawisł – trzeba było zobaczyć, co się z tej okazji działo: staruszkowie z gminy z jakąś zupełnie nieprawdopodobną determinacją się na to zgodzili. Dzieci to wszystko oglądały i w tym uczestniczyły. Gadałem z nimi wtedy – to była dla nich rzeczywiście lekcja wszystkich możliwych niuansów. Trudna i niejednoznaczna. Nie mogło być inaczej, bo to było trudne dla wszystkich zainteresowanych – przede wszystkim dla dorosłych.

      • Xawer
        27 marca 2013 - 21:54 | Permalink

        W synagodze??? Chrystus i to źle namalowany? Koniec świata…
        Toż moja ateistyczna dusza dostaje drgawek wokół drugiego przykazania i w pełni solidaryzuje się ze staruszkami Żydami.

        Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią.

        Toż to jeszcze gorsze, niż jedzenie żuru na Wielkanoc!!!

        • Paweł Kasprzak
          27 marca 2013 - 22:14 | Permalink

          Podejrzewam, że i resztki protestanckich przesądów się w Tobie odzywają, bo i tam panuje niezrozumiałe przywiązanie do tego fragmentu, który mądrość wschodu postanawia rozumieć inaczej :)

          Tam takich numerów było bez liku. Ja to kręciłem z kamerą, a atmosfera wcale łatwa nie była. W Warszawie do synagogi wejdziesz bez większych problemów, choć Ci zrewidują torby (na bramce widziałem tu kiedyś ochroniarza słuchającego Radia Maryja – a było święto Purim, więc w synagodze rabin miał na głowie maskę Kaczora Donalda i wesołość panowała odlotowa), ale we Wrocławiu atmosfera była zdecydowanie mniej otwarta, więc o filmowanie nabożeństwa starałem się dość długo, zanim w końcu mnie wpuścili. Wynik negocjacji był taki, że z dwóch dostępnych terminów – w środku tygodnia i w Szabas – wybrano oczywiście Szabas i kiedy tam wlazłem z (elektryczną) kamerą, kręcąc ten niesamowity zupełnie moment wyjmowania Tory, to oni tam mało mi nie poumierali. Zważywszy liczebność populacji (ca 20) i średnią wieku (koło 90), omal nie spowodowaliśmy Zagłady…

          U mnie w gminnej miejscowości w ryneczku jest sklep (przed wojną żydowski), w którym sprzedają „szynkę po żydowsku” – pani za ladą do dzisiaj nie wie, dlaczego rechoczę na ten widok. Ten świat jest tak piękny, że aż się prosi pokazywać to dzieciom!

  • Xawer
    27 marca 2013 - 22:41 | Permalink

    Masz rację, że wyłazi ze mnie resztka protestantyzmu. W świętych obrazkach widzę wyłącznie idolatrię, a nie duchowość. Doskonale tu rozumiem złośliwostki Pilcha ;)

    Ale „żydowski żur” to coś wartego zbadania przez etnografów. Moja osobista hipoteza (niczym nie potwierdzona, bo ostatni Żydzi z okolicy trafili do Treblinki, a najstarsi wieśniacy już nie pamiętają) jest taka, że na Pesach Żydzi oddawali zakwas chlebowy na przechowanie sąsiadom-gojom, a ci, mając go w nadmiarze (przecież taki zakwas trzeba rozcieńczać i dokarmiać nową mąką i okruchami) gotowali z niego żurek. Stąd na Wielkanoc chrześcijańscy wieśniacy mieli „żydowski żur”.
    Ale to tylko domysły, niczym nie poparte — trzeba jakiegoś etnografa, żeby to zbadał.
    W każdym razie, „żydowski żur” — choć wyjątkowo trefny — lubię. I co roku gotuję go sobie w wielkanocnym okresie. By go strefnić do absolutu: pływają w nim świńskie skwarki i dodaje się trochę śmietany…

    • Paweł Kasprzak
      27 marca 2013 - 23:52 | Permalink

      Oj tam, idolatria. Tamtego Chrystusa w synagodze namalowało dziecko protestanckie – ksiądz biskup był z tego średnio zadowolony i chciał nawet opatrywać ten fakt do kamery stosownym komentarzem o tym, co o idolatrii sądzi jego Kościół, natomiast ja ten wątek w ogóle pominąłem, mimo fajnych smaczków, bo nie chciałem, żeby media tego Chrystusa z przeproszeniem zwąchały – żydowscy dziadkowie i bez tego mieli przecież zmartwienie.

  • Marzanna Pogorzelska
    27 marca 2013 - 23:32 | Permalink

    oj, widzę, że się pomyliłam parę wpisów temu, chodziło o mi to, że szkoła jest płaska i jednolita, i nie widzi, że zmienił się świat, któremu do stałości i płaskości daleko. To tytułem usprawiedliwienia niezgrabności myśli. Historia z żurem istotnie godna zbadania.

  • Marcin Zaród
    28 marca 2013 - 11:54 | Permalink

    Problemy ubóstwa bądź nietolerancji rasowej da się też ugryźć z punktu widzenia zwykłej geografii czy historii.

    Z punktu widzenia formalnego – powinno być na to miejsce w programach nauczania.

    Forma zajęć: Analiza przedwojennych dokumentów nt. udziału Żydów w różnych zawodach -> dobra szkoła analizy danych.

    Analiza wojen klimatycznych plus zbieranie danych dotyczących dopłat do rolnictwa / wojen playstation w Nigerii -> świetna szkoła geografii ekonomicznej.

    Analiza losów Wilde’a i Turinga -> od kawałka kultury do kawałka historii.

    W przeciwieństwie do Xawera, uważam, że tego typu analizy (robione na rzetelnych dokumentach a nie na fałszywkach i ściągach) to świetne źródło selekcji informacji i przy okazji źródło pewnej refleksji moralnej. Ale refleksja moralna musi być produktem ubocznym solidnej wiedzy.

    I tutaj Paweł ma rację – zostawiając więcej luzu nauczycielom i nauczycielkom dajemy szansę na takie wieloaspektowe analizy. Ale w systemie testów i kontroli nigdy się tego nie da zrobić.

    No i oczywiście trzeba mieć nauczycieli, którzy potrafią Safonę z Turingiem i Freddiem Mercurym skojarzyć. Ale kapitał kulturowy ucieka z miejsc w których nie ma kapitału finansowego.

  • Marzanna Pogorzelska
    28 marca 2013 - 12:27 | Permalink

    Twoje pomysły są świetne, jasne, ze trudne do zrealizowania, ale myślę,że jest sporo nauczycieli/ek, którzy chętnie skorzystaliby z nich. Gdyby wiedzieli/ały, że tak w ogóle można, mając parę przykładów (np. skojarzyć Safonę z Turingiem i Freddiem Mercurym)poszliby dalej samodzielnie. Wracam do edukacji nauczycieli/ek- nikt ich nie uczy kreatywności i odkrywania jakichkolwiek zależności, poza zależnoscią między testem a kluczem.

  • Paweł Kasprzak
    28 marca 2013 - 13:03 | Permalink

    Byłem na finansowanej przez ORE konferencji poświęconej ewaluacji w oświacie. 400 osób zakwaterowanych na tydzień w dobrym hotelu w centrum Krakowa hotelu, karmionych itd. Zatrudniono tych ludzi dosyć intensywnie. Cel i sens jest dla mnie mocno niejasny – sam wydawałbym kasę chyba inaczej, zwłaszcza, że to była jakaś naprawdę spora kasa. Generalnie doskonalono tam warsztat i pytano jak go dalej doskonalić. Taki gigantyczny spacer edukacyjny wg scenariusza Jacka Strzemiecznego, który zresztą był tam również. Przepytałem kogo mogłem z nauczycieli. Potwierdzali, że:

    1. Z biegiem lat – w ocenie rozmówców bardzo szybko – nauczycielska wiedza dąży do tego, co zawiera się w podręcznikach, z których nauczyciele korzystają.
    2. Ci „nauczyciele poszukujący” potrzebują pomocy. Skojarzenie Turinga, Safony i Merkurego jest wbrew narzucającym się oczywistościom na wiele sposobów trudne, a nie łatwe. Zwłaszcza, kiedy nas interesuje eksploatacja zawartych w tych historiach wątków – trzeba je nie tylko znać, ale i umieć kojarzyć na ileś sposobów. Można więc marudzić, że nauczyciele są ograniczeni, ale można zauważyć, że skoro są w takiej masie, to jakoś zasadniczo to się samo z siebie nie zmieni. Nauczyciele są również produktem oświaty.

    Moim zdaniem wynika z tego, że zarówno trzeba, jak i da się pomóc nauczycielom. Sam luz nie wystarczy – trzeba pomóc go wykorzystać. Mamy dzisiaj techniczną łatwość tworzenia zasobów, które się da czytać na wiele zindywidualizowanych sposobów i powinniśmy z nich korzystać. To się dzieje – Motion Mountain, Khan Academy itd. Moim zdaniem czas jednak zakwestionować właśnie sztywne, pruskie podstawy widzenia treści tego, co oferuje szkoła. Khan Academy – zwłaszcza wtedy, kiedy odwraca lekcję – okazuje się niezykle skuteczna i dość atrakcyjna. Ale to są nadal narzędzia służące tym samym programom – pomoc szkolna w zasadzie.

  • EK
    28 marca 2013 - 13:53 | Permalink

    Też byłam w Krakowie. I uczestniczyłam m.in. w Pana Pawła warsztacie (dziękuję! Bardzo ważne przeżycie to było). I wysłuchałam bardzo wielu różnych ludzi, w tym kilku profesorów…

    I ciągle nie mogę ogarnąć kłębowiska myśli rozmaitych. Mam nadzieję, ze Oś świata będzie wracać do Krakowa nie raz… Bo jest o czym rozmawiać, o co się kłócić.

    Sprostowanie – „Nauczyciele są również produktem oświaty.” O ile dobrze pamiętam, mówiliśmy na spotkaniu, że nauczyciele są także ofiarami oświaty…

    • Paweł Kasprzak
      28 marca 2013 - 14:08 | Permalink

      Zgadza się – to miałem na myśli. Dzięki :)

      • Paweł Kasprzak
        28 marca 2013 - 14:27 | Permalink

        Bardziej ofiarami niż sprawcami, choć ich sprawczy udział, a nawet kierowniczy byłby łatwy do wykazania przed sądem :)

        • Marcin Zaród
          29 marca 2013 - 10:18 | Permalink

          Ale to jest stara spirala przemocy. Sprawcy przemocy wobec dzieci (takiej karalnej a nie edukacyjnej) często są jej ofiarami. Na tej samej zasadzie, my też mniej lub bardziej świadomie przesiąkamy kulturą szkolną.

  • Marcin Zaród
    28 marca 2013 - 13:58 | Permalink

    @ Paweł:

    „Byłem na finansowanej przez ORE konferencji poświęconej ewaluacji w oświacie. 400 osób zakwaterowanych na tydzień w dobrym hotelu w centrum Krakowa hotelu, karmionych itd. Zatrudniono tych ludzi dosyć intensywnie. Cel i sens jest dla mnie mocno niejasny – sam wydawałbym kasę chyba inaczej, zwłaszcza, że to była jakaś naprawdę spora kasa. Generalnie doskonalono tam warsztat i pytano jak go dalej doskonalić. Taki gigantyczny spacer edukacyjny wg scenariusza Jacka Strzemiecznego, który zresztą był tam również. Przepytałem kogo mogłem z nauczycieli. Potwierdzali, że:”

    Celem ewaluacji jest ewaluacja. Paragraf 22. W przypadku Łodzi nawet ewaluacja (jaskrawo widać, które szkoły mają kłopoty a które nie) nie przekłada się na działania naprawcze.

    „1. Z biegiem lat – w ocenie rozmówców bardzo szybko – nauczycielska wiedza dąży do tego, co zawiera się w podręcznikach, z których nauczyciele korzystają.”

    Plus wypalenie zawodowe, sprowadzające wysiłek do minimum. Nie mam złudzeń – też bym tak miał, gdybym pracował wyłącznie jako nauczyciel w szkole średniej. Więc dalej uprawiam partyzantkę edukacyjną, bo okopy ewaluacji mnie nie kręcą.

    Recepta:
    - Poprawa doskonalenia (tutaj pięknie sie komponuje z lifelong learning, gdyby nie był to w Polsce pusty zapis UE)
    - Poprawa systemu motywowania (aby czytać książki trzeba mieć nawyk, czas i pieniądze. Nawyku czytania nie mają studenci pedagogiki, czas i pieniądze też są w edukacji rzadkie).

    Ja sobie radzę w ten sposób, że od początku studiów przerzuciłem się na podręczniki angielskie i rosyjskie. Są generalnie lepsze. Moim uczniom też mówię: Uczcie się angielskiego. Ale ja siedzę w ścisłych, więc język i kultura mniej mnie ograniczają.

    „2. Ci „nauczyciele poszukujący” potrzebują pomocy. Skojarzenie Turinga, Safony i Merkurego jest wbrew narzucającym się oczywistościom na wiele sposobów trudne, a nie łatwe. Zwłaszcza, kiedy nas interesuje eksploatacja zawartych w tych historiach wątków – trzeba je nie tylko znać, ale i umieć kojarzyć na ileś sposobów. Można więc marudzić, że nauczyciele są ograniczeni, ale można zauważyć, że skoro są w takiej masie, to jakoś zasadniczo to się samo z siebie nie zmieni. Nauczyciele są również produktem oświaty.”

    Cieszę się, ze zaczynasz powtarzać moje i nie tylko moje tezy. Elementem Recepty (bo problem ma wiele wymiarów) na zmianę oświaty w skali kraju jest zmiana sposobu kształcenia nauczycieli. Zajmie parę lat, ale innej drogi na zmianę systemową nie ma. Można też całość rozpierniczyć i mieć nadzieję, że na zgliszczach coś wyrośnie.

    Tyle, że nawet idealnie sferyczne szkolnictwo prywatne z bonem edukacyjnym i dowolnymi programami selekcji (z wizji Xawera) wywróci się z braku kadr i zaplecza.

    „Gdyby wiedzieli/ały, że tak w ogóle można, mając parę przykładów (np. skojarzyć Safonę z Turingiem i Freddiem Mercurym)poszliby dalej samodzielnie”

    Akademicy też mają z tym problem, bo STSów w Polsce praktycznie nie ma. Najlepsze co nam zostaje to czytanie Jareda Diamonda (uwarunkowania botaniczne rozwoju cywilizacji), Hobhouse’a czy Goldacre’a.

    Od lat Thorwald (kryminalistyka i medycyna) też jest czytany chętnie, właśnie ze względu na to, że potrafi przejść od pyłu węglowego w piwnicy przez mapę miasta aż po łapanie morderców.

    W Polsce totalnie zapomniano Małowista, który np. potrafił opisać historię miar zboża w kontekście historycznym (słabość miar zboża jako syndrom słabości administracji państwowej).

    Oczywiście w tej interdyscyplinarności łatwo też o humbugi (jacyś wyznawcy fizyki smoleńskiej, nauczyciele opowiadający o nazistowskim ufo nad Arktyką etc.) – więc bez solidnych studiów się nie obędzie.

    • Paweł Kasprzak
      28 marca 2013 - 14:20 | Permalink

      „Recepta:
      (…)
      - Poprawa systemu motywowania (aby czytać książki trzeba mieć nawyk, czas i pieniądze. Nawyku czytania nie mają studenci pedagogiki, czas i pieniądze też są w edukacji rzadkie).”

      Otóż właśnie motywowanie do czytania. Jeśli dajesz do ręki nauczycielowi, zwłaszcza nieprzygotowanemu, nie mającemu własnych pasji itd., jeśli komuś takiemu dajesz do ręki gotowy podręcznik, którego treść należy w całości przekazać uczniowi, to dostajesz to, co dostajesz. Jeśli to jest w dodatku tak głupie, jak jest, to zawodowe wypalenie jest tym, czego się należało spodziewać, podobnie jak uczniowski bunt jest zrozumiałą, a nawet pozytywną reakcją na banalnie formułowane hasła. Jeśli pozbawisz nauczyciela tej możliwości korzystania z gotowców (potępiamy to u dzieci, zaś nauczycielom wciskamy gotowce w ręce) i mu nie pomożesz, to w zgodnej opinii nauczycieli, dobrze potwierdzonej badaniami ich kompetencji, oni sobie nie poradzą. Jeśli dasz im zasób, z którego da się skorzystać twórczo przy samodzielnym formułowaniu programów własnych lekcji – moim zdaniem będzie tak, że się pojawią bryki dla nauczycieli i generalnie nauczyciele zaczną powtarzać schematy i scenariusze, które sobie wypracują w pierwszym lub drugim roku pracy, ale to i tak byłoby lepiej. Da się liczyć na jakiś progres – na to w szczególności, że nauczyciele zechcą się zapoznawać z szerszym zasobem.

      • Marcin Zaród
        28 marca 2013 - 14:25 | Permalink

        @ Paweł

        „Jeśli dasz im zasób, z którego da się skorzystać twórczo przy samodzielnym formułowaniu programów własnych lekcji – moim zdaniem będzie tak, że się pojawią bryki dla nauczycieli i generalnie nauczyciele zaczną powtarzać schematy i scenariusze, które sobie wypracują w pierwszym lub drugim roku pracy, ale to i tak byłoby lepiej. ”

        Masz rację, ale nie przesadzajmy w drugą stronę z rewolucjami co semestr. Dobra dydaktyka wymaga kilku edycji szlifowania, bo zawsze można coś poprawić. To, że z danego scenariusza korzysta się przez 3-5 lat praktyki nie jest niczym nagannym.

        Tutaj bardzo brakuje szkół ćwiczeń, w których dałoby się mieszać praktykę z teorią. Niestety praktyki nauczycielskie na studium / studiach są od teorii prawie idealnie oddzielone. Co gorsza nie ma etapu wymiany / dyskusji doświadczeń między praktykantami / kami.

        • Paweł Kasprzak
          28 marca 2013 - 14:34 | Permalink

          Oczywiście – sam swoje sztuczki eksploatuję tak długo, jak mogę. Jednak chodzi o to, by Safonę z Merkurym skojarzyć i potem być w stanie udać się w rozumowaniu w rozmaite kierunki, a nie jeden.

          Generalnie chyba bym chciał – to tylko pomysł – żeby treść kształcenia kadry oświaty wpisać w przeznaczone dla nauczycieli pomoce po prostu. Przyszło mi do głowy, że szkolne podręczniki dla uczniów stają się w tej sytuacji i w tym kontekście brykami gotowców dla nauczycieli. Pełnią taką właśnie funkcję i żadnej innej. Oczywiście byłoby fajnie, gdyby te podręczniki były rzetelniejsze, ciekawsze i w ogóle lepsze. Ale poniekąd niezależnie od tej ich jakości samo ich istnienie działa fatalnie. Dostrzeżenie tego faktu uważam za odkrycie :)

          • Marcin Zaród
            28 marca 2013 - 14:41 | Permalink

            @ Paweł

            „Generalnie chyba bym chciał – to tylko pomysł – żeby treść kształcenia kadry oświaty wpisać w przeznaczone dla nauczycieli pomoce po prostu”

            Czyli chodzi o to, aby udostępnić studentom kierunków pedagogicznych więcej dobrych materiałów praktycznych (scenariusze, przykłady, prasa branżowa)? Czy chodzi o inne podręczniki akademickie?

            „Przyszło mi do głowy, że szkolne podręczniki dla uczniów stają się w tej sytuacji i w tym kontekście brykami gotowców dla nauczycieli. Pełnią taką właśnie funkcję i żadnej innej.”

            Owszem. Jest jeszcze sporo śmiecia w internecie i trochę perełek.

            „Ale poniekąd niezależnie od tej ich jakości samo ich istnienie działa fatalnie.”

            Czy chodzi Ci o to, że podręczniki dla uczniów prowadzą do lenistwa nauczycieli?

            Jak dla mnie to lenistwo jest naturalnym efektem głębszych problemów (wypalenie zawodowe, kiepskie zarządzanie, marne pensje, upolitycznienie szkół w samorządach). Brakuje narzędzi wymuszających lepszą pracę (choćby sensownych wizytacji, innych ewaluacji czy choćby bardziej sensownych kuratoriów).

  • Marcin Zaród
    28 marca 2013 - 14:20 | Permalink

    W obszarze biedy:
    - Na poziomie gimnazjum i podstawówki:
    Gramy w Ayiti (w ramach zadania domowego).
    http://ayiti.globalkids.org/game/

    Potem dyskutujemy o największych kłopotach (zdrowie? praca? huragany?) jakie napotykali grający.

    - Na poziomie szkoły średniej:
    Można przejrzeć raport MPiPS albo z programu Wzlot i spróbować wyciągnąć z nich główne symptomy wykluczenia ekonomicznego. Ważne, aby analizować dokumenty z innego miasta, aby nie urazić dzieci korzystających z MOPS.

    IMHO zawsze lepiej oprzeć na się na analizie poważnego tekstu / gry – aby warstwa moralna była wzmocniona umiejętnościami analitycznymi.

  • Paweł Kasprzak
    28 marca 2013 - 15:27 | Permalink

    Tak, właśnie o to mi chodzi, że podręczniki dla uczniów zwalniają nauczycieli z myślenia.

    Ale to nie wszystko, bo okazuje się, że one się stają w zasadzie wyłącznym źródłem wiedzy dla nauczycieli. Skoro więc – upraszczając oczywiście – nauczyciel wie to i tylko to, co stoi napisane w książce dla ucznia i jest po to, żeby ucznia nauczyć zawartości tej książki, jasne jest, że to prowadzi do szybkiego psucia nawet żenująco niskich standardów. Wydaje mi się więc, że przy całej groteskowości takiego opisu rzeczywistości, on równocześnie stwarza nadzieję. Napiszmy to od nowa – fakt, kawał roboty, zwłaszcza, że tym razem chcielibyśmy czegoś bardzo znacznie szerszego niż jednowątkowy, prosty, szkolny podręcznik – a nauczyciele się być może nauczą.

  • Marcin Zaród
    28 marca 2013 - 15:50 | Permalink

    @ Paweł

    „Napiszmy to od nowa – fakt, kawał roboty, zwłaszcza, że tym razem chcielibyśmy czegoś bardzo znacznie szerszego niż jednowątkowy, prosty, szkolny podręcznik – a nauczyciele się być może nauczą.”

    Oprócz kosztów stworzenia (albo finansowych albo czasowych w open source) problemem jest popularyzacja korzystania. Wydawcy podręczników wydają na marketing kupę kasy, projektom darmowym ciężko rywalizować (i to jest jedna z przyczyn stosunkowo niskiej popularności filmów Khanowskich / MOOC).

    Do tego jest problem z zapleczem – krytyczne analizy podręczników to głównie kwestie obyczajowe. Mało kto analizuje bzdurne intuicje w matematyce lub fizyce. Jest tylko wolny rynek wydawców i bardzo małe zaangażowanie MEN i naukowców. Możemy sobie jako wolontariusze artykuły do pism branżowych pisać, ale np. dostanie grantu na analizę porównawczo-historyczną podręczników jest praktycznie niemożliwe. Nie ma w Polsce czegoś na kształt PSSC czy MEXT.

    „Ale to nie wszystko, bo okazuje się, że one się stają w zasadzie wyłącznym źródłem wiedzy dla nauczycieli. Skoro więc – upraszczając oczywiście – nauczyciel wie to i tylko to, co stoi napisane w książce dla ucznia i jest po to, żeby ucznia nauczyć zawartości tej książki, jasne jest, że to prowadzi do szybkiego psucia nawet żenująco niskich standardów. ”

    Cały czas pamiętajmy o efekcie sprzężenia. Nawet bardzo dobry podręcznik (na poziomie 6.002x / Motion Mountain) w rękach słabo przygotowanego kandydata / kandydatki jest mało wartościowy. Co gorsza WODN / CKN praktycznie nie szkolą w zakresach merytoryki przedmiotów. Można się uczyć o projektach ogólnie, dyskryminacji etc, ale już nie o postępach w klimatologii czy projektach w biologii.

    • EK
      29 marca 2013 - 10:23 | Permalink

      Żeby nie zginęło w potoku słów, problemów i pomysłów powtarzam za panem Marcinem Z.:
      „Elementem Recepty (bo problem ma wiele wymiarów) na zmianę oświaty w skali kraju jest zmiana sposobu kształcenia nauczycieli. Zajmie parę lat, ale innej drogi na zmianę systemową nie ma.”

      Co państwo i Państwo robią, mają zamiar zrobić w tej sprawie?

      • Paweł Kasprzak
        29 marca 2013 - 11:32 | Permalink

        Nie mam żadnego pomysłu na kształcenie nauczycieli, na zwiększenie wymagań co do poziomu ich przytowania itd. Usiłuję się skoncentrować na treści. Kłopoty z tym związane zostały tu częściowo wymienione w wymianie zdań z Marcinem. Np. problem z niezależną recenzją programów (podstaw) i podręczników. Wiem tyle, że jest nawet gorzej niż Marcin napisał. Ktoś – nie MEN – musi za to zapłacić, żeby to było niezależne. To niestety – obawiam się po tym mnóstwie rozmów, które po ostatnim ponad roku mam już za sobą – nie wystarczy. Na konkretnych przykładach nielicznych osób, które próbowały i z tego powodu popadły w najrozmaitsze kłopoty, wiem dzisiaj bardzo dobrze, że nie wystarczy zapłacić za taką recenzję, ale trzeba jeszcze zbudować środowisko na tyle silne, by było w stanie wybronić „wychylającego się” autora przed motywowanym oportunistycznie środowiskowym ostracyzmem po prostu. Na przykład dysponując pismem (pismami) i wydawnictwem (wydawnictwami), które poza płaceniem honorariów, zapewniałoby punkty za publikacje, cytowania itd. Nawet prof. Mankiewicz, generalnie podzielający skrajnie krytyczną ocenę oficjalnych programów w naukach przyrodniczych, nie pójdzie na kolejną „wojnę”, bo jest zajęty, ale również woli dokończyć swój projekt Khana, zamiast ryzykować awantury, które mu w tym mogą przeszkodzić.

        Usiłuję doprowadzić do tego, by treść oferowaną przez szkoły (wszędzie na świecie, bo to nie jest tylko polski problem, choć kilka rzeczy jest naszym specyficznie polskim kretynizmem) po pierwsze ocenić, a po drugie siąść i napisać na nowo. To mogłoby się stać przedmiotem kształcenia nauczycieli, ale mnie wystarczy, żeby to stworzyło treść podręczników dla nauczycieli – vs. podręczniki dla uczniów. Wydaje mi się, że to jest w stanie sporo zmienić. W każdym razie tu nie ma konfliktu z postulatami lepszego szkolenia, zwiększenia wymagań itd. Żeby zrobić swoje, szukam możliwości czegoś w rodzaju biznesowego konsorcjum na rzecz edukacji, jak to się dzieje w Stanach, gdzie istnieje kilka tego typu instytucji. Jakoś to idzie, ale strasznie powoli.

        Pracuję równocześnie nad kilkoma projektami „free choice learning”, to jest tak pomyślanych treści edukacyjnych, po które dzieci sięgną same z siebie, a nie dlatego, że ich wymaga szkoła. Bo są fajne i ciekawe. Wiem, że takie rzeczy da się zrobić (choć to cholernie drogie) i wiem również, że one byłyby w stanie „wstrząsnąć” paradygmatami szkoły i wyobrażeniami o tym, czego trzeba dzieci uczyć. Gdybym dysponował choćby taką kasą, jaką wydaliśmy w Krakowie, byłbym w stanie wykonać choćby prototypowe demo, które przy okazji nadawałoby się do ewaluacji pod kątem rzeczywistej edukacyjnej skuteczności. Wiem, że kasa publiczna wymaga wydawania raczej na sposób, który w Krakowie widzieliśmy, więc szukam prywatnej.

  • Marcin Zaród
    29 marca 2013 - 12:07 | Permalink

    @ Paweł
    Pogadaj z Anną Dzierzgowską ze Społecznego Monitora Edukacji. Ja się z nią dogaduję w kwestii obywatelskiej kontroli nad procesami edukacyjnymi, myślę, że też będziesz miał szansę. Może w ramach SME da się następny grant na to skołować. Nie będzie to pewnie dość na całe wydawnictwo, ale może jakieś audyty da się chociaż zacząć.

    Najłatwiej to chyba z Ebert Stiffung albo z Batorego załatwić, ale projekt jest duży. Najlepiej to chyba z jakimś NGO ruszyć.

    @ EK
    W sferze idei:
    - Moja publicystyka edukacyjna w Krytyce Politycznej od zawsze ten temat porusza (http://www.krytykapolityczna.pl/search/node/Zar%C3%B3d)
    - Przygotowałem dwa rozdziały do książki o edukacji. Książka właśnie się drukuje, mamy nadzieję rozesłać ją po samorządach.
    - Przygotowuję opracowanie naukowe (do podręcznika międzynarodowego) odnośnie edukacji MST w Polsce.

    W sferze systemowej:
    - Wysyłam opinię w większości lokalnych i państwowych aktów edukacyjnych (ostatnio Polityka Rozwoju Edukacji, w przygotowaniu zmiany w KN)
    - Robię szkolenia lokalne dla nauczycieli i uczniów z Łodzi (tutaj mam wsparcie UM Łodzi i Krytyki Politycznej Łódź). We wrześniu-październiku były to programy Boom Kultury i Laboratorium Tolerancji (to odnośnie wpisu), właśnie kombinuję coś ze sztuką-elektroniką.
    - W 2013 organizowałem lub brałem udział w ok. 6-10 spotkaniach związanych z nauką i edukacją. Na większości z nich przedstawiałem ww. poglądy.
    - Publikuję w prasie metodycznej właśnie owe „wartościowe materiały dla nauczycieli”. Najbardziej dumny jestem z Edukacji Biologicznej i Środowiskowej 1/2013 – tam mi chyba najfajniejszy tekst metodyczny wyszedł. EBiŚ wychodzi z pieniędzy publicznych, można tam realizować się jako naukowiec (punkty, recenzje).

    W sferze alternatyw:
    - Rozkręcam łódzki fab-lab (i tutaj też staramy się o granty dla POKL).

    Szczegóły każdej z tych inicjatyw może Pan / Pani poznać po skontaktowaniu się ze mną pod emailem. Mam nadzieję, że to wyczerpuje odpowiedź na pytanie.

  • Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


    *

    Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

    CommentLuv badge
    css.php