Zacofani bez pamięci

Nowoczesna szkoła to nie tylko szkoła wyposażona w komputery najnowszej generacji i tablice multimedialne. Taka nowoczesność jest zresztą najprostsza do osiągnięcia. Nowoczesność szkoły mierzy się też tym, czy potrafi ona kształtować krytyczne i samodzielne myślenie, a do takiej nowoczesności wciąż nam daleko. Polska szkoła jest wciąż miejscem, gdzie uczy się potakiwania i konformizmu, gdzie nie wpaja się nawyku kwestionowania i szukania dziury w całym – mało jest nauczycieli, którzy są szczęśliwi, jeśli uczennica czy uczeń nie zgadza się z nimi, dyskutuje, neguje i podważa. Różnimy się w tym podejściu zasadniczo od szkół zachodnioeuropejskich. Myślę, że nie przeszliśmy kilku ważnych etapów rozwoju edukacji, które tamte kraje mają za sobą, a nas z różnych względów ominęły. Może warto na chwilę rzucić okiem na historię wychowania i zobaczyć, gdzie mogą leżeć przyczyny tego, co jest jednak jakąś formą edukacyjnego zacofania.
Zatem wrzucamy bardzo wsteczny bieg i z lotu ptaka widzimy jak protestancki ferment rozlewa się po szesnasto- i siedemnastowiecznej Europie i sprawia, że odwieczne prawdy religijne zaczyna się kontestować, także w powstających protestanckich szkołach. Jednocześnie protestantyzm wymusza czytanie Biblii ze zrozumieniem, dyskutowanie i rozmyślanie nad jej treścią. Następuje przełom mentalnościowy – Europa uczy się, czasem krwawo i boleśnie, przyjmować inne poglądy. Kościół katolicki albo traci swój, trwający w wiekach średnich, wpływ na edukację młodych ludzi, albo musi się bardzo starać, by choć trochę zreformować swoje szkoły. To w Europie Zachodniej. A u nas? Nieliczne szkoły protestanckie szybko zostają likwidowane, a wszechwładzę edukacyjną sprawują niezmiennie jezuici, którzy w swojej pozycji monopolisty oświatowego nie czują się tak zagrożeni jak na zachodzie Europy. W szkołach króluje bezmyślna metoda pamięciowa i łacina, choć gdzie indziej bardziej ceni się już języki narodowe. Takie szkoły odpowiadają też polskiej szlachcie – intelektualnie rozleniwionej i przekonanej o wyższości naszej edukacji nad zachodnimi nowinkami. Kiedy przychodzi czas rozbiorów oświata zostaje rozdzielona między trzy kraje i trzy różne systemy szkolne, a głównym zadaniem tych, którym zależy na polskiej edukacji jest podtrzymywanie języka, literatury i tradycji. Odzyskana niepodległość  to podobne skupienie na wartościach patriotycznych – trudno się temu dziwić po latach niewoli, ale trzeba też pamiętać, że gdzie indziej, w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych, kwitną ruchy Nowego Wychowania z postulatami twórczej i krytycznej edukacji gotowych zmieniać świat jednostek. Metoda projektów tak popularna wtedy w USA nie chce przyjąć się na szerszą skalę w Polsce, gdzie jest krytykowana za zbytnią afirmację indywidualizmu i demokratyczne zapędy. To, co dzieje się w Polsce po drugiej wojnie to przede wszystkim bezrefleksyjna indoktrynacja przetykana krótkimi okresami buntu i odwilży. Szkoła ma wychować biernego i posłusznego człowieka masowego. Trudno nie zauważyć rewolty 1968 roku, która przeorała zachodnioeuropejską świadomość, przechodząc huraganem przez szkoły, z hukiem wyważając drzwi tej skostniałej instytucji. Powstałe w konsekwencji nowe nurty pedagogiczne narzucają inne standardy myślenia i nauczania – krytycyzm, kwestionowanie pewników, indywidualna wolność z poszanowaniem praw każdego, mądre partnerstwo uczniów i nauczycieli – te wartości na stałe zaczęły wyznaczać szkolną rzeczywistość. My też w Polsce mieliśmy rok 1968, ale jakże inny – naznaczony antysemityzmem i partyjną propagandą, która z siermiężnej stała się nieco tylko bardziej polukrowana w latach siedemdziesiątych. Żelazna kurtyna jest jednak na tyle szczelna, że wciąż nie przepuszcza edukacyjnej wolnej myśli. Karnawał pierwszej „Solidarności” jest niezwykle ważny, bo szkoły na chwilę też stają bardziej niezależne i samorządne. Ta chwila, zamrożona stanem wojennym, choć zasiała w wielu ziarno wolności, jest za krótka aby zmienić mentalność.
I wreszcie nadchodzi przełom roku 1989 – innowacyjnym nurtom w oświacie nie tak łatwo przebić się przez urzędniczą biurokrację. Prawa człowieka i prawa ucznia nie tyle wchodzą do szkół, co spadają na głowy zdezorientowanych nauczycieli i rodziców. Nie rozumiemy ich, bo przez lata nie mieliśmy szans wypracować ich mądrego rozumienia, nie są też specjalnie istotne, raczej traktuje się je jak europejską fanaberię. Wyposażamy szkoły w nowoczesne technologie, uczymy się pracować metodą projektów, ale to co istotne – partnerskie relacje oparte na obustronnym szacunku, krytycyzm, prawdziwa szkolna samorządność są wciąż utopią – nie umiemy ich stosować, bo nie da się w ciągu dwóch dekad wypracować ich głębokiego zrozumienia i przeniesienia na szkolną praktykę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge
css.php