Państwo dla wszystkich

W homilii wygłoszonej 15 sierpnia podczas uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny na Jasnej Górze metropolita częstochowski arcybiskup Wacław Depo stwierdził, że „próba rozłączenia tego, co należy do Kościoła, narodu i państwa, jest niewłaściwa i sztuczna”, dodając, że „nie zagraża nam państwo wyznaniowe, ale kłamstwo udające prawdę i grzech udający dobro”. Po raz kolejny ważna postać Kościoła, tak jak i wielu polityków, utożsamia Kościół z narodem i państwem, co jest nieuzasadnione i nie sposób się z tym zgodzić. Takie bowiem postawienie sprawy bezwiednie i bezmyślnie (a może naumyślnie?) zrównuje wszystkich Polaków z członkami Kościoła katolickiego. Temat przemycanego tu przez kościelnego hierarchę wąskiego i wykluczającego pojęcia narodu wymaga osobnego i dłuższego potraktowania przy innej okazji. Pokrótce trzeba tu tylko stwierdzić, że przez większość swych dziejów Polacy nie byli wyłącznie narodem katolików (pomijając ahistoryczność terminu naród wobec czasów przed XIX wiekiem). Nie-katolikami bowiem była spora część społeczeństwa już od średniowiecza (vide: prawosławni i żydowscy poddani polskich władców). W XVI wieku zróżnicowanie społeczeństwa wzmogło się dzięki polskim protestantom (by wspomnieć choćby Mikołaja Reja), które trwało i później pomimo ofensywy kontrreformacyjnej. Nie-katolikami było też wiele postaci kluczowych dla historii i kultury Polski.

Pozwolę sobie jednak skupić się dłużej nad modelem państwa, który w wersji katolickiego monolitu, przedstawionej przez arcybiskupa Depo, jest dla mnie nie do utrzymania i nie do przyjęcia jako niesprawiedliwy i nieegalitarny. Używając języka matematyki, wyobrażam sobie bowiem państwo jako zbiór, do którego należą wszyscy obywatele – równi sobie dzięki przynależności do tego zbioru właśnie. Ów zbiór zawiera w sobie mniejsze zbiory, czy też podzbiory, które są zbiorami różnego rodzaju. Na przykład osią krystalizacji niektórych z nich jest przynależność do tej lub innej – lub też żadnej – religii. Jest więc podzbiór rzymsko-katolicki, greko-katolicki, prawosławny, różne podzbiory protestanckie, podzbiór żydowski, muzułmański, podzbiory innych religii i denominacji, wreszcie podzbiór ateistyczny. Są też podzbiory oparte na poglądach politycznych, na płci, orientacji seksualnej, kolorze skóry itd. Podzbiory z różnych grup często nakładają się na siebie, tworząc wspólne pola.

Przy całym zróżnicowaniu podzbiorów należących do zbioru państwowego, wszystkie one powinny być sobie równe. Co prawda niektóre z nich są liczniejsze od innych – często dość znacznie (np. podzbiór katolicki); zatem w ogólnym zbiorze państwa niektóre podzbiory stanowią liczebną większość, inne zaś mniejszość. Jednak równość podzbiorów – a więc równość postaw i światopoglądów – wynika nie z liczebności elementów poszczególnych zbiorów, lecz z faktu, że każdy podzbiór jest niezależną i równą jednostką składową zbioru państwowego. Równość podzbiorów składowych zbioru państwa jest równością jakościową (kwalitatywną), a nie liczbową/ilościową (czy też kwantytatywną). Podzbiór o większej liczbie elementów jest zatem równy podzbiorom o mniejszych liczbach elementów i nie należy mu się z tego tytułu lepsze traktowanie ani prawo do większej liczby przywilejów i do domagania się od mniej licznych elementów innych podzbiorów zgody na uprzywilejowaną pozycję w dyskusji nad kształtem państwa.

Wyobrażam sobie zatem państwo jako zbiór, w którym podzbiór największy nie rozpycha się i nie zmiata zbiorów mniej licznych – równych mu przecież równością jakościową – na obrzeża zbioru państwowego ani tym bardziej nie wgniata w mur graniczny jako szkodliwego pasożyta. Chciałbym państwa jako zbioru, w którym podzbiór liczebnie dominujący, a jednak jakościowo równy, nie będzie uznawał swoich racji jako jedynej i niepodważalnej prawdy, racje innych podzbiorów postrzegając jako „kłamstwo udające prawdę” i okazując tym samym całkowitą niezdolność wejścia w jakikolwiek dialog. Pragnę państwa, w którym jakościowo równe podzbiory spierają się konstruktywnie o kształt zbioru ogólnopaństwowego, stosując jedynie siłę argumentów i perswazji, i gdzie żaden z podzbiorów nie traktuje innych podzbiorów protekcjonalnie, z wyższością kogoś, kto uznaje, że i tak przecież wie lepiej. Oznaczałoby to w praktyce, że podzbiory liczniejsze nie forsowałyby swoich rozwiązań światopoglądowych na cały zbiór państwowy, lecz dopuszczały  różnorodność postaw, wzorców, poglądów. Mogłyby co prawda nie dopuszczać rozwiązań i zapatrywań, z którymi się nie zgadzają, wewnątrz swego podzbioru (np. Kościół katolicki mógłby nie akceptować związków partnerskich wewnątrz swojej wspólnoty), ale nie starałyby się rozciągać własnych zapatrywań na wszystkie pozostałe podzbiory państwa.

Chciałbym zatem państwa, w którym hierarchowie Kościoła katolickiego uznają, że są tylko jednym z wielu głosów w dyskusji nad kształtem państwa i swym świętym oburzeniem nie będą się domagać uprzywilejowanej pozycji w sporze o kształt kraju; państwa, w którym władze kościelne uznają, że są uczestnikiem dyskusji równym wszystkim pozostałym – nie gorszym, ale i nie lepszym od reszty. Po prostu równym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge
css.php