Nauczycielskie rozważania o polskości (I). Patriotyzm otwarty – otwarta polskość

O zbliżaniu się Święta Niepodległości świadczy coraz głośniejsze „patriotyczne” larum faszyzujących ruchów narodowych. Nie sposób nie dostrzec, że mobilizacja w ich gronie ogromna – zapraszają, ogłaszają, nawołują, obwieszczają, zapewniają – a usta mają pełne buńczucznych frazesów mylących patriotyzm z wywyższającym się nacjonalizmem, czy wręcz szowinizmem, pełnym niechęci i nienawiści do obcych. Ostatnie uwagi świeżych nacjonalistycznych posłów w polskim Sejmie, hasło towarzyszące Marszowi Niepodległości 2015 („Polska dla Polaków, Polacy dla Polski”), organizowanemu przez narodowców, nie mówiąc już o nienawistnych komentarzach na stronie marszu, jasno pokazują, że patriotyzm i polskość pojmują oni bardzo wąsko, wyrzucając z nich wszelkich „obcych”. Granice obcości zakreślają przy tym owi „patrioci” bardzo szeroko, przypisując ją wielu z tych, którzy sami siebie chcą zaliczać do „swoich”, „naszych”. W oczach „patriotów” jednak ci ostatni znajdują się już poza nawiasem „polskości”, a przynajmniej „polskości prawdziwej”.

„Prawdziwi Polacy” i „prawdziwi patrioci” nadchodzą. Niech żyje nam niepodległa Rzeczpospolita.

***

Encyklopedyczna definicja patriotyzmu wydaje się na pozór dość prosta: patriotyzm to umiłowanie własnej patriae, czyli ojczyzny, i żywiony dla niej szacunek; patriotyzm opiera się na więzi z własnym narodem, czyli na tożsamości narodowej. Definicja ta rodzi jednak pytania o elementy składowe wyrażenia definiującego. Czym bowiem jest owo umiłowanie i w jaki sposób się ono przejawia? Czym jest sama ojczyzna i czym jest naród? Kim są ci, którzy tę ojczyznę miłują? Czy wszystkie wymienione elementy są niezmienne w czasie i jak wyglądają one w nowoczesnym kraju XXI wieku? Jako nauczyciel i wychowawca muszę też zadać jeszcze jedno pytanie: jeśli pojęcie patriotyzmu nie jest tak oczywiste, jak się wydaje, to do jakiego patriotyzmu powinienem wychowywać swoich podopiecznych?

Oddajmy głos specjalistom. Stanisław Ossowski, jeden z pionierów socjologicznej refleksji nad narodem, definiuje go jako ojczyznę ideologiczną. Opiera się ona jego zdaniem na więzi ideologicznej – na przekonaniu jednostki o jej uczestnictwie w pewnej zbiorowości – tj. narodzie właśnie. Ową więź – i owo przekonanie – tworzy zestaw idei stanowiących oś krystalizacji grupy narodowej, takich jak wyobrażenie obszaru ojczyzny, dziedzictwo kulturowe grupy, wspólnota losów dziejowych, czy też państwo.

Inny socjolog narodu – Amerykanin Benedict Anderson – definiuje naród jako wspólnotę wyobrażoną, budowaną z rozmaitych obrazów tworzących pewną narrację, podzielaną przez różnych członków grupy określającej się jako narodowa. Narodowa wspólnota wyobrażona jest społecznością skończoną (ma ograniczony zakres – zajmuje skończony obszar) i suwerenną. Obejmują ponadto wszystkie klasy społeczne, które pomimo istniejących między nimi nierówności złączone są poziomym układem solidarności.

Idee tworzące więź ideologiczną Ossowskiego, czy też obrazy konstruujące wspólnotę wyobrażoną Andersona są konieczne, gdyż członkowie grupy narodowej nie znają się wszyscy wzajemnie i nie spotykają na co dzień. W przeciwieństwie bowiem do społeczności rodowych i plemiennych charakterystycznych dla wczesnych okresów rozwoju społecznego ludzkości i opierających swą tożsamość na węziej lub szerzej pojmowanych więzach krwi, stanowią oni zbiorowość bardzo liczną i wewnętrznie złożoną. Potrzebują zatem idei czy też obrazów do stworzenia wyobrażenia samych siebie jako grupy ponadlokalnej i wyobrażenia swej ojczyzny, do stworzenia ideowej i obrazowej narracji opowiadającej o tym czym jest ich wspólnota.

Z pojęcia narodu jako ojczyzny ideologicznej, czy też jako wspólnoty wyobrażonej, wynikają dwie logiczne konsekwencje. Otóż po pierwsze, nie istnieje stały zewnętrzny i niezmienny zbiór idei/wyobrażeń tworzących ojczyznę ideologiczną/wspólnotę wyobrażoną; dla różnych narodów – i w różnym czasie – owe idee/wyobrażenia mogą być odmienne. Dla przykładu: komponent tak „oczywisty” i „naturalny” jak język nie zdaje egzaminu w przypadku Szwajcarii i Belgii (zamieszkujące je grupy używają kilku języków narodowych; nie ma języka szwajcarskiego czy belgijskiego), czy też krajów postkolonialnych (Brazylijczycy nie mówią po brazylijsku, a Australijczycy po australijsku). Idealnymi kryteriami definiującymi naród nie są też religia czy posiadanie państwa, bo istnieje przecież wiele narodów, których członkowie wyznają różne religie lub różne odłamy tej samej religii, i istnieją też narody nie posiadające państwa, jak Kurdowie obecnie, czy Polacy w czasie zaborów.

Po drugie zaś, omawiany zbiór idei/wyobrażeń może się różnić dla różnych członków grupy narodowej bądź też dla różnych podgrup tejże grupy. Nie wszyscy członkowie narodu będą utożsamiać się dokładnie z tymi samymi ideami/wyobrażeniami (elementami kultury, dziejów, państwa, itd.) i różne jednostki lub podgrupy będą różnym ideom/wyobrażeniom przypisywać różną wagę. Ojczyzna ideologiczna w ujęciu Osowskiego oraz wspólnota wyobrażona Andersona są bowiem koncepcjami pojemnymi, dopuszczającymi różne, w znacznym stopniu odmienne elementy konstytuujące tożsamość narodową i obraz ojczyzny – różne tradycje jednostek, rodzin i regionów. Zatem żadna jednostka ani podgrupa nie powinna mieć monopolu na definiowanie tożsamości narodowej, narodu, czy patriotyzmu.

***

Powrócę do postawionych wcześniej pytań. Jak zatem w świetle powyższych rozważań należy postrzegać polskość, polską tożsamość narodową i polski patriotyzm? I jakiego patriotyzmu powinienem nauczać jako wychowawca młodzieży?

Rok temu przeprowadziłem lekcję wśród swoich wychowanków – wówczas uczennic i uczniów klasy drugiej liceum – w czasie której postanowiłem sprawdzić, jak rozumieją patriotyzm moi siedemnastoletni podopieczni i czym się on dla nich przejawia. Udzielone przez nich odpowiedzi dają się podzielić na dwie grupy. Większość klasy – co mnie bardzo ucieszyło – zwróciła przede wszystkim uwagę na obywatelski wymiar patriotyzmu. Szacunek i umiłowanie ojczyzny w XXI wieku to dla nich przede wszystkim zaangażowanie w państwo i troska o nie, przejawiające się płaceniem podatków („bo przecież składamy się dla siebie”), uczciwą pracą, zainteresowaniem sprawami bieżącymi kraju i popieraniem inicjatyw obywatelskich (jedną z mych uczennic oburzyło niskie zainteresowanie miejskim budżetem obywatelskim). „Dulce et decorum est pro patria laborare” – można by rzec, parafrazując Horacego.

Patriotyzm to dla mych wychowanków również konstruktywna krytyka (państwa, procesów społecznych, wydarzeń, postaw) wynikająca z troski o ojczyznę. Patriotyzm wreszcie to także dbałość o wykształcenie i dostrzeganie jego wartości – wykształcenie w obszarze obywatelskim i społecznym (by wiedzieć jak działa kraj), humanistycznym (by znać kulturę i historię kraju) oraz specjalistycznym (by móc pracować na rzecz kraju jako przedsiębiorca, prawniczka, urzędnik, lekarka itd.).

***

Rozmowa z mymi podopiecznymi okazała się bardzo budująca. Bez wątpienia moja koleżanka, nauczająca ich historii i wiedzy o społeczeństwie na wcześniejszym etapie gimnazjum (uczę w zespole szkół), wykonała świetną robotę. I mimo wrażenia, że kilkoro z nich jednak zbyt łatwo nastawia uszu na głośne slogany narodowców, większość wydawała się przekonana, że patriotyzm to przede wszystkim pozytywistyczna praca na rzecz kraju zamieszkania, potwierdzana codzienną, powtarzalną rzetelnością i uczciwym funkcjonowaniem w ramach struktur złożonego nowoczesnego społeczeństwa i państwa, i skłaniała się ku postawie otwartości – ku polskości dopuszczającej wielość odmiennych wzorców i tradycji, ku polskości włączającej, inkluzywnej, polifonicznej.

Taki patriotyzm obywatelski pozwala na pojemną identyfikację z polskością – zakreśla on jej granice na tyle szeroko, że włącza w jej obszar wszystkich tych, którzy swą obywatelską postawą chcą w owej polskości uczestniczyć. Jest w niej zatem miejsce także dla imigrantów sumiennie pracujących dla dobra swej nowej ojczyzny. Ich emocjonalna, symboliczna i kulturowa identyfikacja z krajem pochodzenia nie musi wykluczać możliwości identyfikacji z nową ojczyzną, którą najłatwiej im potwierdzać postawą świadomego obywatelstwa.

Druga grupa przejawów patriotyzmu wymienionych przez moją klasę opiera się o symbole i pamięć. Patriotyzm w tym rozumieniu to według mych podopiecznych z jednej strony szacunek dla godła, flagi i hymnu państwowego, a z drugiej pamięć o ludziach i wydarzeniach z przeszłości kraju, w tym także – co warto podkreślić – o sprawach trudnych i nie zawsze chwalebnych. Patriotyzm to dla nich również przyswojenie i znajomość kultury – tak własnego narodu, jak i kultury w ogóle – oraz uczestnictwo w niej.

Także i ten wymiar patriotyzmu i tożsamości narodowej może mieć różny stopień otwartości. Dla większości mych wychowanków, podobnie jak dla mnie, jest on bardzo pojemny. Patriotyzm oparty na znajomości historii i kultury własnej ojczyzny będzie już zatem patriotyzmem dzieci imigrantów wspomnianych powyżej – dla nich będzie on pogłębieniem patriotyzmu obywatelskiego. Całkiem możliwe, że ich tożsamość narodowa będzie tożsamością podwójną; oba człony ich podwójnej identyfikacji mogą ze sobą współistnieć i żaden nie musi wykluczać drugiego. Podobnie może się zdarzyć w przypadku osób należących do mniejszości narodowych żyjących pośród narodowej większości. Dochodzi u nich do internalizacji kultury i historii społeczeństw, w których żyją (choćby w wyniku powszechnej edukacji) i bez wątpienia również do częściowej choćby identyfikacji z tą kulturą i historią. Nie wyklucza to jednak w ich przypadku możliwości utożsamiania się z historią i kulturą narodu żyjącego w większości w innym państwie.

***

Jak rozumieć ten ostatni przypadek? Gdy piłkarz reprezentacji Polski Waldemar Sobota razem z kolegami z drużyny narodowej śpiewał przed meczem Polska-Szkocja (14.10.2014) hymn Polski, to mogę podejrzewać, że czynił to, bo czuje się Polakiem. Z drugiej strony w rodzinnym domu na Śląsku Opolskim kibicował mu ojciec, który w ich rodzinnej wiosce jest szefem koła mniejszości niemieckiej. Czy zatem Waldemar Sobota na pewno jest Polakiem? A może jest Niemcem? Tym bardziej, że oprócz polskiego ma także obywatelstwo niemieckie? A co z jego ojcem? Przecież męscy przodkowie obu panów też walczyli w wojsku niemieckim, jak dziadek Donalda Tuska. Odpowiedź na to pytanie pozostawiam samym zainteresowanym, bo to wyłącznie ich sprawa. Mnie wystarczy moje własne przekonanie, że mogą oni być jednocześnie i Polakami, i Niemcami (a przy okazji Ślązakami o silnej tożsamości regionalnej), i nie mnie narzucać im ich tożsamość ani wymagać od nich opowiedzenia się za jedną tylko identyfikacją, jakakolwiek by ona nie była.

Otwarty patriotyzm nie stawia kategorycznych wymagań także wobec innych wyznaczników tożsamości, jak choćby wobec religii. W Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii nikomu nawet nie przyjdzie to do głowy. Owszem, w czasach sprzed epoki nacjonalizmu – czyli z grubsza przed XIX wiekiem, kiedy to świat Zachodu począł myśleć w kategoriach narodu – religia bywała jednym z podstawowych kryteriów tożsamości grupowej. W Polsce katolicyzm równoznaczny był wówczas z przynależnością do etnosu polskiego i odróżniał jego wyznawców od Rusinów, którzy byli prawosławni. Jednak nawet i w tym przypadku linie podziału nie były w pełni dystynktywne, gdyż począwszy od XVI wieku jęli się pojawiać Polacy różnych wyznań protestanckich. Począwszy od XIX wieku owe granice uległy jeszcze większemu zatarciu. Wobec potęgi idei narodu rola religii straciła bowiem na znaczeniu, które w świecie nowoczesności osłabiło jeszcze zeświecczenie znacznej części społeczeństwa, rozdział religii od państwa oraz przypadki świadomych konwersji na inne religie. W otwartym patriotyzmie polskim nie ma zatem miejsca na zbitkę pojęciową Polak-katolik, tyleż archaiczną, co nieskuteczną w opisie rzeczywistości. Gdyby bowiem nadal miała ona obowiązywać, to należałoby z grona Polaków wykluczyć tysiące osób niewierzących, a także dumnych polskich luteran, takich jak choćby Adam Małysz, Jerzy Buzek, czy Halina Młynek. Podobnie należałoby uczynić ze znanym polskim malarzem (zmarłym niedawno) Jerzym Nowosielskim, wyznawcą prawosławia, którego ojciec był Łemkiem. Otwarty patriotyzm jest zatem patriotyzmem wierzących, niewierzących i wierzących inaczej.

Naród jako ojczyzna ideologiczna i wspólnota wyobrażona – pozwolę sobie powtórzyć – jest zawsze swego rodzaju narracyjną kreacją, tworzoną z idei i obrazów zaczerpniętych z własnych losów i kultury, oraz dokonującą pewnej interpretacji własnych dziejów i tradycji. Owa kreacja jest lub powinna być swoistym konsensusem, wspólnym wszystkim członkom narodu. Jednak w ramach złożonej, bo ponadlokalnej wspólnoty narodowej siłą rzeczy muszą istnieć podgrupy o odmiennych tradycjach – czasem nawet w stopniu znacznym – co wynika ze zróżnicowanej historii i kultury poszczególnych regionów czy też grup społecznych. Inkluzywny model narodu i patriotyzmu musi pozwolić zabrzmieć owym odmiennym nurtom tradycji, by opowiadające się za nimi grupy mogły odczuć szacunek dla własnego wątku narodowej opowieści i dzięki temu utożsamić się z narodem jako całością. Gdy bowiem któraś z grup w ramach wspólnoty narodowej poczuje, że jej opowieść tłumiona jest przez inną grupę, to obniży się w ich oczach wiarygodność całości narodowej narracji (narodowej wyobraźni/narodowej ideologii).

***

Pozwolę sobie skonkretyzować powyższe rozważania na jednym przykładzie. Nacjonalistycznie zorientowana część polskiego społeczeństwa od dłuższego czasu forsuje jedynie słuszną ich zdaniem narrację narodowych losów czasu drugiej wojny światowej, za prawdziwie polskie i patriotyczne uznając wyłącznie tradycje Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i Armii Andersa, a marginalizując, czy wręcz dyskredytując tradycje bojowników Gwardii Ludowej, Batalionów Chłopskich i Ludowego Wojska Polskiego. Tym zaś z Polaków, których przodkom przyszło walczyć w szeregach Armii Czerwonej czy Wehrmachtu, a także cierpieć prześladowanie i mordy w gettach i obozach Zagłady, zdają się zupełnie odmawiać prawa głosu do opowiadania własnych historii. Ich kreacjonizm narodowej narracji jest więc posunięty do tego stopnia, że starają się nadinterpretowywać fakty historyczne lub je przeinaczać. Owe fakty zaś – a właściwie same dane ludnościowe obszarów pod okupacją niemiecką i sowiecką – wskazują dobitnie, że co najmniej kilka milionów dzisiejszych mieszkańców Śląska, Wielkopolski i Pomorza miało dziadka w Wehrmachcie (i Donald Tusk żadną miarą nie jest tu wyjątkiem), a potomkom tysięcy innych przyszło walczyć w ramach wojsk sowieckich. Czy zatem ma to świadczyć nieprzychylnie o polskości wnuków i prawnuków tych żołnierzy i podawać ją w wątpliwość? I czy narodowa narracja wojennych losów musi piętnować opowieści o dziadkach z Wehrmachtu i Armii Czerwonej współczesnych Polaków? Otwarty, inkluzywny patriotyzm nie wyklucza tych wątków z narodowej narracji i wplata je w obraz narodowej wspólnoty. Nie musi gloryfikować niemieckich czy sowieckich żołnierzy wśród przodków dzisiejszych Polaków, ale może neutralnie opowiadać o trudnych i złożonych losach dwudziestowiecznej historii Polski.

Otwarty patriotyzm nie ogranicza też narodowej narracji historycznej do opowieści dotyczących wyłącznie obywateli większościowej grupy, czyli w przypadku Polski obywateli wywodzących się z pierwotnego etnosu polskiego, lecz dopuszcza i szanuje – jako równoważne, równie uprawnione i nie mniej patriotyczne – opowieści obywateli pochodzących z innych grup. Polski dyskurs historyczny powinien zatem obejmować także dyskursy dotyczące grup mniejszościowych, współtworzących Polskę przez stulecia i będących jej współgospodarzami, tj. dyskurs niemiecki, żydowski, ukraiński, białoruski, litewski, ormiański, tatarski i inne. Jeśli bowiem będzie on wyglądał inaczej – np. traktował Zagładę Żydów jako rzecz wyłącznie żydowską, czyli nie „naszą” i „obcą”, choć dotyczyła ona trzech milionów żydowskich Polaków – to będzie to dyskurs nacjonalistyczny, wykluczający, zamknięty. Grzech ten pokutuje w zbiorowym myśleniu od dawna i wciąż nie jest poddawany wystarczającej refleksji. Nawet bowiem w komunistycznej Polsce, w teorii opartej na utopii emancypacyjnej i niwelującej różnice pochodzenia klasowego, etnicznego i religijnego, dominującym nurtem historiograficznym – zwłaszcza po roku 1968 – był nurt endecki, a zatem mocno wykluczający. Ten stan rzeczy, powielany i wdrukowywany w procesie powszechnej edukacji i masowym przekazie medialnym, trwał i trwa w najlepsze także po przełomie roku 1989 – choć może jako zbiorowość nie w pełni to sobie uświadamiamy – i dopiero od niedawna da się zauważyć wysiłki zmierzające do jego zmiany na bardziej inkluzywny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge
css.php