Nic, które masz i którego ubywa (edukacja na rzecz uchodźców)

Kilka miesięcy temu długo rozmawiałyśmy z Agnieszką i Joanną, fantastycznymi kobietami, na temat edukowania na rzecz uchodźców. Był z nami dyktafon. Spisałam, obszerną część daję Czytelnikom i Czytelniczkom bloga. Dołączam zdjęcie wykonane przez Agnieszkę. jr. 

NeaKalava1

 

Nic, które masz i którego ubywa.

Z Joanną Stankiewicz i Agnieszką Szczepanek

rozmawia Joanna Roszak

 Na wielu dzisiejszych szkolnych lekcjach, w większości polskich mediów i kościołów nie podaje się wiedzy o życiu w obozach dla uchodźców. Kilkanaście tygodni temu wróciłyście z greckiego obozu w Nea Kavala. Pokażcie to, czego nie widać, a co mogłoby zmienić nastawienie czytelników i czytelniczek naszej rozmowy do uchodźców i uchodźczyń.

 

Joanna: Na zawsze zapamiętam ostatni wieczór spędzony w obozie. Kilka dni wcześniej przyszła zima, temperatury spadły poniżej zera i wiał tak silny wiatr, że nikt nie wychylał bez potrzeby głowy z kontenera. To był pierwszy cichy i spokojny wieczór, wiatr ustał i spadł śnieg. Ludzie wyszli na ulice, dzieciaki ślizgały się i rzucały śnieżkami, jak to się dzieje w każdym miejscu, gdy śnieg spada po raz pierwszy. Idąc przez obóz z koleżanką i kolegą z organizacji, spotkaliśmy człowieka, który lepił bałwana. Zaczęliśmy z nim rozmawiać. Nie znaliśmy jego języka, on nie znał naszego. Rzucaliśmy jedynie pojedyncze słowa – on po angielsku, my po arabsku, ale to i język niewerbalny wystarczyło nam, żeby zrozumieć, że był rzeźbiarzem w Syrii. A teraz natura dała mu wreszcie materiał, by mógł choć na chwilę wrócić do tego, kim był wcześniej.

 

Agnieszka: W obozie poznałyśmy Abu Rudiego. Pewnego dnia zaprosił nas na kawę, zaczął opowiadać o tym, co robił w swoim kraju. Jako technolog zajmował się programowaniem maszyn, które wyszywały wzory na tkaninach. Opowiadał o tym, jak musiał uciekać do Turcji, potem trafił do Grecji. I o strachu, że prawdopodobnie już nigdy nie będzie w życiu robił tego, co umiał i kochał.

Ale gdy myślę o wolontariacie, prześladuje mnie głównie inne spotkanie, z dwunastoletnią dziewczynką. „Upatrzyła” mnie sobie w Nea Kavala. Gdy tylko mnie dostrzegała, przybiegała i rozmawiała ze mną, bardzo ładnym angielskim. Pewnego dnia spotkałyśmy się w markecie. Z płaczem opowiadała, że przed chwilą musiała się pożegnać z jedną z przyjaciółek, z inną wolontariuszką. Powiedziała mi, że to naprawdę super, że ludzie przyjeżdżają, niezwykle docenia pracę wolontariuszek i wolontariuszy. Ale że bolą ją te kolejne pożegnania, bo wie, że nie może powiedzieć: „do zobaczenia”. Dojrzałość tej dziewczynki wprawiała mnie w nieśmiałość i osłupienie. Nie wiedziałam, na ile szczerze mogę z nią rozmawiać. Ciągle powraca do mnie jedno pytanie, które mi zadała. „Dlaczego ludzie nienawidzą Syryjczyków?”. Próbowałam jej wytłumaczyć, że to tylko mała grupa, że to przez strach i niewiedzę. Ale tak naprawdę trudno mi pojąć, że można nienawidzić kogoś przez wzgląd na kolor skóry, płeć, kraj pochodzenia, religię. A okazuje się, że najłatwiej zbudować opowieść o inności przez wzbudzanie strachu.

 

Pamiętam, jak po powrocie z wolontariatu w Nea Kavala opowiadałyście mi o równościowej zasadzie podziału środków wśród uchodźców i uchodźczyń. O tym, że jeśli przebywa w obozie 400 rodzin, a do rozdysponowania jest 300 opakowań cukru, czeka się na tych 100 brakujących.

 

Joanna: Taki sposób działania wydaje mi się bardzo ważny. Musimy mieć pewność, że każdy mieszkaniec i każda mieszkanka obozu otrzyma zbliżoną ilość produktów, będzie mieć szansę otrzymać podobnej jakości odzież. Nie można wprowadzać żadnych podziałów, faworyzować grup. To, że niektórzy rezydenci obozu pomagają w markecie, również nie unieważnia tej zasady, nie otrzymują przez to lepszych rzeczy. Poza tym, organizacja, dla której pracowałyśmy, stara się myśleć długoterminowo – liczy się to, aby dystrybucję cukru lub ubrań zaplanować i realizować systematycznie. To wymaga pracy, wsparcia ze strony innych organizacji i stałego napływu wolontariuszy, ale takie działanie buduje zaufanie do organizacji, a to bardzo ważne w miejscu, jakim jest obóz dla uchodźców. Jako osobie, której nigdy niczego nie brakowało, było mi trudno zrozumieć, jak to jest znaleźć się w sytuacji, kiedy nie ma się prawie nic i kiedy każda odejmowana cegiełka burzy całą konstrukcję. Opowiem to na przykładzie: na początku stycznia spadła temperatura i w obozie zamarzły rury. Ludzie nie mieli dostępu do bieżącej wody, nie mogli prać ubrań, a często mają przecież tylko kilka ciuchów na zmianę. Nie mogli się umyć. Litr wody na osobę musiał wystarczyć do picia i gotowania. My możemy iść pod blok do pompy lub po baniak do sklepu. Tymczasem jeśli czegoś nie ma w obozie, oznacza, że tego nie ma i nie będzie. A przecież mówię tylko o podstawowych potrzebach.

 

Agnieszka: Największym wyzwaniem było rozumienie tego, że rzeczywiście możesz znaleźć się w sytuacji, w której nic od ciebie nie zależy, nie możesz reżyserować swojego dnia, tygodnia, miesiąca, roku… Jestem odpowiedzialna tylko za siebie, więc widząc samotne matki z pięciorgiem dzieci, w sytuacji ekstremalnej, w zimnie, bez dostępu do wody, bez widoków na to, że coś się zmieni, stykałam się z tym, co dla mnie niewyobrażalne. Empatyzuję z tym, ale nie jestem w stanie do końca sobie tego wyobrazić, nawet będąc tam, na miejscu. Ci ludzie przeszli piekło, wojnę, podróż, namioty… Gdy padało, zalewało im to niemal nic, które mieli. Tam cały czas jest ci coś obierane i stale musisz o to walczyć.

To kontrast duży i trudny, mikrokosmos obozu i świat poza nim. Bo później wracałam do hotelu, miałam jedzenie, myślałam, do kogo zadzwonię. Schizofreniczne doświadczenie. Masz świadomość pewnych rzeczy, nie chcesz jej wyprzeć, ale nie zrozumiesz tych dojmujących dysproporcji, bo się na nie nie godzisz. Wydaje mi się, że oprócz podstawowych rzeczy, chodzi tu też o poczucie swobody i wolności, których ci ludzie są pozbawieni.

 

Joanna: Na początku naszego pobytu przeszłyśmy rozmowę z psychologiem z Norwegii, który na co dzień pracuje z uchodźcami. Tłumaczył nam, że wolontariusze często doświadczają przeniesienia traumy i lęku, związanego z uświadomieniem sobie kruchości sytuacji, w której każdy z nas się znajduje, bo przecież każdy z nas jest narażony na to, że straci wszystko.

 

Czysty Barańczak: „Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?  / Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?  / Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy  / w świecie  / czuł się jak u siebie w domu?”

 

Joanna: Odbicie tych słów można znaleźć w historiach ludzi, których poznałyśmy. Ostatniego dnia mojego pobytu do obozu trafiła kobieta mówiąca perfekcyjnie po niemiecku. Wychowała się w Niemczech, a potem wraz z rodziną wróciła do Syrii. Teraz znów jest w Europie i nie ma niczego. Pamiętam również spotkanie z fryzjerką, która z zainteresowaniem oglądała włosy mojej koleżanki, chwaliła kolor i mówiła, że chciałaby wrócić do zawodu, ale przecież nie ma jak. Poznałyśmy również Shervana – chłopca, który w Syrii studiował fotografię, a teraz marzy, żeby kupić sobie aparat fotograficzny i wrócić do robienia tego, co kochał. I Shirin – nauczycielkę w klasach początkowych, która nie zna innych języków niż arabski i kurdyjski i nie wie, co będzie mogła robić w nowym kraju. Pijąc herbatę, oglądałyśmy zdjęcia ze ślubów, fotografie ich domów, rodziny – tego wszystkiego, co musieli zostawić za sobą.

 

Agnieszka: Jest też Mohamed – policjant z Aleppo, który pomagał w markecie jako tłumacz. Niezwykle zaangażowany człowiek, zadziwiał mnie chęcią niesienia pomocy nam wolontariuszom… Jeżeli było nam zimno, to w ciągu kilku sekund znajdował się obok z przenośnym grzejnikiem, a parę chwil później częstował pyszną kawą, którą zrobił wcześniej w plastikowej butelce po wodzie, w swoim kontenerze, bo jak podkreśla – w Grecji kawa nie jest wystarczająco mocna. Wspominam też Anasa, młodego chłopaka. Nie potrafił usiedzieć na miejscu, wszędzie było go pełno, stale musiał coś robić. Ostatnio pracował przy projekcie Timber Project, pomagając odbudować szkołę. Jak przyznali sami inicjatorzy, zawstydzał ich wiedzą na temat konstrukcji i rozwiązań technicznych, które potrafił wymyślić w ciągu kilku minut. Miałam ogromną przyjemność poznać też Ibrahima – chłopca, który znał 5 języków, elokwencją i mądrością wprawiał wszystkich w zakłopotanie.

 

Na wolontariat pojechałyście z Drop in the Ocean. To norweska organizacja. A zatem organizacja kraju, będącego pionierem w nauczaniu na rzecz pokoju. Jak działacie po powrocie?

 

Agnieszka: Planujemy rozszerzać działania w ramach inicjatywy From Poznań With Love, skupiając się na rozmowie. Wierzymy, że rozmawiając z ludźmi, odpowiadając na ich pytania i wszelkie wątpliwości, możemy coś zmienić. Doświadczenie związane z wolontariatem sprawia, że nie można pozostać biernym/bierną. Temat uchodźczy pojawia się obecnie w wielu rozmowach, uważam, że naszym obowiązkiem jest zabierać głos w tej sprawie. Wyzwaniem okazuje się cierpliwość i niewychodzenie z punktu osoby, która wie lepiej. Trzeba budować atmosferę rozmowy. I rozmawiać, pokazując, że nie istnieje tylko jeden punkt widzenia, nie istnieje tylko jedna narracja.

 

 

Joanna: Należy rozmawiać na przekór tendencji, zgodnie z którą wszyscy chcą nas podzielić. Odwrotnie, szukajmy tego, co nas łączy. I po prostu bądźmy uważni. Trzeba też nieustannie sprawdzać siebie, bo nikt nie jest wolny od stereotypów. No i często nie słuchamy innej strony, nie chcemy zrozumieć innego punktu widzenia. A ludzie czasem chcieliby zadać pytania, których nie mogą zadać gdzie indziej, bo się zwyczajnie wstydzą.

 

Jakie to pytania, na których zadanie nie ma bezpiecznej przestrzeni? Ważne pytania, bo często podyktowane niewiedzą i strachem.

Dwa stałe: co sądzę na temat tego, że wśród przybywających do Europy uchodźców mogą się ukrywać terroryści oraz tego, jak są traktowane kobiety w kulturach krajów, z których migranci do nas przybywają. W tych pytaniach odbija się obraz wykreowany przez media – obraz migrantów jako terrorystów i islamu jako religii ucisku.

 

Agnieszka Szczepanek – absolwentka filologii polskiej, pracuje w Estradzie Poznańskiej, gdzie zajmuje się promocją takich festiwali, jak Animator, Made in Chicago czy Poznań Baroque. Pracowała jako wolontariuszka w obozie w Nea Kavala.

 

Joanna Stankiewicz – właścicielka Babilądu, organizatorka Babiego Targu. Przez wiele lat związana z festiwalami No Women No Art i Animator. Dwukrotnie wyjeżdżała do Grecji, by pracować jako wolontariuszka w obozie w Nea Kavala.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge
css.php