Szkolne uśrednianie – co o tym myśleć? Jak temu zaradzić?

Sporo ostatnio w mediach mówi się o tym, co szkoła daje uczniom, jak odnajduje się w niej (lub nie odnajduje) uczeń zdolny, ciekawy, wymagający.. Artykuły, filmy (choćby wspominany na blogu „Alfabet” Erwina Wagenhofera, czy książka słynnego duńskiego terapeuty  Jespera Juula „Kryzys szkoły”) nawołują do zmian w szkolnictwie i podejściu do ucznia. Co robić i jak uczyć by szkoła nie gubiła naturalnej ciekawości i indywidualności ucznia?

Prof. Gerald  Huther opowiada w „Alfabecie” o swoich badaniach, z których wynika, że „wszystkie dzieci są zdolne” , ale z każdym kolejnym rokiem spędzonym w szkole ich talenty bledną. W Tygodniu Powszechnym (nr 5,  1 lutego 2015 r. str. 12-15) Przemysław Wilczyński w artykule „Rzeźnia zamiast Kuźni”  przywołuje wnioski  Prof. Edyty Gruszczyk-Kolczyńskej z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, która badała dzieci uzdolnione matematycznie w przedszkolu i u progu podstawówki. O ile pod koniec edukacji przedszkolnej uzdolnienia matematyczne wykazuje co drugie dziecko, a wybitne uzdolnienia co piąte to po ośmiu miesiącach spędzonych w szkolnych ławkach te drugie wykazuje już tylko co ósmy uczeń, ponad to, uczniowie są: mniej krytyczni i mniej odważni w samodzielnym formułowaniu zadań. Częściej oczekują pomocy w ich rozwiązaniu i słabiej reagują na absurdy w sytuacjach zadaniowych. Dlaczego tak jest? Badaczka odpowiada na łamach tygodnika: „Od pierwszych dni nauki nauczyciel uczy dzieci, jak mają się zachować w grupie uczniowskiej, a one z całych sił starają się upodobnić do wzorca, bo chcą sprostać oczekiwaniom nauczyciela, najważniejszej dla nich osoby”.

Dr Marzena Żylińska (autorka książki: „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”)  podkreśla, ze niezwykle ważne jest wyjście z „kultury błędu” nie skupianie się wyłącznie na podkreślaniu niedociągnięć uczniów, ale dostrzeżenie uzdolnień dzieci (które często są bardzo różne). Na swoim blogu Zylińśka pisze: „Nasza obecna kultura edukacyjna bazuje na strachu”. A wynika on bardzo często z potrzeby uniknięcia porażki  – którą tak łatwo osiągnąć, kiedy nieustannie bierzemy udział w rankingach i wyścigach.

„Naprawdę wystarczy, że każde dziecko wejdzie na swój szczyt – mówi Marzena Żylińska – Nie każdy musi wejść na ten sam szczyt w dodatku w tym samym tempie” (cytat za Tygodnikiem Powszechnym).

Co o tym myślicie? Jak można zmienić szkolną praktykę, by dziecko z biegiem lat nie traciło chęci do nauki, krytycznego myślenia i zapału do poznawania świata?

Ten wpis opublikowano w kategoriach: Bez kategorii z tagami: , . Dodaj do zakładek ten link.

2 Responses to Szkolne uśrednianie – co o tym myśleć? Jak temu zaradzić?

  1. Dorota, mama Antka powiedział:

    Dlaczego mój ośmiolatek nie lubi szkoły?

    Przez blisko dwa lata obserwuje jak mój prawie ośmioletni syn coraz mniej lubi szkołę. Jest teraz w drugiej klasie. Tak, tak posłalismy go- chociaż nie musieliśmy- jako sześciolatka do dużej, publicznej, warszawskiej szkoly pracującej na dwie zmiany, w której nie ma osobnego wejścia i skrzydła dla klas 1-3. Młodsze dzieciaki nie mają też osobnej szatni. Zdecydowaliśmy się na to, ponieważ liczyliśmy na mniej liczne klasy a poza tym syn był dobrze rozwinięty emocjonalnie i społeczne. Taki zwyczajny, ciekawy świata dzieciak, który ma wszędzie kolegów, potrafi się skupić jak trzeba ale jeszcze bardziej kopać piłkę z kolegami i układać lego. Kończąc przedszkole (zerówka w przedszkolu) umiał dodawać w pamięci trzycyfrowe liczby, mnożyć do 100, znał litery (drukowane), planety, położenie kontynentów i państw (lampka-globus i Mapy państwa Mizielinskich) i większość flag (karty piłkarskie). Czego nauczył się przez 1,5 roku w szkole? Czytać i pisać. Poza tym wie, że nie zadaje się pytań ‚nie na temat’, wie, że musi mieć większy porządek na ławce (jego wychowawczyni zwracała mi na to uwagę na każdej wywiadowce) i wie, że nie może biegać na przerwie. Dostaje za to minusy. Są to minusy za złe zachowanie.

    Nauka sprawia mu coraz mniej przyjemności bo w szkole skupia się głównie na rzeczach, w których jest słabszy. Jest znużony i znudzony. Słyszałam, że lekcje nie muszą trwać 45 minut a ławki mogą być ustawione w podkowę, słyszałam, że podczas wycieczek i zabaw sportowych można robić lekcję geografii i matematyki. Słyszałam i czytałam o takich nauczycielach ale ani moje dziecko, ani dzieci znajomych ich nie spotkali. Kiedy rozmawiam z wychowawczynią syna i znajomą nauczycielką z klas 1- 3 słyszę ‚nie da się’ – szkoła jest za duża, nauczyciele mają dużo ‚papierkowej roboty’, dyrekcja wymaga by lekcje uzupełnić w tygodniowych cyklach. Dyrekcja pewnie zrzuci winę na ministerstwo a ministerstwo na nauczycieli… Wśród tych przepychanek zapomina się o dzieciakach, które po prostu przestaną lubić się uczyć.

  2. Tomek powiedział:

    Po trzyletniej edukacji mojego dziecka mogę śmiało powiedzieć, że hasło „wspieranie dzieci o specjalnych potrzebach” (która ja rozumiem jeszcze szerzej niż ministerstwo, bo wg mnie każde dziecko ma specjalne potrzeby, ze względu na specyfikę osobowości, szczególne uzdolnienia lub szczególne trudności w wybranych obszarach) pozostaje tylko hasłem. Uśrednianie jest po prostu …prostsze. Oczywiście na krótką metę, ale czy nauczyciele przyjmują perspektywę kilkuletnią?
    Doskonale rozumiem to, o czym pisze Dorota: trzeci już rok szukamy dobrych (ale nie kłamliwych) argumentów dla ośmioletniego syna, które miałyby przekonać go do tego, że szkoła jednak „po coś jest”, np. „że koledzy i koleżanki”, „że czasem musi się zmierzyć z trudną sytuacją, i że daje sobie wtedy radę i może być z siebie dumny”, „że pójdzie do szkolnej biblioteki”, „że kółko internetowe”… A przecież to wszystko może mieć, i bez szkoły. I on to doskonale rozumie i rozbija nasze argumenty w pył. Ostatnio, przed wyjściem do szkoły z nadzieją sprawdza co będzie miał na kolejnych zajęciach i odkłada książkę zrezygnowany…Bo albo już to wie, albo widzi, że w ćwiczeniach jest mnóstwo ćwiczeń tzw. „utrwalających”, co oznacza, że będą siedzieć w ławkach i te ćwiczenia, do znudzenia, rozwiązywać, a jak ktoś nie zdąży, to będzie musiał skończyć je w domu. Dopytuje o czwartą klasę, bo ma nadzieję, że tam będzie „ciekawiej…” Czy będzie?

    O tym, jak próbuje szukać bodźców w szkole, dla zmniejszenia poczucia nudy pewnie mogłabym książkę napisać. A drugą na temat tego, jak reagują nauczyciele. O ile nie wykazują się inicjatywą, by wzmacniać jego szczególne zainteresowania i …jednak gotowość do nauki, o tyle bardzo dużo czasu naszego i jego poświęcają na „wytykanie” zachowań, których źródło, dla nas rodziców przynajmniej, jest oczywiste. A przecież rozwiązanie jest takie proste: wystarczy stworzyć mu przestrzeń na rozwijanie się w jego własnym (czyli w tym wypadku szybszym) tempie i pozytywnie go stymulować. Argument, że w klasie jest 20 innych dzieci do nas nie przemawia. bo każde z tych dzieci jest inne, i każde z nich ma swoje własne specyficzne potrzeby. I wobec nich także trzeba podjąć działania zindywidualizowane.

    Oczywiście to jedna strona medalu, gdzie szkoła nie umie sprostać wyzwaniom w postaci dzieci o bardzo dobrej pamięci, dużej wiedzy spoza szkoły i ciekawości z tego wynikającej. Z drugiej strony, patrząc na to, co dzieje się w zerówce jego młodszej siostry, która jest szczególnie uzdolniona jeśli chodzi o kompetencje społeczne, a dużo trudności sprawiają jej typowe zadania szkolne (sylabizowanie, siedzenie w ławce, tzw. „posłuch”), także szkoła sobie nie radzi. Co można odpowiedzieć nauczycielce na zdania: „Inne dzieci już czytają…piszą”, „Ona nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu”, „Przeszkadza innym dzieciom” (bo mówi głośniej niż inni). Staramy się cierpliwie tłumaczyć, że „nie musi jeszcze czytać, nie musi pisać”, „proszę wykorzystać jej społeczne talenty”…Tak samo musimy przepracowywać z córą jej „szkolne porażki” (ja tak na to nie patrzę, ale szkoła tak) – o ile jest skoncentrowana w domu, o tyle w zerówce – zupełnie traci wiarę, że da radę. Bo się ją porównuje z innymi. Od września pójdzie do pierwszej klasy – już teraz myślimy nad strategią pracy ze szkołą, by to szkoła była dla naszej córki, a nie odwrotnie:) Nauczeni przykładem starszego syna, tym razem „zwieramy szyki”.

    Ale tymczasem codziennie walczymy o miejsce dla naszych dzieci ze „szczególnymi potrzebami” (jakkolwiek je rozumieć) w tej szkole, do której chodzą. I pewnie jesteśmy postrzegani jako ci „upierdliwi” rodzice. Staramy się być konstruktywni, nie narzekamy, tylko podsuwamy sprawdzone rozwiązania, które są dobre dla naszych pociech.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge