Z pracami domowymi czy bez nich?

brak pracy(2A, 2D, 3E) Dużo osób wypowiada się ostatnio na temat prac domowych – zabrali głos nawet rzecznik praw dziecka i ministerstwo edukacji. W mediach elektronicznych słyszałam wypowiedzi rodziców narzekających, że codziennie muszą siedzieć z dziećmi nad zeszytami. Czas, aby odezwali się i najbardziej zainteresowani – czyli uczniowie.

Czy prace domowe są potrzebnym elementem edukacji, czy zbędnym obciążeniem?

Wypowiedz się na ten temat w dowolnej formie:
- w rozprawce
- w przemówieniu
- w opowiadaniu
- w opisie sytuacji
- w liście
- w pojedynczym argumencie.

To zadanie dla chętnych. Dłuższe formy wypowiedzi zostaną nagrodzone ocenami, a argumenty – cegiełkami na wieży osiągnięć. Termin oddawania prac: 27 października.

Chcesz, żebym nie zadawała prac domowych albo zadawała ich więcej? A może powinny być inne niż dotychczas? Masz niepowtarzalną szansę mnie przekonać. Do dzieła!

 

„Skrawki błękitu”

Skrawki błękitu(3e) Jest powiedzenie jednego z naukowców, który przyznał, że nie wie, jaką bronią posłuży się ludzkość w trzeciej wojnie światowej, ale ma pewność, iż czwarta wojna będzie na kije i kamienie. Chcecie zobaczyć, jak będzie wyglądał świat po takiej wojnie? Przeczytajcie „Skrawki błękitu”. Książka przypadnie do gustu każdemu, komu spodobał się „Dawca”, bo w pewnym sensie stanowi jego kontynuację.
Tak jak w pierwszej powieści z tej serii akcja rozgrywa się w miejscu, którego nazwy nie znamy. Tym razem mówi się o nim „wioska”. W pobliżu jest mroczne Pole Pożegnań i las, w którym  – jak wieść głosi – roi się od bestii, choć jedna z osób twierdzi, że nie ma żadnych bestii. Nie mogę jednak uciec od myśli, że bestie istnieją – są nimi ludzie! Przynajmniej niektórzy, bo książce pojawiają się  i przebłyski optymizmu. Takie skrawki błękitu… Błękit (notabene – jakie to ładne słowo) istnieje  gdzieś „tamój” -  w miejscu podobnym do raju, gdzie jest lepiej, a ludzie zachowują się jak anioły.
Ciąg dalszy losów głównych bohaterów „Skrawków błękitu” – w „Posłańcu” tej samej autorki. Tam też powrót do wątku z „Dawcy”. Zapraszam do lektury!

Sprawdź dostępność książki w bibliotece.

„Bon czy ton”

Bon czy ton(4B) Zazwyczaj dobrze się czyta książki o ancymonach i małych chuliganach, o wiele lepiej niż o wzorowych uczniach. Może to tęsknota za łobuzowaniem, której nie można albo nie wypada spełnić? Pewnie dlatego taką popularnością cieszy się u nas seria książeczek o przygodach Mikołajka i  chłopaków z jego klasy.
Kto polubił Mikołajka, polubi też Kubę i Bubę – dwójkę niesfornych bliźniaków. Występują w naszej następnej lekturze dla chętnych – „Bon czy ton, czyli savoir-vivre dla dzieci”. Nie wystraszcie się obco brzmiącego tytułu – savoir-vivre to po prostu zasady dobrego wychowania. Bohaterowie tej książki stopniowo poznają je przy różnych okazjach, a czy się do nich stosują – sprawdźcie sami. Zapewniam, że niejeden raz się uśmiechniecie przy lekturze.
Czyta się jeszcze lepiej niż Mikołajka, co sprawiają bardzo krótkie rozdziały i duża czcionka. Każdy da radę, nawet ten, kto czyta jeszcze niezbyt szybko. Zadanie dla chętnych jest takie: przeczytaj dowolnych pięć rozdziałów z książki „Bon czy ton” na 16 października. Poproś rodziców, aby wypożyczyli Ci tę pozycję z biblioteki.

Tutaj możecie sprawdzić, w której bibliotece książka jest dostępna.

„Dawca”

Okładka

Okładka

Masz naście lat i za mało wolności? Rodzice, szkoła i nauczyciele cię ograniczają? Dyktują ci, co masz robić? Wydaje się, że gorzej już być nie może?
A może nie wiesz, co chciałbyś w życiu robić? Czas wybierać szkołę średnią, a ty nadal nie możesz się zdecydować? Chciałbyś, żeby ktoś podjął ten trud za ciebie?
Na to się nie zanosi, chyba nie sprawdzimy na własnej skórze, jak by to było, gdybyśmy byli zwolnieni z trudnych decyzji. A także z wielu nieprzyjemnych obowiązków. Chcesz się przekonać, jak wyglądałby taki świat – przeczytaj „Dawcę”. Bohater, dwunastoletni Jonasz, wchodzi w nastoletnie życie w wyjątkowej roli, bo jest kimś niezwykłym. To książka o wyborach, o odpowiedzialności i wolności, a także o dorastaniu i odkrywaniu świata. Nie przez przypadek stała się światowym bestsellerem. Warto sprawdzić, czy zasłużenie – tym bardziej, że lekko się czyta.

Sprawdź dostępność tej pozycji w bibliotece.

Miłe słowo na „w”

Chyba powinnam napisać, że na „v”, bo po łacinie brzmi vacatio i oznacza uwolnienie, zwolnienie ze służby, urlop. To by się zgadzało – lipiec i sierpień to przecież czas uwolnienia uczniów (i w mniejszym stopniu nauczycieli) od obowiązków szkolnych. Warto zauważyć, że w polszczyźnie wakacje to tzw. rzeczownik plurale tantum – czyli wyraz, który nie ma liczby pojedynczej, a tylko mnogą. Inne pluralia tantum to np.: spodnie, widły, okulary, nożyczki, drzwi.
Nie tylko uczniowie używają tego słowa. Znają je też prawnicy. W systemie prawnym funkcjonuje coś takiego jak vacatio legis (dosłownie próżnowanie ustawy) – czyli czas, który upływa od ustanowienia nowego prawa do jego wejścia w życie. Jest potrzebny, żeby obywatele mogli się zapoznać z nową ustawą i przygotować do jej stosowania.
A’propos czasu, z wakacjami kojarzą się wczasy -  to też plurale tantum. Dawniej mieliśmy w polszczyźnie rzeczownik wczas – w liczbie pojedynczej. Oznaczał wygodę, przyjemność, wypoczynek. Jan Kochanowski  w jednej z pieśni wychwalał „wieśne wczasy i pożytki”.
Dziś zarówno wakacje, jak i wczasy są używane w liczbie mnogiej. To widomy znak, że powinno ich być więcej. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby weszło w życie prawo wydłużające wakacje – i to bez vactio legis.

Polska najpiękniejsza jest w wakacje

Polska najpiękniejsza jest w wakacje

(W)stawiać się

Niedawno, na lekcji o słynnym dziele Memlinga, padło słowo: wstawiać się.  Obok Jezusa mamy na obrazie Maryję wstawiającą się u Syna za ludźmi. Gdy użyłam słowa wstawiać się, ktoś zaprotestował: wszak ten wyraz – sama raz o tym wspomniałam- oznacza picie alkoholu (por. słynny cytat ze sprawozdania z wycieczki:  Punktualnie o dziewiątej cała klasa wstawiła się przed szkołą). Wstawiony – to znaczy podpity, pijany.  Teraz okazało się,  że ten czasownik oznacza też branie kogoś w obronę. (np. Wychowawca u dyrektora szkoły wstawił się za swoim uczniem).

Jeśli zabierzemy z niego pierwszą literę,  otrzymamy słowo  również mające dwa znaczenia. Przecież stawiać się to znaczy
-przybywać  gdzieś  (W sprawozdaniu powinno być: Punktualnie o dziewiątej cała klasa stawiła się przed szkołą)
-albo zachowywać się hardo, przeciwstawiać się komuś. Można by więc powiedzieć:  Wychowawca u dyrektora szkoły wstawił się za swoim uczniem, który wcześniej się stawiał nauczycielom.

W wypracowaniu znalazłam niedawno takie zdanie:
Wszyscy Grecy stawili się za Antygoną.
Z takiego wypowiedzenia wynika, że Grecy stanęli koło Antygony. Kto czytał dzieło Sofoklesa, wie, że to nieprawda. Powinno się napisać, że niektórzy (Hajmon, Terezjasz) wstawiali się za córką Edypa u króla Kreona, który skazał ją na śmierć.

Tak więc jedna litera na początku wyrazu może sporo zmienić – bądźmy uważni, posługując się językiem. A w życiu jak najrzadziej się komuś  stawiajmy i wstawiajmy alkoholem, jak najczęściej stawiajmy się punktualnie i wstawiajmy się za kimś.

wstawiać się

Zjadł do syta i jest syt

Właśnie skończyliśmy omawiać „Skąpca” Moliera i przyszedł czas na napisanie pracy podsumowującej. Trudno w niej nie uwzględnić przesadnych oszczędności czynionych przez tytułowego bohatera. Jednym z ich przejawów było dawanie gościom podczas uczty potraw … no właśnie – jakich? Takich, żeby się szybko zapchali i nie zjedli za wiele. Dużo osób napisało tak:
Na uczcie dawał  gościom syte potrawy.
Można było użyć innego wyrazu: sycące – czyli takie, po których człowiek czuje się syty. Nie zapominajmy o słowie sycący, bo syty wyprze nam je zupełnie z codziennego użycia.
Te dwa słowa- syty i sycący to zupełnie różne części mowy. Pierwszy jest przymiotnikiem (jaki? – syty), a drugi czasownikiem (to nie pomyłka:  sycący to taki, który syci – imiesłów przymiotnikowy czynny, z tych zakończonych na  –ący). Dawniej używano też słowa syt (zamiast syty) – dziś trzeba je uznać za przestarzałe. Czasem mówimy też: do syta – to z kolei wyrażenie przyimkowe.

W każdym razie obyśmy zawsze jedli do syta i byli syci po sycących potrawach. Tym, co na talerzu, można sycić i oczy:

danie

Kłopoty z szykiem wyrazów

Szyk wyrazów w języku polskim jest dość swobodny, ale bez przesady – pewne ograniczenia obowiązują. Problemy pojawiają się zwykle w zdaniach nieco dłuższych,  z krótkimi radzimy sobie lepiej. Jeśli nie zadbamy o poprawny szyk, możemy niezamierzenie osiągnąć efekt śmieszności – chyba wszyscy znają z zeszytów humoru szkolnego zdanie: Ojciec kupił samochód do spółki ze stryjem, którym dojeżdża do pracy. Z takiego sformułowania wynikałoby, że ojciec na stryju dojeżdża do pracy. Wystarczy zmienić kolejność, żeby otrzymać sensowne wypowiedzenie, które nikogo nie rozśmiesza.
Tego typu błędy pojawiają się częściej – także w Waszych pracach:
Miejscowi ustawili ławkę na środku, na którą weszła Danusia.
To była przełomowa chwila w moim życiu, którą wykorzystałem.
Poczułem, że to może być najważniejsza chwila w moim życiu, którą muszę wykorzystać.
Kto spostrzegawczy, zauważy od razu, że takie błędy najłatwiej się robi w zdaniach złożonych z podrzędnym przydawkowym – to w nich występuje wyraz „który”. Musi on być umieszczony jak najbliżej rzeczownika, do którego się odnosi. A więc:
Ojciec kupił  do spółki ze stryjem samochód, którym dojeżdża do pracy.(który odnosi się do rzeczownika samochód)
Miejscowi ustawili na środku ławkę, na którą weszła Danusia.

Czy umiesz poprawić tę wypowiedź?

Czy umiesz poprawić tę wypowiedź?

 

Dwóch inżynierów, polonistka i drzwi

To było tak:
Przyjechali goście i zostali na kilka dni. Któregoś wieczoru jeden z przybyłych, aby zamknąć mieszkanie przed udaniem się na spoczynek, przekręcił pokrętło przy górnym zamku drzwi wejściowych. Tego pokrętła nie  używano od jakiegoś czasu – domownicy już dawno zauważyli,  że  trochę się zacina, czasem trudno otworzyć drzwi, więc na wszelki wypadek go nie ruszali. Zresztą nie było potrzebne, bo drzwi  porządne, antywłamaniowe i zaopatrzone w jeszcze jeden solidny zamek.
Tym razem pokrętło zostało przekręcone. To trochę zaniepokoiło pana domu, który akurat przechodził przez przedpokój. Nazajutrz musiał wcześnie wstać, bo czekał go ważny wyjazd służbowy. Postanowił więc upewnić się, że nie będzie problemu z porannym wyjściem z domu. Złapał za pokrętło i … nie udało się!
Próżno opisywać, ile prób, szamotaniny, determinacji, bezsilnej złości, a w końcu rezygnacji widziały tej nocy ściany domu. Oczywiście odpalono internet – tam podobno jest wszystko, ale nie ma rady, jak uwolnić się z mieszkania na trzecim piętrze przy zepsutych drzwiach. Sugerowano kontakt z pogotowiem ślusarskim, ale w niedzielny późny wieczór to nie takie proste. Poza tym górny zamek nie ma żadnego mechanizmu od strony klatki schodowej – jest w całości umieszczony z wewnętrznej strony drzwi. Ślusarz musiałby najpierw po drabinie wejść przez okno do mieszkania.
W końcu wszyscy, zrozpaczeni, opadli na fotele  w salonie. Mężczyźni – gospodarz i gość, obydwaj inżynierowie z wykształcenia, zaczęli dyskutować o tym, jak zbudowany jest taki zamek i co mogło się popsuć. Ileż  technicznych terminów padło z ich ust! Obecna przy konwersacji polonistka nie nadążała z zaglądaniem do słownika wyrazów obcych. W końcu palnęła ni stąd ni zowąd: „Słuchajcie, a jakby jeden z was podniósł te drzwi, a drugi spróbował …” Nie dokończyła, bo wszyscy już popędzili do przedpokoju – w takiej sytuacji wszystko jest lepsze niż bezczynność.
Udało się! Po lekkim podniesieniu drzwi zamek ustąpił  bez oporu.

Czemu ta historyjka pojawia się na stronie poświęconej nauce języka polskiego? Bo języka polskiego czasem uczymy się w grupach. Bo czasem nie chcemy w swojej grupie kogoś, kto jest niekompetentny/ słaby z polskiego/nie przeczytał lektury/ dostaje złe stopnie. Kto w historyjce z drzwiami był najmniej kompetentny? A kto znalazł rozwiązanie?

Nie skreślacie nikogo z góry – gdyby dwaj inżynierowie kazali mi siedzieć cicho, być może nadal nie wyszliby z mieszkania :)

Humanista – czyli kto?

Zdarzyło mi się ostatnio słyszeć o pewnej osobie:
-On jest słaby z matematyki, to  raczej humanista.
Z takiego stwierdzenia wynikałoby, że humanistą nazywa się osobę nieumiejącą matematyki. Trudno się z tym zgodzić. Prawda bywa brutalna: kto nie zna podstaw królowej nauk, ten jest po prostu nieukiem z matematyki, a nie żadnym humanistą. Na miano humanisty też trzeba sobie zasłużyć – na przykład osiągnięciami w  którejś z nauk humanistycznych. Jeśli więc nie umiesz obliczyć np. 15 procent z podanej liczby albo rozwiązać  prostego równania – to za mało na miano humanisty. Co innego, jeśli masz szerokie horyzonty, rozległą wiedzę, znajomość literatury i bogaty zasób słownictwa.

Ktoś powie, że w dzisiejszych czasach trudno o rozległą wiedzę, nawet z jednej dziedziny, bo ilość nagromadzonych przez ludzkość informacji przekracza pojemność mózgu przeciętnego człowieka. Kiedyś spotkałam się z taką konkluzją: Prawdziwy humanista wie wszystko o czymś i coś o wszystkim. Nie wiem, czy to wykonalne, ale na pewno bardzo ambitne zadanie – zostać  humanistą.

Humanista

Słabo widać? Kliknij w obrazek, aby powiększyć.