Ostatni krok – recenzja

Czas na finalną część kursu filmowego. Przedstawiamy Wam nasze recenzje.
Miłego czytania.

Ida:
„Truposz” (1995)

„Truposz” Jima Jarmuscha z 1995 roku to bez wątpienia oryginalne i bardzo specyficzne dzieło, co nie dziwi nikogo, kto zna choć trochę twórczość tego reżysera. Włączając film spodziewałam się jednak czegoś mniej wartościowego, a spotkałam się z czymś naprawdę dobrym, co mnie pozytywnie zaskoczyło.
Akcja filmu toczy się w II połowie XIX wieku, a niejaki Willian Blake – pisarz (Johnny Depp) wyrusza w daleką podróż w poszukiwaniu pracy. Pełny radości i nadziei pędzi na Dziki Zachód. Jak się okazuje na miejscu nic nie układa się po jego myśli. Całkowicie przez przypadek zostaje wplątany w morderstwo i pomimo tego, że jest ranny musi uciekać. Wycieńczonego Williama odnajduje tajemniczy i nieco ekscentryczny Indianin o imieniu Nobody (Gary Farmer). Czerwonoskóry okazuje się być człowiek o dobrym sercu, troskliwie zajmuje się pisarzem i razem wyruszają w podróż, której celem jest ucieczka przed tropicielami Blake’a. Pomiędzy mężczyznami zawiązuje się nić przyjaźni, a z początku przykładny poeta przeistacza się w zwyczajnego zabijakę. Co zresztą zostało wcześniej zapowiedziane przez Indianina, gdy spytał o jego umiejętność posługiwania się bronią. William potwierdził, a Nobody rzekł: „broń zastąpi ci teraz język”.
Dzieło Jarmuscha możemy traktować, jako film psychologiczny, który ukazuje destrukcyjny wpływ świata na człowieka. Jest to także trafna propozycja filmowa dla fanów westernów oraz miłośników częściowo pozbawionych akcji, klimatycznych dzieł.
Co zaskakujące, jest to czarno-biały film, a zdjęcia do niego zostały mistrzowsko wykonane przez Robby Millera. Doskonale dobrana, gitarowa muzyka, która tworzy melancholijny nastrój i pozostaje w głowie na długi czas, skomponowana została przez Neila Younga. Grze aktorskiej nie można nic zarzucić, ponieważ główny bohater, grany przez słynnego Johnny’ego Deppa wpasował się wręcz idealnie w klimat filmu. Nie zawiedli także aktorzy drugoplanowi, tacy jak John Hurt, Iggy Pop, czy też Robert Mitchum. Temu osobliwemu dziełu charakteru dodają także towarzyszące podczas całej wyprawy malownicze widoki. Krajobrazy górskie, las – to elementy natury, która jest istotnym czynnikiem w całym filmie. Dialogi nie występują często, ani nie są wyszukane, a ich znikomość zastępuje muzyka oraz krajobraz i gra aktorska.
Ktoś mógłby powiedzieć, że jest to film niemal całkowicie pozbawiony akcji, nudny, lecz moim zdaniem jest to rodzaj kina zarezerwowany tylko dla wybranych. Jedynie nieliczni potrafią dostrzec w nim piękno, a szkoda bo zasługuje na uznanie. Nie dziwi mnie więc fakt, że otrzymał nominację do Złotej Palmy na festiwalu w Cannes w kategorii reżyser, co jest, jak powszechnie wiadomo ogromnym wyróżnieniem dla każdego filmowca.

Paulina:
„Człowiek, który śpi” (1974)

Moim staraniem od zawsze było odnalezienie filmu, który bez naciągania i udawania wyrażałby wątki egzystencjalne. W końcu mi się udało. Film, który spełnił moje powyższe wymagania nosi tytuł: „Człowiek, który śpi”. Reżyserem tego surrealistycznego dramatu jest Bernard Queysanne. Dzieło oparte jest na powieści Georgesa Pereca, który jest także autorem adaptacji własnej książki na ekranie.
Głównym i zarazem jedynym bohaterem jest bezimienny, 25-letni student socjologii, w którego rolę wcielił się Jacques Spiesser. Mężczyzna pewnego dnia postanawia przerwać studia, zerwać wszelkie kontakty i wycofać się z życia, zajmując pozycję outsidera. Zanurza się w samotności, obojętności i odcina się od otaczającego go świata. Swoje życie i czynności odnosi do minimum, do kilku powtarzalnych gestów zapewniających przetrwanie. Popada w coraz większe zobojętnienie, doznaje uczucia całkowitego wyobcowania. Wykonuje automatyczne czynności: myje się, ubiera, śpi, je, pierze skarpetki. Żyje w stanie zawieszenia. Powoli zatraca poczucie rzeczywistości. Spaceruje po Paryżu, lecz nie chce pozostawić po sobie śladów.
Istotnym elementem filmu jest to, że bohater nie rozmawia z nikim, fabuła pozbawiona jest dialogów. Dopiero po pierwszych minutach ciszy pojawia się poetycka narracja. Odpowiada za nią Ludmila Mikael, która zaczyna niekończący się strumień świadomości trwający aż do końca filmu. Narracja artykułuje nieprzeniknione życie wewnętrzne głównego bohatera. Polecane jest obejrzenie go z lektorem, ponieważ w innym przypadku trudno by było skupić się na obrazie.
Czarno-biała kolorystyka potęguje monotonność, otępienie i schizofreniczny klimat.
Praca kamery jest znakomita. Starannie mierzone ruchy odzwierciedlają mechaniczny, pusty emocjonalnie stan głównego bohatera. Jeżeli się zagłębimy w film to z łatwością dostrzegniemy kafkowski motyw labiryntu.
Dzieło to wywarło na mnie cenne doświadczenie wizualne i kontemplacyjne. To wszystko skłoniło mnie nad długimi przemyśleniami, egzystencjalną medytacją. W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, w którym wszystko, co robimy, do czego dążymy, o czym marzymy traci sens. Popadamy w apatię, obojętność i niemoc zapanowania nad tym wszystkim. Film bardzo dobry i zaliczam go do ulubionych. Z pewnością nie dla każdego, ponieważ trzeba się w nim odnaleźć. Większość osób uzna go za zbyt przygnębiający i nudny, ale znajdą się też osoby, które w jakimś stopniu zidentyfikują się z głównym bohaterem. Możliwe, że kiedyś do niego powrócę.

 

Michał:
„Pora umierać” (2007)

Pani Aniela, główna bohaterka filmu Doroty Kędzierzawskiej „Pora umierać”, jest starą kobietą, nic więc dziwnego, że już w pierwszej scenie widzimy ją u lekarza. Wydawać by się mogło, że każdy już wie co się będzie działo dalej, ale widza w tym momencie czeka niespodzianka. Kobieta zamiast wykonywać polecenia pani doktor, typu: „proszę się rozebrać”, „proszę się położyć” rzuca brzydkie słowo i wychodzi z gabinetu. Potem kobieta mówi do siebie kilkakrotnie „Dobrze jej powiedziałam”. Bardzo dobrze! Od razu po tej scenie już uwielbiamy panią Anielę i każdy mówi, że chciałby mieć taką babcię.
Tak naprawdę niewiele wiadomo o staruszce. Mieszka ona w starej, drewnianej, rozpadającej się willi, które można jeszcze spotkać na obrzeżach Warszawy. W środku ma mini muzeum, pełno zapomnianych przedmiotów, łącznie z telefonem (fakt, ze wszystkich rzeczy używa go najczęściej), w którym numery wybiera się tarczą. Jeżeli chodzi o rodzinę to staruszką opiekuje się przyjaciel, a zarazem powiernik pani Anieli, pies o imieniu Filadelfia, jednak kobieta używa zdrobnienia Fela. Ma także syna, który jest żonaty i ma córkę, ale żyje on w swoim świecie. Jedyne, na czym mu zależy, to pieniądze. Chce sprzedać rozwalającą się willę, zwłaszcza, że kupców nie brakuje. Kobiety w podeszłym wieku, w sytuacji pani Anieli, zawsze poddają się woli rodziny. Staruszka jednak nie daje za wygraną, nie ma zamiaru sprzedawać domu, nawet swojemu synowi. Zanim powie tytułowe słowa „pora umierać” zrobi wszystko, aby dom dostał się w dobre ręce. Kiedy w jednej z końcowych scen kobieta uśmiecha się, mamy pewność, że jej ostatnie marzenie spełniło się.
Więcej w filmie się nie dzieje. Ale jak to jest pokazane! Chwalić należy Dorotę Kędzierzawską, autora zdjęć Artura Reinharta także, ale „Pora umierać” to przede wszystkim popis aktorki Danuty Szaflarskiej, która jesienią 2007 roku stała się ponownie i to nieoczekiwanie, pierwszą polską gwiazdą: 60 lat po debiucie w „Zakazanych piosenkach”.

 

Projekcja filmowa.

Dnia 11 grudnia 2014 roku zorganizowaliśmy projekcję filmu pt. ”Oj, nie mogę się zatrzymać” – Zbigniewa Rybczyńskiego. Widzami byli nasi koledzy i koleżanki z klasy wraz z wychowawczynią. Film jest dziesięciominutową etiudą z 1975, w której kamera przemierza na przełaj Łódź coraz bardziej się rozpędzając. Projekcja wzbudziła ogromne zainteresowanie wśród wszystkich widzów. Nie było osoby, która nie chciałaby się podzielić swoją interpretacją na temat filmu. W skrócie – film skłonił wszystkich do refleksji i dyskusji. Oto nam chodziło.

SAMSUNGSAMSUNGSAMSUNG

 

Troszkę inspiracji i motywacji.

Dwoje ludzi, minimalizm, mocne riffy gitarowe, proste bębnienie perkusyjne, dominujące kolory to: biel, czerwień oraz czerń… O kim mowa? Chodzi tu oczywiście o bezkonkurencyjnych The White Stripes.

Znakiem szczególnym grupy są ciekawie zrobione, dziwaczne teledyski. Oto jeden z nich:

YouTube Preview Image

To właśnie „The Hardest Button To Button” najbardziej inspiruje i motywuje nas do myślenia. Nasz wybór wypadł na niego, ponieważ towarzyszy mu ekspresja, przyciągająca forma, pomysł, oryginalność i tajemniczość. Czysta sztuka.

Tekst piosenki opowiada o dziecku, które próbuje odnaleźć miejsce w dysfunkcyjnej rodzinie, kiedy na świat przychodzi nowe dziecko.

Michel Gondry (reżyser znany m.in. z filmu „Zakochany bez pamięci”) wyreżyserował przedstawiony przez nas klip. Postanowił on wykorzystać kilkanaście identycznych zestawów perkusyjnych i wzmacniaczy gitarowych do stworzenia przebojowego obrazu.

Szkoda tylko, że grupa zakończyła swoją działalność…

Ulubieni reżyserzy

Witajcie! W związku z kursem Filmoteki Szkolnej poproszono nas, abyśmy
wybrali naszych 10 ulubionych reżyserów. Trochę to przekształciliśmy… Mamy zupełnie inny gust, światopogląd i zainteresowania.

Ida:

1. Roman Polański

2. Ted Demme

3. Tim Burton

Michał:

1. Andrzej Wajda

2. James Cameron

3. Agnieszka Holland

Paulina:

1. David Lynch

2. Gus Van Sant

3. Gregg Araki