„Kameruj wszystko, rozumiesz? Chcę mieć wszystko!”

Kto z nas nie był świadkiem tradycyjnej, polskiej gościnności? Smarzowski jest jak gospodarz – zaprasza nas w swoje skromne progi, kusi różnymi przystawkami, równocześnie każe bacznie obserwować sytuację. Z początku czujemy się u niego dobrze. Wizja zaściankowej, zacofanej wsi może uwodzić (przecież ciągle są takie miejsca w naszym kraju) i oczarować. Mieszkańcy są swojscy, w większości po prostu zabawni, urzekający swoją prostotą. Kiedy jednak zostajemy pochłonięci wiejskim folklorem, gospodarz zaczyna właściwą część imprezy.

Podczas gdy poznajemy coraz więcej faktów, zderzamy się z pierwszymi problemami Wiesława Wojnara. Szczere rozbawienie zamienia się w kłopotliwy uśmiech. Reżyser wprowadza pierwiastek niepokoju, który jak kula śniegowa tocząca się z ogromnej góry rośnie w siłę i pochłania coraz więcej ofiar. Piękny kościół zamienia się w brudną remizę, ołtarz przyozdobiony kwiatami ustępuje miejsca długim ławom uginających się pod ciężarem butelek wódki.  Kiedy zdajemy sobie sprawę, że coś tu nie gra, dostajemy cios w plecy siekierą i oszołomieni rejestrujemy wizję katastrofy. Nasze oczy stają się kamerą w rękach postaci, w którą wcielił się Maciej Stuhr i słuchając polecenia, nie umyka nam ani jedna minuta gościny.

Z chaosu wyłania się bohater grany przez świetnego Mariana Dziędziela. Z pomocą niemałych oszczędności radzi sobie z narastającymi problemami, które sam na siebie sprowadził. Jego słowa „Mnie nie zależy, bo mnie stać…” doskonale cechują jego materialne podejście do życia, ale niestety i gotówka, i szczęście zawsze się kiedyś kończą. Okazja do zaimponowania wszystkich mieszkańcom kończy się utratą wszystkich moralnych i materialnych wartości. Obserwujemy upadek człowieka nastawionego na pozyskanie szacunku i wywyższenie się nad innych. Niezwykle wyraziści bohaterowie pierwszoplanowi oraz zaznaczające swoją obecność na każdym kroku drugoplanowi sprawiają, że możemy doskonale zaobserwować reakcje, zachowania wiejskiej społeczności, pełnej uprzedzeń, krętactwa i hipokryzji. Z każdym kolejnym kieliszkiem wódki, z każdą kolejną złotówką wydaną na łapówki zdajemy sobie sprawę, że nie jest to wyłącznie komedia, a wyjątkowo realistyczny dramat.

Akcja filmu przyspiesza na równi z pobudzonym alkoholem tętnem biesiadników. Ujęcia stają się krótsze, chaotyczne, zatracamy się w wirze tańców i zabawy, coraz bardziej tracąc kontakt z rzeczywistością. Montaż staje się coraz bardziej dynamiczny. Urozmaicenie stanowią wstawki z kamery Mateusza, dzięki której jesteśmy w samym środku akcji i doskonale czujemy atmosferę. A jest ona niemal gęsta jak powietrze na sali, wypełnione oparami wódki, papierosów i potu.  Muzyka biesiadna, dobiegająca naszych uszu jest również bardzo dobrze znana wszystkim Polakom. Teksty Tymona Tymańskiego idealnie wpisują się w satyryczny wydźwięk obrazu.  Istnym zwieńczeniem akcji jest wspólne odśpiewanie „Roty”, co dobitnie podkreśla polskość i przywiązanie do narodu i tradycji.

„Wesele” to film z pozoru błahy, skupiający się na ciągłym piciu, zabawie i tragicznej satyrze naszej kultury. Prawda jest jednak nieco bardziej zawiła. Oczywiste nawiązania do dzieła Wyspiańskiego, przede wszystkich uderzają w każdego z nas.  Wyraziste, często wulgarne dialogi potrafią rozśmieszyć, lecz jest to śmiech rozpaczy z powodu tego, kim jesteśmy i na jakich wartościach opiera się nasze życie. Wojciech Smarzowski nie respektuje uczuć widza, a wręcz czerpie przyjemność z wytykania, punktowania wad Polaków. Jego przyjęcie dobiega końca, a on z wyraźną przyjemnością wygania gości zmuszając ich do refleksji.

Michał Szydłowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge