Ostatni wpis ;(

Koniec kursu, koniec wpisów. A szkoda, bo całkiem miło pisało mi się tego bloga i kiedy miałam chwilę, przyjemnie było dodać jakąś swoją opinię na temat ostatnio obejrzanego filmu lub sprawozdania z modułów. Skończyłam swoją etiudę, wymagało to mnóstwa czasu i jeszcze więcej pracy, szczególnie przy montażu. Z jednej strony myślałam, że będzie to wyglądać inaczej, z drugiej zaś nie wyszło aż tak źle, jak myślałam… Czyli chyba można powiedzieć, że jestem całkiem zadowolona. Mam zamiar dopracować film w późniejszym terminie, zebrać więcej materiału i tym razem pracować zgodnie ze scenariuszem. Chwilowo zapraszam na seans swojego najnowszego (i pierwszego) dzieła, pt. ‚Dotyk muzyki’!

https://www.youtube.com/watch?v=WRSjwEWzLB0

Trochę dokumentacji

Ostatnie tygodnie były naprawdę pracowite. Wzięłam się za pisanie scenariusza (konsultowanego z samą bohaterką, coby nie przekłamać), porozmawiałam głębiej z moją główną rolą – Karoliną. Co prawda nie udało nam się zrobić żadnego wspólnego zdjęcia, ponieważ, szczerze mówiąc, żadnej z nas nie przyszło to do głowy, ale dowiedziałam się trochę więcej o graniu na fagocie, który wbrew pozorom jest bardzo interesującym instrumentem. Byłam na koncercie fagotowym, na którym moja bohaterka grała ‚Humoreskę’ Władysława Walentynowicza. Myślałam, żeby właśnie ten utwór pojawił się w filmie, ale obie zgodziłyśmy się, że ma zbyt miniaturową formę i potrzeba czegoś bardziej popisowego. Stanęło na tym, że wybierzemy niedługo coś, co Karolina będzie lepiej umieć i co będzie pasowało.

Co do miejsc akcji, dwa najważniejsze to sama Szkoła Muzyczna i VI LO w Gdyni – obie moje szkoły! Liczę jeszcze na kilka ujęć w autobusach, ale niedługich. Wyremontowana Szkoła Muzyczna wygląda pięknie – szczególnie sala koncertowa, gdzie planuję umieścić finał akcji. Co bardziej mnie cieszy to to, że będę miała okazję na ujęcia z różnych perspektyw. Sala jest naprawdę wielka, a poza tym ma jeszcze balkon, co daje dużo możliwości.

Ściana w głównej sali.

Ściana w głównej sali.

Sala koncertowa

Sala koncertowa

Scenariusz mam właściwie skończony, jestem całkiem zadowolona, choć mam wrażenie, szczególnie po konsultacji z Karoliną, że jest nieco melodramatyczny. Zobaczymy z czasem, jak wyjdzie – może okaże się, że wcale nie czuć napięcia, tylko ja to tak widzę.

Inspirujący teledysk, przemyślenia o cechach reżysera, i tak dalej.

Trochę czasu zajęło mi przemyślenie wszystkiego zawartego w module 4, ale – najwyższa pora na podsumowanie. Po pierwsze i najważniejsze, wybrałam ścieżkę młodego reżysera. Lubię pisać recenzje, ale chciałabym spróbować czegoś nowego i sprawdzić swoje możliwości w tej dziedzinie. Czas na krótką relację!

Zadanie nr 1: teledysk. Właściwie od razu kiedy zobaczyłam to polecenie, pomyślałam o Coldplayu, a właściwie o wideoklipie, który widziałam jakiś czas temu – ‚Magic’. Spodobał mi się z powodu stylizacji na filmy nieme. To naprawdę dobry pomysł, w dodatku całkiem dobrze zrealizowany. Lubię od czasu do czasu zobaczyć czarno-białe wideo.

http://m.youtube.com/watch?v=Qtb11P1FWnc

Dużo do myślenia dał mi też wywiad z panem Ślesickim. Jeszcze przed jego zobaczeniem próbowałam zgadywać, co powie. Właściwie, byłam pewna, że będzie to coś o otwartości, ponieważ to cecha, która ponoć najbardziej pomaga w kierowaniu pracami nad filmem. Tymczasem naprawdę miło się zaskoczyłam, bo dowiedziałam się, że nie jest to takie trudne, jak myślałam. Rzadko kiedy się poddaję, nawet jeśli na drodze stają mi jakieś przeszkody i staram się iść ciągle naprzód, co jest raczej ważne w tym zawodzie. Muszę jeszcze trochę popracować nad pracowitością, ponieważ nie zawsze udaje mi się zmusić się do działania, jednak nie powinno być z tym większych problemów – jak chcę, potrafię zrobić naprawdę wiele. Nie jestem do końca pewna, czy umiem odpowiednio zarządzać ludźmi i czy moje pomysły będą dobrze odebrane, lecz to okaże się już wkrótce.

Co do filmu, zdecydowałam się na dokument – taaaak, argumenty w module były naprawdę przekonujące. Bardzo długo myślałam nad pomysłem – chciałam, żeby dotyczył tematu bliskiemu każdemu widzowi, żeby był o czymś uniwersalnym. Przyszedł mi do głowy koncept o subkulturach, jednak stwierdziłam, że to zbyt mało pomysłowe, i nie zmieściłabym całego tematu w pięciu minutach. Myślałam jeszcze o filmie, który opowiadałby o wyborach studiów – na co dzień spotykam się z mnóstwem ludzi, którzy wciąż się zastanawiają nad własną przyszłością. Problem w tym, że nie jest to absolutnie nic odkrywczego i nie widzę żadnego sposobu, by pokazać ten temat w oryginalny sposób bez powtarzania rzeczy oczywistych. Zdecydowałam się w końcu na dokument o Szkole Muzycznej. Chciałabym pokazać codzienność młodych muzyków – długie godziny poza domem, dojazdy nawet z najodleglejszych dzielnic, a przede wszystkim pasję. Jeszcze nie wiem co z tego wyjdzie, ale wkrótce się przekonam :)

Foto seszyn, czyli zadanie dodatkowe

Przyznam się, że z tym zadaniem miałam nieco kłopotu D: Nie wiedziałam do końca, jak to przeprowadzić, ponieważ w module napisane było ‚sfotografować SIĘ’, podczas gdy ja niestety takiej opcji raczej nie miałam, a wolałam nie eksperymentować z robieniem selfie lub samowyzwalaczem. W związku z tym, po prostu sfotografowałam kogoś – i na pewno wyszło to lepiej, niż wyszłyby ewentualne zdjęcia robione samej sobie.

Plan "żabi".

Plan „żabi”.

Plan "ptasi".

Plan „ptasi”.

Plan bliski.

Plan bliski.

Zbliżenie.

Zbliżenie.

Le vent se leve…

Długi weekend to idealna okazja do nadrobienia zaległości na blogu! Tyle czasu, tyle filmów do obejrzenia… Ostatnio skusiłam się na ‚Zrywa się wiatr’ Hayao Miyazakiego, kandydata do zeszłorocznych nagród Akademii za najlepszy film animowany.

The-Wind-Rises-2-e1378310482986

Do Miyazakiego mam już pewne zaufanie, lubię od czasu do czasu przypomnieć sobie ‚Mojego sąsiada Totoro’ czy ‚Ruchomy zamek Hauru’, ponieważ gwarantuje mi to przyjemnie spędzony czas. Do najnowszego, i ostatniego (ech) filmu japońskiego reżysera podeszłam więc ufnie, choć nie bez uprzedzenia. Słyszałam już opinie, że ‚The wind rises’ przedstawia nieobiektywnie rolę Japończyków podczas II Wojny Światowej, dlatego też uważnie obserwowałam ten wątek. Film zaczyna się piękną, baśniową wręcz wizją głównego bohatera – Jiro, szybującego w przestworzach swoim samolotem. Już w pierwszych momentach widać, że to kolejny utwór reżysera ze studia Ghibli z motywem latania, tak obecnym w jego twórczości. ‚Zrywa się wiatr’ porusza jednak znacznie poważniejszy temat niż poprzednie jego dzieła.

Opowiada historię japońskiego inżyniera Jiro Horikoshiego, twórcę słynnego myśliwca ‚Zero’. Obserwujemy jego życie od dziecka – krótkowzrocznego, marzycielskiego chłopca, który podąża za swoim marzeniem. Do jego spełnienia namawia go włoski inżynier Marconi, z którym Horikoshi rozmawia… w snach. Dzięki tym pamiętnym spotkaniom Jiro decyduje się na budowę samolotów. Uczy się pilnie przez całe ranki, nigdy też nie zapomina o wartościach, które są dla niego najważniejsze, dzięki czemu wyrasta na dobrego, wrażliwego człowieka, który chętnie niesie pomoc innym. Z czasem poznaje też miłość, uroczą Naoko, i konstruuje samolot swojego życia – myśliwca Zero, używanego przez Japończyków podczas II Wojny Światowej. Choć z pozoru film ten to prosta historia japońskiego inżyniera, kryje się za nią znacznie więcej.

Jak większość filmów studia Ghibli, ‚Zrywa się wiatr’ jest dość pacyfistyczny. Choć widz może uwierzyć, że Jiro, przedstawiony jako nieco naiwny człowiek o dobrym sercu, nie miał pojęcia, iż jego samoloty zostaną użyte do zabijania ludzi, było przecież wielu innych ludzi od poczatku do końca świadomych, jaką rolę pełnią w tej wojnie. Nie wolno o tej prawdzie zapominać, lub, co gorsza – ukrywać jej. A tutaj nie jest to, niestety, dostatecznie wyeksponowane. Miyazaki z jednej strony nie uchylał się od tak przykrych scen jak wielkie trzęsienie ziemi w Kanto czy migawki z wojny, ale rola Japonii jako partnera nazistów nie została dopowiedziana – a szkoda, bo mógłby z tego wyniknąć naprawdę głęboki wątek. Mimo to, ‚Zrywa się wiatr’ jest bardzo poruszający i zdecydowanie wykracza poza ramy tradycyjnie pojmowanego filmu animowanego. Wielowątkowość tego utworu i jego wyjątkowa realność sprawiają, że jest naprawdę warty uwagi. Płynna, nieco okrągła kreska i dopracowane postacie też oczywiście działają na jego korzyść. Szczerze żałuję, iż na koniec kariery Miyazaki nie dostał Oscara, który według mnie, jak najbardziej mu się w tym roku należał – w porównaniu do ‚Frozen’ był bezkonkurencyjny.

Do szaleństwa – bez szaleństwa

Ha, i oto czas na pierwszą recenzję! Myślałam o najróżniejszych filmach na tę okazję, ale z jakiegoś dziwnego powodu stwierdziłam, że tym razem nie chcę pisać pochlebnie. Od czasu do czasu można sobie pozwolić na odrobinę krytyki, prawda?

Do ‚Like crazy’ Drake’a Doremusa zachęciły mnie przychylne recenzje znajomych, a przede wszystkim – Jennifer Lawrence, którą zdążyłam polubić za ‚Podwójne życie’. Kiedy jednak zobaczyłam plakat, nieco odrzuciła mnie jego sielankowość. To samo zauważyłam już na początku filmu: ujęcia rodem z przejaskrawionych blogów zakochanych nastolatek, słodkie, nieco aż za słodkie sceny zakochanej pary, wieczne słońce i róż. Przynajmniej na początku.

Like-Crazy-beach

Sytuacja potem gwałtownie się zmienia – i bardzo dobrze. Na pewien czas możemy odpocząć od momentów porozumiewawczego milczenia i patrzenia sobie w oczy. To tutaj tak naprawdę zaczyna rozgrywać się dramat dwojga ludzi. Rozdzieleni przez szeroki, wielki ocean zakochani nie mogą już być razem, a ciągłe kursy USA – Wielka Brytania zaczynają męczyć. I tu ukazuje się najważniejsze przesłanie tego filmu – fakt, że nie zawsze bywa tak cudownie i różowo jak w pierwszych jego momentach . Szkoda tylko, iż nie można było tego opisać zwięźle i treściwie. Zamiast tego film zwyczajnie zaczyna się dłużyć – podobne do siebie sceny powtarzane w kółko stanowią prawdziwe wyzwanie dla niecierpliwego widza. Zakończenie jest jednak warte uwagi. Ostatnia scena ma w sobie niewypowiedzianą głębię, przy której nie potrzeba słów.

Choć ‚Do szaleństwa’ rzeczywiście nie zachwyciło mnie niczym szczególnym, to dobry film na zimne, jesienne popołudnia z ciepłym kakao w ręku, zdecydowanie bardziej dla kobiet. Nie można tam oczekiwać nagłych zwrotów akcji ani nawet poruszających scen miłosnych typu ‚Śniadania u Tiffany’ego’, ale wyróżnia się z tłumu typowych ‚love story’ tym, iż widać w nim namiastkę realności.

Moje prywatne Top 10!

I proszę, oto kolejny wpis! Tym razem czas na moją dziesiątkę ulubionych reżyserów i reżyserek. Myślałam nad tym już od dłuższego czasu, i zauważyłam dziwną prawidłowość – moja lista składa się prawie wyłącznie z mężczyzn. Mało feministycznie z mojej strony, ale cóż. Co ważniejsze, nie poukładałam ich w żadnej kolejności, ponieważ sama nie wiem, kogo cenię bardziej, a kogo mniej… Załóżmy, że wszyscy mają 1. miejsce ex aequo.

- Lana i Andy Wachowscy

Nie rozdzielam na dwoje osobnych reżyserów, ponieważ zawsze traktowałam ich jako duet. Trylogia „Matrixa” była dla mnie niezwykle wizjonerska i uważam ją za bardzo ważną, ale, oczywiście, to nie jedyne dzieła, za jakie doceniam to rodzeństwo. „V jak vendetta” to do dziś jeden z moich ulubionych filmów (i, naturalnie, nie można zapomnieć o „Atlasie chmur”). Rodzeństwo Wachowskich bardzo poruszyło moją wyobraźnię i może dlatego było pierwszą parą reżyserów, która przyszła mi na myśl. Tworzą filmy, podczas których zastanawiam się, jak to możliwe, iż istnieją ludzie z taką fantazją.

- Baz Luhrmann

Ponieważ należy mu się pozycja w tym rankingu za mnogość kolorów, dźwięków, ogółem rzecz biorąc – doznań, których dostarczał mi każdy jego film. Jakkolwiek „Moulin Rouge” nie ujęło mnie zbytnio, to nie mogłam się nie ucieszyć, kiedy zobaczyłam ekranizację mojego ulubionego „Wielkiego Gatsby’ego”. Filmy Luhrmanna są zawsze realizowane z rozmachem, co raz na jakiś czas jest miłe dla oka (oczywiście, bez przesady).

- Walt Disney

Taaak, musiałam tutaj umieścić człowieka, którego filmy miały taki wpływ na moje dzieciństwo. Szczerze mówiąc – bez niego ten ranking nawet by nie istniał. Choć do filmów wyreżyserowanych przez niego mam mieszany stosunek („Bambi” czy „Śpiąca królewna” nie są dla mnie takim objawieniem jak dla niektórych), podziwiam go jako twórcę, który niezwykle angażował się w swoją pracę.

- Hayao Miyazaki

Skoro już jesteśmy przy animacji, nie mogło zabraknąć „japońskiego Disneya” Miyazakiego. Jego filmy są dla mnie bardzo szczególne, ponieważ oglądałam je w dojrzalszym wieku, nie jako dziecko, toteż „wyłapywałam” więcej metafor. Choć na początku produkcje ze studia Ghibli były dla mnie po prostu miłym wypełnieniem czasu, nieco podobnym do baśni ze studia Disneya, z czasem zaczęłam rozumieć coraz więcej. Bardzo podziwiam pana Miyazakiego za to, jak dopracowany jest każdy film i za to, iż pomimo że tworzy historie dla młodych odbiorców, niosą one ze sobą naprawdę ważne przesłania.

- Tim Burton

Pozostaję jeszcze przez chwilę przy filmach animowanych, ale tym razem w bardziej „mrocznych” odcieniach. Produkcje Tima Burtona, nie tylko te animowane, w dużym stopniu przyczyniły się do mojej fascynacji tym gatunkiem. Mam tu oczywiście na myśli „Gnijącą pannę młodą” i „Frankenweenie”, ale także „Edwarda Nożycorękiego” i nową wersję „Alicji”. Wszystkie te filmy mają nietypowy, oryginalny charakter, który lubię sobie od czasu do czasu przypomnieć.

- Quentin Tarantino

Ponieważ od czasami potrzeba mi dawki czarnego humoru i odrobiny krwi na ekranie, a Tarantino zawsze mi to dostarcza. Poza tym, z każdym kolejnym obejrzeniem dobrze znanych mi filmów jego autorstwa, odkrywam coś nowego.

- Darren Aronofsky

Jakkolwiek „Noe…” mnie nie zachwycił, nie mogę zapomnieć „Czarnego łabędzia” czy „Requiem dla snu”, które pozostawiły mnie bez słów. Niezwykłe filmy, które zapadają głęboko w pamięć.

- Woody Allen

I nowe, i stare filmy Allena bardzo sobie cenię za sarkastyczny humor i wyobraźnię samego reżysera. Chętnie wracam do niektórych jego komedii, np., „Klątwy skorpiona”, a niektóre widziałam raz i to mi wystarczyło, ale ogółem to dla mnie zawsze chwila miłego relaksu.

- Andrzej Wajda

Trochę nagły przeskok w obręb polskich reżyserów, ale… Cóż, o panu Wajdzie nie można nie wspomnieć przy takiej okazji. Przyznam się bez bicia, że nie miałam jeszcze okazji zobaczyć „Wałęsy”, ale jak dotąd dzieła Wajdy zawsze bardzo mnie poruszały, a jak wiadomo, filmy wzbudzające emocje to najlepsze z filmów.

- Jan Komasa

Czuję się nieco winna, że to drugi i ostatni polski reżyser na mojej liście, ale co poradzić, to właśnie jego „Sala samobójców” tak mną wstrząsnęła, a „Miasto `44”, choć nie było tak świetne, lubię ze względu na oryginalne przedstawienie tematu. Doceniam ze względu na rozmach (pomimo pierwszych realizowanych filmów – oby tak dalej!).

Kilka słów na dobry początek.

Cześć,

Z tej strony Weronika, miłośniczka filmów, uczennica VI LO w Gdyni. Filmem interesuję się już od kilku ładnych lat, jednak dopiero ostatnio wpadłam na pomysł zapisania się na jakiś konkretny kurs – i oto jestem! Chodzę do klasy maturalnej, co więcej – humanistycznej, co daje mi możliwość częstych dyskusji ze znajomymi na temat ostatnio obejrzanych produkcji, a przede wszystkim – głębszego wniknięcia w historię, którą widzę na ekranie.

Lubię różnorodność. Oglądam filmy najróżniejszych reżyserów, od Tarantino po Miyazakiego. Podobnie jest z gatunkami filmowymi – choć mój ulubiony to zdecydowanie animacja, bardzo chętnie zagłębiam się w dramaty, komedie, thrillery i filmy akcji. W tym roku uczestniczyłam w obradach Młodzieżowego Jury Miasta Gdyni na 39. Festiwalu Filmowym, co dało mi możliwość zobaczenia wielu niezwykłych filmów polskich (choć nie tylko polskich). Nie wiem, czy potrafiłabym wymienić swój ulubiony film, ponieważ jest ich naprawdę wiele, ale w czołówce na pewno znalazłyby się ‚Mulan’, ‚The Beaver’ i ‚American Beauty’.

Oprócz filmów interesuję się wieloma innymi rzeczami. Uczęszczam do Szkoły Muzycznej I stopnia, uczę się grać na gitarze, bardzo lubię też chodzić do teatru i czytać książki. Mam nadzieję, iż jeszcze nieraz zajrzycie na mojego bloga – dopiero się rozkręcam!