Natolin w legendzie

Wędrówki po okolicy zmusiły do zadawania sobie pytań- co było wcześniej. Artefakty pobudzały wyobraźnię.Analizę naukową wyprzedzała fantazja. Z dnia na dzień rodziły się opowieści. Podpowiedzią były warsztaty teatralne. Tak o nich pisze Weronika Gniadzik

Atrakcją warsztatów, która zaciekawiła mnie najbardziej była improwizacja. Na początku uczestnicy zajęć ustawili się w dwóch rzędach naprzeciwko siebie. Celem tej gry było zadawanie tylko i wyłącznie pytań dotyczących wybranego przez panią miejsca lub czasu wydarzeń. Potem losowaliśmy karteczki z różnymi wyrazami zrobione poprzedniego dnia i pani podawała początek historyjki, a my musieliśmy ją dokończyć używając tych wyrazów w zdaniach. Niektórzy tworzyli bardzo zabawne historie.

Serdecznie dziękuję pani prowadzącej za fantastyczne chwile spędzone podczas warsztatów teatralnych. Bardzo mi się podobały i chciałabym, aby odbyły się jeszcze raz.

PO kolejnych wycieczkach okazało się, że inspirować może wszystko: :)

SAM_1140

Mateusz Szubert

Legenda o Bażantarni

 

Dawno temu, król Jan III Sobieski postanowił zbudować dla siebie i swojej rodziny miejsce do wypoczynku. Kupił wieś Milanowo, w której wybudował pałac. Ponieważ król bardzo lubił polować, zapuszczał się ze swoją świtą w okoliczne lasy.

Pewnego dnia dotarli do miejsca, w którym było wyjątkowo dużo zwierząt. Okazało się, że to miejsce nazywa się Natolin. Mimo, że polowanie długo trwało, to nic nie udało im się ustrzelić. Zwierz były bardzo mądre i zawsze uciekały. Gdy wreszcie trafili na słabą, kulejącą sarnę, otoczyli ją i wymierzyli broń. Nagle wokół sarny pojawiło się mnóstwo bażantów. Nastroszyły pióra, a największy z ptaków przemówił do króla. Opowiedział mu historię ludzi zamieszkujących te tereny, którzy zostali zmienieni w zwierzęta przez złego czarnoksiężnika. Była to kara za to, że nie chcieli mu służyć. Zły czar miał prysnąć wtedy, gdy królewska ręka pogładzi zwierzę. Do tej pory żaden król nie przybył w te strony. Król nie chciał uwierzyć w to, co usłyszał, ale mimo to zgodził się pogłaskać kulejącą sarnę. W tej samej chwili zamiast zwierzęcia ujrzał piękną dziewczynę. Była to córka leśniczego. Opowiedziała mu o czarnoksiężniku i o tym, że po rzuceniu czaru wszystkie prawdziwe zwierzęta uciekły z lasu i zostawiły ich bez pomocy. Zostały tylko bażanty, które raz w życiu potrafią przemówić ludzkim głosem. Król uwierzył dziewczynie i odczarował wszystkich mieszkańców. Z wdzięcznością dla ptaków król nazwał te tereny Bażantarnią.
2013-10-11 09.49.51.jpg  Emili Antoniuk

Legenda głosi, że bardzo dawno temu, w czasach, których nikt żyjący na tej ziemi już nie pamięta, wydarzyła się historia związana z miejscem, które mieszkańcom Ursynowa jest znane do dzisiaj.
W pewnej wsi na terenie dzisiejszego Natolina mieszkał tajemniczy starzec. Był on biedny i zaniedbany, lecz chytry jak nkt. Dzięki swojemu umysłowi potrafił pokonać każdego.

Gdy tylko poznano jego moc, mieszkańcy zapragnęli, aby ich bronił przed nieproszonymi „gośćmi „.

Zebrano najlepszych i najwybitniejszych artytów i budolańców, którzy stworzyli piękną budowlę, w której zamieszkał.

Tak starzec został „dozorcą”owej wsi i każdy nieproszony, który miał zamiar wejść na jej teren, wpierw musiał pokonać wątłego staruszka.

Pod bramką jego posiadłości przybywały gromady żołnierzy, wojska oraz najmężniejsi rycerze, którzy chcieli podbić biedną okolicę, lecz nikt nie mógł zwyciężyć tego niepozornego, starszego mężczyzny.

Wieś, której służył stawała się coraz zamożniejszym miastem, gdyż nikt nie mógł nią zawładnąć dozorca niszczył wrogów, a oni w tym czasie okradali sąsiednie okolice..

Nikt już nigdy nie zdołał pokonać dozorcy, a kto tylko ze złymi intencjami pojawił się pod bramą miasta, ginął bez śladu.

Gdy obywatele byli już na tyle silni, że sami potrafili się doskonale bronić, staruszek zmarł ze starości. Pochowano go pod wielkim drzewem, nieopodal jego posiadłości zwanej „domkiem dozorcy”, która stoi tam do dziś dzień.

 

 

 

Dziś w tym miejscu jest ulica Przy Bażantarni.

 

 

Urban Matyjasik 1h

Dawno dawno temu, tak dawno, że nikt nie pamiętał dokładnej daty, w Warszawie, na Wolicy, była wspaniała, bogata wioska. Wioska to osadowiona była bezpośrednio nad brzegiem Wisły. Ludziom z osady, nad rzeka, żyło się spokojnie a przedewszystkim bardzo dostatnio. Rzeka dostarczała olbrzymich ilości ryb, które były podstawą wyżywienia mieszkańców osady, a oprócz tego służyły do wymiany na inne towary. Obfitość pożywienia jaka zapewniała rzeka wynikała z umowy zawartej przez mieszkańców osady Wolica z królowa Wisły ogromną złotą rybą Sawą. Ciało Sawy było zbudowane z czystego i lśniącego się złota. Sawa zawarła z mieszkańcami Wolicy umowę: Wy nie robicie mi krzywdy, a ja zapewniam wam obfitość połowów zapewniającą dostatek i bogactw. Układ ten obowiązywał przez długie lata. Sawa pływała bezpiecznie w Wiśle a osadnikom żyło sie dostatnio. Do czasu… Jeden z najbogatszych osadników, który na wymianie towarów dorobił się pięknego bogactwa nie chciał brać za żonę dziewczyny z osady. Dalecy posłowie donieśli, że w dalekiej krainie, na północy żyje piękna panna, bardzo wybredna. Młodzieniec z osady wybrał się w daleką podróż by pięknej nieznajomej oddać swe serce, ale ona oprócz serca rozkochanego młodzieńca chciała czegoś wyjątkowego. Młodzieniec ujrzawszy nieznajoma zapomniał od odwiecznej umowie z Sawą, i obiecał, że w za rękę nieznajomej jest gotów złożyć w darze coś wyjątkowego: Rybę cała ze złota, mówiącą ludzką mową.
Sawa nie świadoma złych zamiarów młodzieńca była łatwa ofiarą. Młodzieniec podstępem schwytał Sawę i zawiuzł ja do pieknej dziewczyny z północy. Jego dar był nadzwyczjany, najlepszy. Młodzieniec otrzymał rękę pięknej dziewczyny. Gdy wrócił do osady, zobaczył że rzeka zmieniła swój bieg. Rzeka która zpewniała dostatek całej osadziezmieniła koryto. Osada pozbawiona stałych ogromnych dostaw świezych, olbrzymich ryb podupadła, a z czasem zmieniła sie w ruderę. Osada przestała istnieć. Tak oto nie wdzięczność ludzka spowodowała zmiana biegu rzeki.

 

Ania Stugient

Legenda o Dębie Bartku

- jego powstanie, życie i koniec żywota-

 

Dawno, dawno temy, za górami, za lasami żył pewien bogaty król, który miał na imię  Eugeniusz. Miał piękny pałac pokryty diamentami z mnóstwem komnat, a na dworze piękny i okazały ogród. Rosło w nim wiele pięknych kwiatów: bratków, magnolii, tulipanów, paproci, ale najwięcej było czerwonych róż.

Król ten był dobry, miłościwy i honorowy, lecz dla jednej rzeczy mógł to wszystko złamać. W pewnej sprawie był nieobliczalny. A mianowicie- nienawidził dębów. Nikt nigdy nie wiedział dlaczego.  Były różne wersje: niektórzy sadzili, że te drzewa przypominały mu jego zmarłą żonę, inni, że uważał je za źródło złej mocy, a byli też tacy, którzy uważali, że król po prostu ich nie lubił. W każdym razie kazał je wszystkie wyciąć.

W mieście rządzonym przez tego władcę mieszkał pan Bartek, który był rolnikiem. Jemu szczególnie przeszkadzało postępowanie króla.

Pewniego dnia, pan Bartek podjął odważną decyzję- zasadzi dąb. Było to ryzykowne posunięcie, gdyż każdego, kto zasadzi to drzewo skazywał na ścięcie. Wziął więc nasionko od swojego kuzyna i późnym wieczorem, kiedu już wszyscy spali poszedł do lasy, by je zasadzić. Nie ma tu żadnych domów, ludzie tu nie chodzą za często, gdyż las nie wygląda zachęcająco: szary, ponury, nie wiadomo co w nim czycha. Pan Bartek nie należał do bardzo tchórzliwych osób, ale każdy, choćby najmniejszy odgłos  budził w nim niepokój. Ngale zobaczył dośc dużą dziurę między drzewamii od razy wiedział, że to tu zasadzi dąb. Wykopał więc dziurę łopatą, którą wziął z domu, wrzucił nasionko i podlał.

             Kiedy minęło czternaście lat, drzewo było już duże, rolnik dowiedział się straszliwej rzeczy- jego matka jest nieuleczalnie chora.

Mężczyzna był załamany. Zaraz potem pobiegł do drzewa, szykając w nim pocieszenia. Przytulił się do niego i żałośnie, szczerze płakał. Błagał, żeby jego matka wyzdrowiała. W pewnej chwili drzewo się zaświeciło na kolorowo, i zaraz zgasło. Następnego dnia, pan Bartek idzie do matki. Ale co to? Przez okno widzi gotyjący sięna kuchence garnek, serce zaczęło bić mocniej rolnikowi. Z iskierką nadziei, że mama żyje wchodzi do domu. I co widzi? Jak ta kobieta gotuje śniadanie, tańcząc przy tym. Jej syn był bardzo uradowany. Padł matce w ramiona.

- ” To cud! „- myślał sobie- ” Chwila, czy to przez…, nie, niemożliwe. A może jednak? „.

Kiedy przyszedł do domu zajrzał do swojej skrytej biblioteki i wyjął książkę- starą, magiczną księgę. Była strasznie zakurzona. Odnalazł rozdzaił o książkach i znalazł odpowioedź na pytanie. Dąb był magiczny i spęłniał życzenia, ale nie wszystkie. Nie spęłniał wszystkich zachcianek typu- ” Chcę mieć milion dolarów”. Trzeba dotknąć drzewa i pomyśleć życzenie. Ale dlaczego on wogóle jest magiczny? Otóż na świecie jest kilka nasionek dębu, które są magiczne. Kto wie? Może takie nasionko i do Ciebie trafi?

Rolnik zrozumiał, że musi chronić ten cudowny dąb, skoro ma taką właściwość, więc częściej go odwiedzał.

- ” Kiedyś powiem o tym drzewie ludziom, ale wtedy, gdy król Eugeniusz skńczy swoje panowanie”- myślał sobie pan Bartek.

Pewnego dnia, kiedy pan Bartek odwiedził drzewo, usłyszał z niego jakieś odgłosy- jakby szuranie i skrobanie. Z małym lękiem potrzedł do dębu, i nagle… z otworu w drzewie pojawiła się wiewiórka. Z początku jej obecność nie przeszkadała rolnikowi, nawet się jej podobała- zaprzyjaźnił się z tym rudym zwierzęciem, oswoił ją. Lecz z czasem zobaczył, że szkodzi ona temu cudownemu drzewu- jest ono podrabane, ma mniej żołędzi. Pan Bartek przeniósł wię wiewiórkę na inne drzewo.

Nagle nadszedł dzień, który zapowiadał klęske tego dębu, koniec jego żywota. Ale czy może udało się go uratować? Otóż pewnego dnia ścieżką w lesie jechał pewien wysoki mężczyzna. Był bardzo elegancki i dostojny, a na jego głowie spoczywał duży, fioletowy kapelusz z mnóstwem piór. Niestety, dworzanin króla Eugeniusz zobaczył dąb i pojechał zgłosić to królowi. Król się wściekł, zaczął wrzeszczeć i rzucać drogocennymi rzeczami, a kiedy się trochę uspokoił sam wziął siekierę i kazał zawieść się na miejsce, gdzie rośnie dąb. Król miał zamiar ściąć to drzewo.

Tego dnia pan Bartek szedł do dębu. Kiedy był już niedaleko usłyszał, jak ktoś wali czymś w jakieś drzewo. Zaniepokojony pobiegł jak mógł najszybciej w kierunku drzewa i zobaczył coś strasznego- ujrzał króla, walącego siekierą w drzewo.

-” Nieee!!!- krzyczał biegnąc do niego- ” Przestańcie!!!”

Wytłumaczył władcy, że ten dąb jest magiczny, a on podszedł do drzewa i pomyślał życzenie, chcąc zobaczyć, czy poddany mówi prawdę. Potem bez słowa wsiadł do karety i pojechał do pałacu. Pan Bartek odetchnął z ulgą.Następnego dnia rano, kiedy rolnik jadł śniadanie usłyszał pukanie do drzwi. Kiedy je otworzył i zobaczył, kto za nimi stoi, o mało nie zemdlał. Był to goniec królewski.

- Król wzywa Cię do pałacu.- powiedział.

-” A co jeśli biorą mnie na ścięcie?”- rolnikowi przychodziły najczarniejsze myśli-” O nie!”

Pan Bratek wraz z gońcem weszli do pięknej dużej slai tronowej. Na suficie wisiał piękny  żyrandol, który mienił sie kolorami w blasku słońca, pdającego przez okno. Władca siedział na tronie cały rozpromieniony, po prostu tryskała z nigo radość. Okazało się, że król Eugeniusz wcale nie chciał go ścinać, tylko mu podziękować, że zasadził ten dąb. Powiedział rolnikowi równierz, że spęłniło się jego życzenie- w daleki mieście jego kuzyna, w którym był królem, poprawiła się sytuacja z jedzeniem, gdyz była susza.

Zaraz potem (razem z rolnikiem) wyszedł na piękny, duży królewski balkon i opowiedział ludowi całą historię o dębie zasadzonym przez pana Bartka. Ogłosił również, że każdy, kto będzie miał poważny problem, niech przyjdzie do niego [ króla Eugeniusza] i za jedo pozwoleniem niech pójdzie do magicznego drzewa i poprosi go o pomoc.

Od czasu, kiedy ludzie idą  po pomoc do tego drzewa- dęba lepiej im się żyje, w mieście jest weselej i radośniej.

Lecz pewnej nocy rozpętała się straszna burz. Pioruny uderzały o ziemię jeden po drugim, a grzmoty „krzyczały” straszliwie. Deszcz lał, jak z cebra.

Następnego dnia król z bijącym sercem pojechał karocą na miejsce dębu. Niestety, wczorajsza burza uszkodziła drzewo- duża gałąź prawie się złamała i opadała. Król był załamany, nie wiedział co zrobić. Kiedy już przyjechał do pałacu, usiadł na tronie i rozmyślał. Z zadumy wyrwało go stukanie do wielkich drzwi. To był pan Bartek. Wiedział, jak pomóc drzewu.

-Trzeba go czymś podeprzeć.- powiedział- Może deską?

Dwa tygodnie później, przy dębie odbył się uroczysty apel, gdzie rolnik dostał order za zasadzenie drzewa i za wspaniały pomysł na pomoc dla tego dębu. Na cześć rolnika ten dąb nazwano Bartek. Król obiecał, że posadzi więcej tych drzew i zmieni swoje nastawienie do nich.

Ostatniej nocy przed śmiercią króla Bartka( kró Eugeniusz przed zgonem przekazał mu władzę) przyśnił mu się sen, w którym dowiedział się, kiedy dąb Bartek zakończy swój żywot- zakończy go wtedy, gdy ludzkośc nie będzie już go potrzebować. Lecz, co to znaczy?

Teraz Dąb Bartek ma ponad 1000 lat. Możliwe, że podpora, która pomaga mu utrzymywać się przy życiu, to właśnie ta, za życia króla Eugeniusza. Kto wie? Może jak dotknie się się Dęba Bartka i pomyśli się życzenie to faktycznie się spełni?

Koniec

 

 

 Justyna Piotrowska

Dawno, dawno temu  Bóg stworzył świat i podzielił go na kontynenty oraz państwa. Zauważył jednak, że jest on bardzo pusty i smutny, brakowało osób troszczących się o jego rozwój. Postanowił więc stworzyć ludzi.  Każdej z powstałych istot ludzkich Bóg przydzielił pod opiekę kawałek Ziemi. Pewien młody chłopiec o imieniu Maciej otrzymał  w posiadanie warszawską dzielnicę, którą nazwał Ursynów.

Kraina Macieja była niezwykle piękna – wokoło rosły drzewa, kwiaty, krzewy, rozciągały się łąki, górki, jeziorka i lasy. Chłopiec codziennie chodził na spacery po lesie           i zawsze zainteresowało go coś nowego. Kładł się na łące rozmyślając, co będzie robił jeszcze tego lub następnego dnia. Wspinał się na drzewa i oglądał  okolicę z góry. Spędzał tak każdy dzień – jeden po drugim. Jednak wkrótce poczuł się samotny. Postanowił więc poprosić Stwórcę, o więcej ludzi.

- Boże, Boże, potrzebuję Twojej pomocy!- zaczął krzyczeć Maciej ze szczytu największej górki jaką zobaczył.- Boże, słyszysz mnie?!

- Słyszę. Jaki jest Twój problem chłopcze?- odpowiedział mu głos z nieba.

- Kawałek świata który otrzymałem pod opiekę jest piękny, lecz czuję się tu bardzo samotnie.

- Pamiętaj Macieju, że masz tylko jedno życzenie które obiecuję spełnić.  Rozważ je dokładnie, ponieważ  nie będziesz miał więcej szans.

- Rozumiem to dobrze. Oto moja prośba: chciałbym, abyś stworzył więcej ludzi w mojej dzielnicy.

- Twoje życzenie zostanie spełnione.

Po wypowiedzeniu tych słów, głos ucichł. Lekko zakłopotany Maciej udał się do swojego małego domku z drewna. Następnego dnia rano, tuż po przebudzeniu spostrzegł przed swoim domostwem dużą grupkę wesoło rozmawiających mężczyzn i kobiet. Z zaciekawieniem wyszedł im na spotkanie.

- Witaj nasz Panie.- powiedzieli chórem nowi przybysze. Jesteśmy nowymi mieszkańcami Ursynowa. Ty będziesz naszym królem.

Maciej bardzo się zdziwił, lecz był szczęśliwy. Pełen dumy, siły i determinacji stanął na pagórku i przemówił:

- Teraz jestem pewien, że stworzymy piękną dzielnicę! Zabierzmy się do pracy, szkoda czasu!

Minął rok. Ursynów stał się piękną krainą, z małymi budynkami, przytulnymi, pełnymi uroku uliczkami, szczęśliwymi ludźmi i ciągle piękną naturą. Jednak jedno miejsce na Kabatach, nazywane Aleją Smutku, było inne niż reszta dzielnicy -  ponure, szare i przygnębiające. Król starał się zmienić tą sytuację, ale jego działania nie przynosiły pozytywnego skutku.  Gdy sadził drzewa lub krzewy – one nie rosły. Próbował ozdobić aleję kwiatami, ale również się nie udało. Władca pragnął by jego mały kraj był doskonały. Nie mógł spać. Było mu bardzo smutno, bo kochał naturę a pomimo jego starań Aleja Smutku pozostawała miejscem brzydkim i przygnębiającym. Kiedy ktoś przechodził tamtędy, czuł na ciele dreszcze. Maciej miał już dość tej sytuacji. Postanowił poprosić Boga o pomoc. Udał się  na to samo wzniesienie na którym wcześniej rozmawiał ze Stwórcą.

- Boże, Boże słyszysz mnie?!- zawołał.

- Słyszę. -odpowiedział mu po chwili głos z nieba.- Czego ode mnie oczekujesz?

- Panie, wiem, że rok temu przedstawiłem Ci już swoją prośbę. Spełniłeś moje życzenie i jestem Ci za to bardzo wdzięczny. Teraz jednak postanowiłem ponownie zwrócić się do Ciebie, ponieważ mam duże zmartwienie. Wraz z moimi poddanymi bardzo troszczę się o powierzony mojej opiece Ursynów. Jest jednak pewne miejsce o które nie potrafię zadbać. Zwane jest Aleją Smutku. Jest tam szaro i strasznie. Wiele razy próbowałem zasadzić tam drzewa, krzewy, czy kwiaty. Niestety moje starania nie odniosły skutku – żadna roślina nie chce rosnąć na tym terenie. Jestem zrozpaczony. Błagam Cię o pomoc.

- Macieju, tak jak Ci już mówiłem, każda osoba której powierzyłem opiekę nad Ziemią ma prawo tylko do jednego życzenia. Ty je wykorzystałeś. Nie mogę Ci pomóc. Ale nie trać wiary, z pewnością p[Roblem zostanie rozwiązany. Życzę Ci powodzenia.

Po wypowiedzeniu tych słów, głos ucichł. Maciej był zawiedziony i zły, nie pozostało mu jednak nic innego jak tylko powrócić do swojego domostwa i pogodzić z zaistniałą sytuacją .

Mijały lata. Maciej ożenił się, został ojcem gromadki dzieci. Kochał je bardzo, dbał o ich edukację i wychowanie. Szczególną dumą króla był najstarszy syn – Andrzej, chłopiec niezwykle mądry i odważny. Jako jedyny spośród potomków króla, od najmłodszych lat lubił samotne wyprawy. Szczególną jego ciekawość wzbudzała Aleja Smutku. Choć było to miejsce ponure, Andrzej pokochał je całym sercem. Często wymykał się tam niepostrzeżenie. Bawił się tam godzinami. Szczególnie lubił zabawę polegającą na trafianiu kasztanami w wykopane w ziemi dołki. Minął jeden rok, drugi. Książę Andrzej wyrósł, spoważniał ale jedno pozostało niezmienne – uwielbiał wypędzać czas w Alei Smutku. Pewnego dnia z niedowierzaniem dostrzegł wyłaniającą się z ziemi roślinkę.  Chłopiec ucieszył się niezmiernie. Dbał o nią z całych sił, podlewał, chronił przed wiatrem i zimnem. Jego starania nie poszły na marne – z małej rośliny wyrosło piękne drzewo kasztanowe. Wraz z upływem lat drzew przybywało, rosły one w rzędzie wyznaczonym dołkami, do których niegdyś mały Andrzejek wrzucał kasztany. Mieszkańcy Ursynowa byli bardzo szczęśliwi, a zwłaszcza król Maciej, który pomimo podeszłego wieku wyprawił uroczystą ucztę na cześć odmienionej Alei Smutku, która od tej pory została nazwana Aleją Kasztanową. Stary król zrozumiał, że chociaż Bóg nie mógł od razu spełnić jego życzenia, dał mu jednak syna posiadającego niezwykły dar przemiany ponurego miejsca.

Do dnia dzisiejszego na warszawskim Ursynowie, na Kabatach istnieje piękna Aleja Kasztanowa. Każdego dnia spaceruje tam dużo ludzi, wokoło rozlega się dźwięk toczonych rozmów i wesoły szczebiot bawiących się dzieci. Mało kto zna historię tego miejsca. Spoglądając na nie dzisiaj trudno uwierzyć, że kiedyś była tu Aleja Smutku.  Jesienią pod rzędami drzew leży mnóstwo kasztanów. Czasami zastanawiam się w którym miejscu książę Andrzej wyhodował pierwsze drzewo? A może Tobie uda się zgadnąć?.

 

 

 

Aneta Koźniewska                                 Legenda  o dębie

Od niepamiętnych czasów ludzie opowiadają o dębie Mieszko. Znajduje się on niedaleko Parku Natolińskiego. Dla niektórych to normalne miejsce, a dla innych wręcz niesamowite. Wiele osób próbowało dowiedzieć się coś więcej o tym drzewie. Istnieje legenda o bliźniakach, którzy zasadzili ten dąb. A brzmi ona tak.

Żyło sobie dwóch braci- Rafał i Roman. Chłopcy uwielbiali się bawić, chodzić na spacery i dużo broić.
Roman był miłym dzieckiem. Spokojnym, nie sprawiał problemów i dobrze się uczył. Natomiast Rafał był jego przeciwieństwem. Lubił hałas, harmider i duży szum wokół niego. Bracia mieszkali obok lasu, więc mieli ogromne tereny do zabawy.

Pewnego pochmurnego dnia chłopcy wybrali się do sklepu. Każdy z nich zabrał własne pieniądze. Roman długo oczekiwał na ten dzień. Dzielnie oszczędzał każdą sumę, która była mu dana. Rafał miał inny sposób. Swoje kieszonkowe lub inaczej zdobyte pieniądze wydał w mig. Więc skąd miał pieniądze na wyjście do sklepu? Sprytnie i zwinnie podkradał rodzicom pieniądze, gdy nie patrzyli.

Każdy z chłopców wiedział co chce kupić. Roman myślał o małym przenośnym kalendarzyku.Rafał miewał szalone pomysły. Tym razem chciał kupić komplet drewnianych żołnierzyków i piękne pióro z niebieskim atramentem. Lecz kłamstwo ma krótkie nogi. Tak było i w tym przypadku. Gdy bracia mieli już wychodzić,
rodzice szybko zatrzymali Rafała. Chłopak musiał oddać ukradzione pieniądze i iść z niewielką sumą.

Sklep od ich domu był oddalony o około trzy kilometry. Bliźniacy pokonali ten kawałek żwawym krokiem, więc dotarli na miejsce po krótkim czasie. Roman od razu zobaczył upragniony kalendarz. Rafał przemierzał wzrokiem półki, żeby znaleźć coś taniego. Wiedział, że musi coś kupić, bo inaczej byłaby to plama na jego honorze. Chłopak był jednym z tych co nie potrafili przegrywać. Niestety nie mógł znaleźć czegoś co odpowiadało by jego sumie pieniędzy. Coraz bardziej nerwowo spoglądał po każdej napotkanej półce. Zawiedziony zaczął zmierzać w stronę brata, który kupował swój wymarzony przedmiot. Nagle jednak zauważył małą półkę z kilkoma pudełkami. Podbiegł do niej szybko. Jak się okazało może kupić zawartość tego pudełka. Chłopak już promieniał
z radości. Zwinnym ruchem otworzył pudełko. We wnętrzu zobaczył małe, białe nasionko. Pomyślał przynajmniej coś. Żwawym krokiem ruszył do kasy i kupił daną zdobycz.

Gdy wrócili do domu Roman z zadowoleniem pokazał swój zakupiony przedmiot rodzicom. Byli bardzo zadowoleni z wyboru syna. Matka zapytała Rafała co on kupił. On z dumą pokazał rodzicom nasionko. Ojciec zapytał po co mu one i co zamierza z nim zrobić. Chłopiec poczuł się urażony i powiedział, że jeszcze się przekonają co do jego możliwości.

Następnego dnia chłopiec wstał o świcie i pobiegł zasadzić nasionko. Codziennie przychodził i podlewał miejsce zasadzenia roślinki. Na początku roślina w ogóle nie rosła, co bardzo zmartwiło chłopca, lecz potem stało się coś niezwykłego.

Gdy chłopiec już znudzony przyszedł podlewać nasionko zauważył duże drzewo. Po liściach zobaczył,
że to dąb. Z zadowoleniem chłopak pobiegł do domu i zawołał rodziców. Rodzina Rafała nie mogła uwierzyć w to zjawisko. Jednak byli dumni i zadowoleni z Rafała. Tak oto dany dąb rośnie do dziś.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Sebastian Nasterski

 

 Dąb Mieszko

Edmund szedł leśną ścieżką  i patrzył na wiewiórki skaczące na drzewach oraz jeża chodzącego po ziemi, ale żadne zwierze na nie go nie reagowało. Był duchem. Miał 988 lat. Zmarł po wypiciu wina, do którego jego brat Leon wsypał truciznę aby wyeliminować go z dziedzictwa królewskiej korony. Umarł więc i  został duchem w magicznej krainie, w której byli czarodzieje, magowie i wróżki. Wyszedł z lasu i zobaczył dąb ,,Mieszko I”. Był tak stary, że starszy nawet od Edmunda , ale on wiedział jak dąb powstał i wrócił myślami do tamtych zdarzeń.

Gdy król Baltazar, umiejący rozmawiać z ludźmi w myślach, zaginął w lesie, królestwo było zdruzgotane. Baltazar był dobrym i sprawiedliwym władcą. Budował magiczne szkoły, w których uczyli starzy i mądrzy czarodzieje, unikał także wojen i konfliktów. Wszyscy  ludzie w jego królestwie żyli w dostatku. Rada starszych musiała więc wybrać kolejnego króla, którym został Damian. Damian był chciwym człowiekiem, oszukiwał i doprowadził kraj do bankructwa i biedy. Po jakimś czasie został on wygnany z państwa i nazwany Haniebnym Królem. W następnych latach kraj się ustatkował, lecz wędrowcy zaczęli opowiadać o złej i nieprzyjaznej magii i zwierzętach zamienionych w zombie. Zaczęto zbroić się i budować wielki zamek. Sprowadzano także centaury i olbrzymy, wielkie tygrysy i krwiożercze wilkołaki.

Pewnego razu, gdy w sali tronowej siedział młody król, nagle drzwi otworzyły się i wbiegł posłaniec z wieścią o zbliżającej się trującej chmurze.  W rzeczywistości była to armia stworzona z zombie. Odór i zapach zgnilizny tworzył trujący opar zabijający wszystko co latało i pełzało. Od razu wydano rozkaz by zamknąć bramę i opuścić most. Obudzono Krakeny. Wojsko przygotowało się do obrony zamku z fosy. Wszyscy z oczekiwaniem patrzyli na skraj lasu. Słychać było jakiś szelest, ludzie z całego zamku zamarli. Byli otoczeni przez wojowników zombie, a na ich czele widać było Haniebnego Króla. Każdy z nich miał kosę lub miecz. Ich słabe uzbrojenie uzupełniała większa liczebność. Wojowników w zamku było dziesięć tysięcy, za to zombie około cztery razy więcej. Rozległy się trąby i armia Damiana ruszyła na zamek. Centaury zaczęły salwami z łuków ostrzeliwać najeźdźców, lecz zombie były już martwe, więc strzały nic im nie robiły. Gdy umarłe wojsko podeszło pod fosę , Krakeny zaczęły  zabawę. Brały zombie w macki i rzucały pod sam las. Niestety i Krakeny po jakimś czasie zginęły. Tylko Mag ,,Zmieniacz” , który mieszkał w sąsiednim zamku mógł pomóc. Posłano więc po niego posłańca na gryfie.  Podczas gdy zombie właśnie wchodziły do zamku, król kazał wywiesić białą flagę na znak rozejmu i ewentualnego paktowania. Zły Czarodziej tylko coś krzyknął i jego podwładni od razu zatrzymali się.

Zaczęły się rozmowy, gdy nagle wybuchła kłótnia. Król zamku zdążył tylko krzyknąć coś o klątwie i od razu został przeszyty mieczem Damiana, a wtedy zombie rzuciły się na ludzi i pozabijały wszystkich, co do jednego. Gdy przyszedł Mag ,,Zmieniacz” było już za późno. Na ziemi leżały tylko trupy. Czarodziej zdruzgotany tym widokiem przyrzekł sobie zemstę na królu Zombie. Znalazł armię (na terenie dzisiejszego lasu kabackiego) i zamienił wszystkie zombie w drzewa. Damian uciekł, lecz Zmieniacz go dopadł i zamienił w Dąb. Edmund westchnął. Pamiętał tę wojnę bardzo dobrze. Nie pamiętał tylko jednego dlaczego Dąb nazwano Mieszkiem I, ale to pewnie dlatego by imię Damiana było zapomniane.

 

 Maria Fołta

        Jak powstała Górka Kazurka?

                Dawno temu na terenie dzisiejszego Ursynowa leżało miasto-państwo Ursyn. Jej mieszkańcy w większości byli chrześcijanami. Tak jak dzisiaj, żeby żyć w dobrych warunkach trzeba było pracować, wtedy ludzie głównie trudnili się rolą, dlatego jedzenia była pod dostatkiem. W tym czasie władze sprawował sprawiedliwy Mirosław. Rozstrzygał sądy, które działały według surowego prawa. Przez to mikropaństwo było stabilne i silne, ich sąsiedzi wiedzieli, że nie warto było atakować, więc panował pokój.

                 Pewnego dnia słychać było bicie dzwonów. Z kościoła wyszła młoda para. Wokół brzmiały radosne krzyki zebranych. Mirosław został w pełni szanowanym przez poddanych królem. Ludzie byli zadowoleni, miel nadzieje, że za jego rządów życie będzie wspaniałe.

Mieszkańcy Ursyna przez kilka lat mogli cieszyć się pomyślnym życiem. Władca ich okazał się jeszcze lepszy niż sądzili, ponieważ bardzo wspomagał biednych. Mirosław kochał bardzo swoją żonę nad życie. Doczekał się piątki dzieci. Szanował swego ojca i słuchał jego mądrych rad. Niestety nadszedł dzień, w którym jego ojciec zmarł. Poddani pogrążyli się w żałobie. Mirosław nie mógł w to uwierzyć. Chciał w jakiś sposób upamiętnić ojca. Wkrótce odbył się pogrzeb. Wszyscy zebrani pragnęli wspomóc biednego Mirosława. On widząc nastawienie ludzi wpadł na pomysł, by ktoś pomógł mu w upamiętnieniu ojca. Słyszał różne rozwiązania, zbudowanie pomniku, napisanie wiersza, piosenki lub wystawienie sztuki o nim, ale jeden pomysł zyskał jego uznanie. Każdy, kto wspomina dobrze zmarłego, niech w miejscu jego pochówku dosypie garść ziemi. Okazało się, że został usypany znaczny kopiec. Widząc to, Mirosław poczuł, że jego serce przepełnia duma i ciepło. Teraz mógł ze spokojem wrócić do rodziny. Tam zaznał miłości i po takiej stracie mógł wrócić do normalnego życia. Dzięki rodzinie, która powinna być najważniejsza, mógł żyć długo i szczęśliwie.

                   Do dziś Górka Kazurka upamiętnia dawne wydarzenia.

Zuzana Pisz

Legenda o moczydłowskich stajniach
  Dawno temu, kiedy Polska była jeszcze pod władzą króla a dzielnica Ursynów zwana była Moczydłem żył pewien zamożny hrabia. Posiadał on wspaniałe stajnie, w których stały najlepsze, najpiękniejsze i najszybsze konie wyścigowe współczesnej Europy. Mężczyzna był bardzo dumny ze swoich hodowlanych osiągnięć, był też bardzo zadufany we własnej osobie. Uważał się za człowieka bezbłędnego w interesach, myślącego i szlachetnego.
  Pewnego razu przyszedł do niego biedniejszy człowiek. Chciał oddać mu wszystko co miał: ubrania, dom a nawet psa w zamian za jednego ze wspaniałych ogierów Pana Moczydła. Hrabia jednak uważał sie za zbyt wysoko postawionego człowieka żeby zawierać umowy z chłopem. Nie pogardziłby jednak ziemią. Uknuł więc chytry plan. Zamierzał sprzedać biedakowi niepłodnego w dodatku chorego na astmę ogiera. Jak pomyślał tak też zrobił. Wieśniak oddał mu wszystko za konia, którego uważał za swojego wybawcę.
  Równo przez tydzień szlachcic chwalił się wszystkim jaki jest to mądry i przebiegły, jaki plan stworzył. Po upływie tego czasu jednak odwiedził go ten sam bieda. Żalił sie hrabiemu, że koń jego jest niepłodny w dodatku chory. Ten wyśmiał go poczym kazał wyprowadzić służbie. Chłop zrozumiał, że został podle oszukany, a że do ludzi łatwo przebaczających nie należał zaczął myśleć nad zemstą.
  Rozważał różne możliwości. Porwac hrabinę? Nie, kobiety dla szlachcica były nieważne. Oszpecić drogą wille? Nie, o to też Pan na Moczydle nie dbał. Dla tego mężczyzny liczyła się tylko jedna rzecz, mianowicie jego konie.
  Więc pewnego zimnego, listopadowego wieczora chłop okryty kocami ze świecą w ręku zakradł sie do stajni. Pod osłoną nocy otworzył szeroko olbrzymie, stajenne drzwi. Wszedł w najgłębszy kąt stajni poczym rzucił święcę na siano. Wnętrze pomieszczenia rozświetliło się intensywnym, pomarańczowym blaskiem. Momentalnie temperatura podniosła się. Człowiek juz dawno zdążył wyjść i zniknąć wśród pobliskich drzew. Konie zaczęły panikować, wierzgać, przenikliwie rżeć. Zerwały sie z uwiązów i dzikim galopem popędziły do wyjścia. Wbrew pozorom nie było tam wcale bezpieczniej. Ziemię pokrywała cienka i śliska wartswa lodu. Zwierzęta ślizgając sie rżąc i rzycając rozbiegły sie po lesie. Rano ze stajni zostały jedynie fundamenty i kawałki dachu oraz ścian. Służba przekazała swojemu panu wieści . Gdy tylko wspomnieli o tym, że konie przepadły zasłabł. Przez tydzień leżał w łóżku z gorączką przeraźliwie kaszląc. Lekarz niewiele mógł pomóc. Hrabia stracił coś czego już nikt przywrócić mu nie mógł – swój powód do życia, hodowlę. O biedaku słuch zaginął, a co do koni powiada się, że po dziś dzień jeżeli wybierze się wieczorem w okolicę ruin stajni usłyszy sie rżenie i stukot kopyt przerażonych rumaków.
Obraz w treści 2Obraz w treści 1

Aleksandra Ciarkowska

 

W Warszawie na terenie Lasu Kabackiego od 9 maja 1987 roku spotkać można dwie zjawy. Pierwsza zjawa wyglądem przypomina mężczyznę w młodym wieku, a druga młodą kobietę. Legenda głosi, że jest to para zakochanych. Kobieta nazywała się Maria, miała 20 lat i pochodziła z szanującej się rodziny. Chłopak miał na imię Mariusz był w wieku 22 lat i nie miał ojca. Matka w ogóle się nim nie zajmowała. Rodzice Marii było przeciwni ich związkowi, lecz młodzi nie dawali za wygraną i spotykali się potajemnie. Dziewczyna pod pretekstem pójścia do koleżanki uciekała do Mariusza. Głównie spotykali się w jego domu. Pewnego dnia Maria wybrała się do koleżanki, a jej rodzice miel wyjechać na weekend. Wychodząc  z domu zauważyli, że córka nie zabrała kluczy od mieszkania. Postanowili podjechać do koleżanki i podrzucić kluczę Marii. Gdy dotarli na miejsce okazało się, że córki nie ma u koleżanki. Ojciec dziewczyny był pewien, że jest ona z Mariuszem. Wpadł w szał. Rodzice wrócili ponownie do domu, przed drzwiami czekała na nich już dziewczyna. W jednej chwili  rodzice postanowili odwołać swój wyjazd, Dać córce zakaz jakiego kol wiek wyjścia z domu i ponowny zakaz kontaktowania się z Mariuszem. Dziewczyna była załamana. Wiedziała, że nie potrafi żyć bez chłopaka. Po kilku dniach miała dosyć samotności. Wymyśliła plan ucieczki. Kiedy jej rodzice na chwilę wyjechali ona nie tracąc czasu postanowiła uciec przez okno i pojechać do chłopaka. Wiedziała, że ucieczka doprowadzi rodziców do furii i wywiozą ją jak najdalej od chłopaka.  Nie chcieli marnować  cennego dla nich czasu, więc wybrali się na spacer do Lasu Kabackiego. Byli tak sobą zachwyceni, że nie ujrzeli samolotu, który spadał prosto na nich. Samolot zderzył się z ziemią. Zginęli wszyscy pasażerowie oraz ludzie spacerujący nie daleko miejsca wypadku w tym Maria i Mariusz. Od tej pory w rocznicę katastrofy ukazuje się zjawa zakochanej pary szczęśliwie spacerującej po lesie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge
css.php