Warszawa w rytmie dubstepu

Efekty specjalne. Stroje. Scenografia. To elementy najnowszego filmu Jana Komasy „Miasto44”, które pozostaną w naszej pamięci jako zjawiskowe, nadzwyczajne. Inne zaś budzą wiele kontrowersji. Dla jednych jest to najlepszy polski film wojenny, ale znajdą się także zagorzali antyfani, mówiący, że stanowi on profanację Powstania Warszawskiego.

Początek filmu rozpoczyna się pogodnie. Ujmujące są sceny, kiedy Stefan (Józef Pawłowski) opiekuje się swoim młodszym braciszkiem. Poznajemy głównego bohatera jako chłopaka troskliwego, rodzinnego, ciepłego. Egzystuje gdzieś obok Polskiego Podziemia. Jego życie zmienia się o 180 stopni, kiedy Kama (Anna Próchniak) wprowadza go w szeregi Armii Krajowej. Do tego momentu film jest taki, jak należy. Następuje ciekawy wstęp do dalszej, zapierającej dech w piersiach akcji w istnym piekle. Pierwszą sceną, która „wyrywa” widza ze spokojnego oglądania, jest lecąca z prędkością 10 km/h filiżanka. Następuje efekt zaskoczenia i nieoczekiwany rzut na matkę Stefana (Monika Kwiatkowska) rozbijającą wszystko, co ma pod ręką. Takie zastosowanie slowmotion jest ciekawe, niespodziewane, wręcz intrygujące. Niestety jest to jedyne w filmie dobrze wykorzystane zwolnione tempo. Zastosowane zostaje ono w scenach takich jak bieg Stefana na cmentarzu w rytm piosenki Czesława Niemena („zgrzyt” polega na sztucznym umieszczeniu tego jakże pięknego, sentymentalnego utworu), podczas pocałunku Stefana i Biedronki (Zofia Wichłacz) wśród deszczu pocisków (obraz rodem z Ameryki) czy w momencie skoku Stefana z łopatą na esesmanów (pierwszą myślą, która przyszła mi do głowy: istny Neville w II cz. Harrego Pottera Insygnia śmierci). To oczywiste, że kino ewoluuje, także polskie, ale parafrazując maksymę zaciągniętą z Biblii „oddajmy Polsce, co polskie, Ameryce, co amerykańskie”. Takie współczesne „wstawki” wydają się polskiemu widzowi dość sztuczne, trochę śmieszne, a przecież dla niego ten film jest przede wszystkim stworzony.

Szczególną uwagę należy skierować na aktorów drugoplanowych takich jak Antoni Królikowski, Monika Kwiatkowska, Michał Żurawski, Tomasz Schuchardt. To z ich ust wypłynęły znaczące, ściskające gardło kwestie. Należą do nich słowa „Beksy” (Antoni Królikowski) chwilę przed śmiercią: „Zapraszam do mnie, na urodziny. Od kilku godzin mam całe 19 lat. Nie sądziłem, że tak je spędzę…” czy też fragment rozmowy „Czarnego” z „Kobrą”:  „To są moi ludzie, są do Pańskiej dyspozycji. – Te dzieci?”. Świetność tych właśnie cytatów polega na ich prawdziwości, ukazanym w nich dramatyzmie sytuacji, jaką jest wojna. Jest to opozycja do ckliwych, naiwnych dialogów głównych bohaterów, równoważą je, co ratuje patriotyczny wyraz filmu.

Od filmu historycznego wymaga się autentyzmu. Powstanie warszawskie to tylko tło do szeregu wydarzeń, faktów, postępowań ludzi. Oprócz wiarygodności historycznej ważna jest też prawdziwość obyczajowa. Z tym u Komasy pojawiły się pewne niedociągnięcia, niuanse. Jak wspominają powstańcy, powstanie to najlepszy czas w ich życiu – mogli swobodnie strzelać do okupanta, doświadczyli trudnej do odtworzenia wspólnoty. Ta wspólnota nie jest ukazana należycie – kiedy „Biedronka” szuka miejsca w piwnicy i kobieta krzyczy: „Miejsca nie ma!”, chociaż widoczna jest spora przestrzeń pod ścianą… Chęć walki w obronie ojczyzny u głównych bohaterów także ulega „spłyceniu”. Nie jest to obraz przeciętnego Warszawiaka żądnego niepodległości, ale osób postronnych, nielicznych. Honor to rzecz najświętsza, szczególnie u wyszkolonych oficerów. Scena próby gwałtu „Biedronki” przez jednego z wyższych wojskowych jest po prostu ośmieszająca, nieprawdziwa. Kolejnych takim przykładem jest ślub „Kobry” z Beatą (Karolina Sitaniec). Zachowują się oni jakby ich najbliższym celem była dyskoteka, a nie związanie dwóch dusz. Zawieranie sakramentu małżeńskiego w tym czasie nie było rzeczą niespotykaną, ale nie w takiej formie. Było to coś podniosłego, świadczącego o poważnym planowaniu swojej przyszłości.

Główni bohaterowie. Dają wiele do życzenia (z wyjątkiem Zofii Wichłacz). Są oni jednowymiarowi, nie ewoluują wraz z postępem akcji. Stefan jest przykładem typowego mężczyzny, potrafiącym wykorzystać każdą okazję(mam na myśli zdradę „Biedronki” z Kamą). Za grosz w nim bohaterstwa i przyzwoitości. Kama. Na twarzy Kamy od początkowej sceny z jej udziałem widać pożądanie wobec Stefana. I tak już zostaje do końca… „Biedronka” to niewinna, trochę naiwna istota, jednak najbardziej odważna z wyżej wymienionych. Nie łączy się to może z pobudkami patriotycznymi, ale jednak podejmuje jakieś działanie. Postaci te żyją jakby w swoim świecie. Przez przypadek znaleźli się w ogniu pocisków i wśród stosów nieżywych ciał.

Miasto44 niewątpliwie porusza bardzo ważny aspekt historii Polski, jakim jest Powstanie Warszawskie. Pomimo przerysowania niektórych scen (wstępne także o końcowym monologu Kamy na celowniku czołgu) w dużym stopniu obrazuje dramatyzm tamtych 63 dni. Nieważne czy film jest arcydziełem czy też nie, ale jedno jest pewne: zmusił Polaków do narodowej dyskusji. A oto zapewne reżyserowi chodziło.

Agnieszka Bąk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge