Odkrywcy pamięci |

Program

  • Opowiem ci o wolnej Polsce

Szkoła

  • Publiczne Gimnazjum nr 1 z Oddziałami Integracyjnymi im. Szarych Szeregów, Bełchatów
  • Uczeń

Odwiedziny

  • Stronę odwiedzono: 2593 razy

Informuj o wpisach


Dnia 26 października odbyło się kolejne spotkanie z kinooperatorem, panem Jackiem Olejnikiem.

Tym razem mogłyśmy zobaczyć, jak dawniej przygotowano i zakładano taśmy filmowe. Okazało się, że zakładanie taśmy na projektor wcale nie jest takie proste… Każda z nas mogła spróbować. Następnie dowiedziałyśmy się, że pan Jacek interesuje się filmami animowanymi. Opowiedział nam, że stworzenie takiego filmu wcale nie jest takie proste, ale długotrwałe i ciężkie. Mogłyśmy zobaczyć dzieło, które zainspirowało pana Jacka, a mianowicie pracę Natalii Brożyńskiej pt. „Drżące trąby”. Następnie obejrzeliśmy jeszcze kilka filmów animowanych.

Było to bardzo miłe spotkanie i mamy nadzieję, że będziemy miały możliwość ponownego spotkania.

Zapraszamy do naszej galerii, gdzie opublikowałyśmy zdjęcia z warsztatów.

Brak tagów

Urodziłam się 9 listopada 1934 roku we wsi Liski koło Złoczewa. Mieszkałam tam do 25. roku  życia. Do szkoły chodziłam niedaleko od domu, do  następnej wsi Owieczki. Szkoła zajmowała trzy  małe budynki – jedno- i dwupokojowe, te jednoizbowe wynajmował gospodarz.

Szkoła była skromnie wyposażona – stół dla nauczyciela, ławki, w których siedzieliśmy po czworo, tablica i globus. Klas było siedem, potem trzeba było do miasta, jeśli ktoś chciał się dalej kształcić.

Nie mieliśmy w szkole żadnych kartkówek, było dyktando. W zeszytach zapisywaliśmy wszystko. Wierszy uczyliśmy się na pamięć. Do dziś pamiętam „Kto ty jesteś”… Nie było boiska, więc na przerwach graliśmy na piaszczystej drodze, nawet na lekcji gimnastyki też tam ćwiczyliśmy.

Do domu zadawali głównie z książek. Ja pracowałam jeszcze w polu, bo rodzice mieli gospodarstwo.  Rzucałam książki po przyjściu ze szkoły, obiad zjadłam i w pole. Do wieczora praca w polu, a dopiero po przyjściu braliśmy się na naukę.

Do szkoły poszłam po wojnie – zabrała mi dwa lata – miałam 10 lat i powinnam być wtedy w trzeciej klasie, ale z siostrą zaczęłam naukę pierwszej.

Moim ulubionym przedmiotem była geografia – wiadomości były ciekawe, bo nikt z nas przecież nigdzie nie jeździł, więc to mnie najbardziej interesowało.

Strój do szkoły był obojętny. Chodziliśmy w butach drewniakach, podeszwy były w drewniane, więc braliśmy końskie  gwoździe, żeby ślizgać się po drodze. Przeważnie bawiliśmy się w chowanego. Kiedy byłyśmy mniejsze, bawiłyśmy się z malutkimi siostrzyczkami albo się pilnowało te małe dzieci. Na polu robiłyśmy piłki z krowiej sierści. Albo fajerki z pieca na patyku braliśmy i z tym biegaliśmy po podwórku. Zimą jeździliśmy na łyżwach. Poleciałam kiedyś nad staw za podwórkiem. Poślizgnęłam się tak mocno, że poleciłam do tyłu. Lód popękał, uderzyłam głową, ale do wody nie wpadłam. Byłam wtedy sama.
Kiedy wybuchła wojna, byłam jeszcze mała. Tatuś i pozostali mężczyźni uciekli pod Warszawę. Pozostali też byli spakowani, ale ktos powiedział, że skoro mamy zginąć pod Warszawą, to lepiej we własnej wiosce. Cała wieś została. Nas było już wtedy pięcioro dzieci. Wszyscy płakali. Niedaleko nas, w Wieluniu i przez nasze podwórka jechały czołgi. Spalismy całą wioską w takich sklepach na ziemniaki, na dzień wychodziliśmy do domu i pracowaliśmy przy zwierzętach.

Pamiętam takie zdarzenie. Byłam w polu z braćmi. Patrol niemiecki przyszedł do nas, do domu. Trzech żołnierzy z karabinami, podeszli do okien i się patrzyli, czy ktoś jest, bo drzwi były zamknięte. Bracia kazali lecieć mi do domu, bo mama będzie się gniewała, że zostawiliśmy pusty dom. Pobiegłam, ale strasznie się bałam, krzyczałam i biegałam dookoła budynku. Jeden z żołnierzy mnie zawołał, przygarnął do siebie i dał mi dwa cukierki. Przyszła mama, zapytali ją o drogę i pojechali.

Wspomnienia spisała Weronika Łukaszewska – wnuczka

Brak tagów

W 1950 roku skończyłam siedem lat i poszłam do szkoły w Roździnie. Pamiętam, że była ona drewniana i podzielano jakby na pół – z jednej strony mieszkał nauczyciel (miał dwa pokoje z kuchnią), a z drugiej strony znajdowała się wielka sala – uczyły się tam cztery klasy, gdyż nauczyciel był tylko jeden. Dwie klasy do południa – pierwsza i druga, trzecia i czwarta klasa przychodziła do szkoły po południu. Moją pierwszą  nauczycielką była pani Maria Krzyż. Na wojnie straciła ona męża, syn został bez obydwu nóg, a córka – Alfreda, miała niedowład jednej nogi. Woziliśmy czasami tego syna na byle jakim wózku po boisku szkolnym. Robili to przeważnie chłopcy, bo dziewczynki to… normalne że słabe.


Droga do szkoły zajmowała mi  ponad pół godziny. Najgorzej było jak padał deszcz albo śnieg. Na ramieniu nosiłam torbą uszytą z jakiejś tam tkaniny, przecież nie było wtedy tornistrów. Do Raździna chodziłam do czwartej klasy, natomiast od piątej chodziłam cztery kilometry do szkoły w Parznie.

Uczniowie byli bardzo zdyscyplinowani i nie mieli ochoty na głupoty. Czasami jednak zdarzała się jakaś śmieszna sytuacja.  Raz, kiedy po przerwie koleżanka na lekcje nie wróciła, musieliśmy zacząć jej szukać. Okazało się, że ukryła się przed nami na najwyższej topoli i dopiero po jakimś czasie się do nas odezwała. Działo się to w Parznie. Ta koleżanka nazywała się Pelka Ślęzakówna – już nie żyje. Wszyscy to pamiętamy. Wychowawcą naszym był wtedy Pan Banaszkiewicz.

W szkole wymagany był fartuszek z ciemnogranatowej satynowej podszewki  z okrągłym kołnierzykiem. Na poniedziałkowych apelach to nawet panie nauczycielki musiały zakładać specjalne fartuszki. Te nauczycielskie były jednak ładniejsze – lepiej uszyte, miały większy dekolt i duży kołnierz. Kiedy  fartuszek został do prania w domu, to musiała mama napisać oświadczenie, że faktycznie tak jest.

Uczniowie musieli dyżurować. Zwykle te funkcje sprawowali chłopiec i dziewczynka. Chłopcy musieli gdzieś tam pajęczynę omiatać, dziewczynki podlewać kwiaty, pilnować porządku na przerwach.

Najbardziej lubiłam język polski, do tej pory ja pamiętam wszystkie wiersze i opowiadania. Drugim ulubionym przedmiotem była historia. Przestałam ją jednak lubić, gdy zaczęły się wyłaniać te wszystkie partie. Tego już nie rozumiałam i miłość do tego przedmiotu się skończyła.

Na pracach ręcznych robiliśmy na drutach, haftowaliśmy, wyszywaliśmy. Nawet czasami na maszynie uczyła nas pani szyć, ale maszyna była tylko jedna, stara i nie wszyscy się do niej dostali.

Najfajniejszym nauczycielem był Pan Gadecki, który uczył mnie w Roździnie wszystkich przedmiotów. On  już nie żyje. Jak poszłam do szkoły w Parznie, to on też tam przeszedł na kierownika szkoły i znowu mnie uczył, ale już nie wszystkich przedmiotów. Wspaniały nauczyciel!  W Parznie jeszcze moją ulubioną nauczycielką była Pani Wanda Cichorz, która uczyła mnie  języka polskiego. Spotkałam się z nią po sześćdziesięciu  prawie latach spotkałam się i ją poznałam! Teraz też z nią nie tak dawno rozmawiałam i mówi do mnie:  „Moja ty Wanduniu, ty moja dziewczynko, jak mi miło, że ty mnie zawsze poznajesz!” Mieszka                   w Piotrkowie.

Nauczyciele  organizowali nam również wycieczki. Na pierwszą pojechaliśmy      w szóstej lub siódmej klasie. Pamiętam, że jechaliśmy samochodem ciężarowym, na którego naczepie były ławki. Pan Banaszkiewicz i Pan Gadecki siedzieli z nami na tej budzie i pilnowali, żebyśmy nie powypadali. To była wycieczka do Oświęcimia, Ojcowai Krakowa. Były jeszcze inne wycieczki. Sołtysi wyznaczali tzw. podwozy – wozami zaprzężonymi końmi jechaliśmy do Kluk na przedstawienia, do kina objazdowego. Podczas drogi tak my śpiewali, że aż się te lasy rozlegały. Wyśpiewywaliśmy co się dało –  i kościelne pieśni i patriotyczne.

Pierwszą sympatię miałam w szóstej klasie. Zakochałam się w nim, ale on chyba i we mnie. Trwało to tylko rok, bo on chodził do siódmej  klasy i skończył naukę. Nazywał się Kaziu Rogaliński, ładny był i śpiewał, na akordeonie grał. Ojej!

Z rówieśnikami bardzo często graliśmy w piłkę i w dwa ognie. Na pracach ręcznych to żeśmy robili na drutach, haftowanie, wyszywanie, no różne takie podstawowe rzeczy, nawet czasami na maszynie uczyła nas pani szyć, ale maszyna była tylko jedna, stara i nie wszyscy się do niej dostali

W domu było nas dwoje – ja i mój młodszy brat Kazik. On był bardzo dobrym dzieckiem, ja byłam nawet gorsza od niego. Mnie jednak więcej ojciec tolerował, bo się  w szkole dobrze uczyłam, brat natomiast nie uczył się zbyt dobrze. Co by się nie stało, to była zawsze jego wina.

Miałam liczne obowiązki domowe – krowy paść na pastwisku, czasami nawet ziemniaki obrać, ugotować jako taki obiad, podłogę drewnianą wyszorować. Nie zawsze robiłam to wszystko, bo trzeba było się uczyć.
Z Ciszy  wyjechałam mając 19 lat do znajdującej się 200 km dalej wioski Przeworno – za Wrocławiem.  To była  raczej taka osada, bo tam był urząd gminy, ośrodek zdrowia, poczta dworzec kolejowy, gminna spółdzielnia, gdzie właśnie dostałam pracę. Bardzo tęskniłam za domem, ale nie mogłam wracać, bo bałam się, że znowu spotka mnie bieda. W pobliskim Wrocławiu skończyłam zaocznie technikum ekonomiczne. Z nagrodą! Nie było łatwo, bo  miałam wtedy już troje dzieci.

Mojego męża – Mariana, poznałam w Przewornie. Mieszkał tam z rodziną, ponieważ zostali przesiedleni ze Lwowa. Dla mnie słowo Ukraina jest nie do przyjęcia! Wszyscy przesiedleni na zachód uważali, że to jest Polska i słowo Ukraina nie przeszło im przez gardło. To była Polska, nasza Polska, ze Lwowem – kolebką kultury. We Lwowie byliśmy kilka razy i wydaje mi się, że znam go lepiej niż Warszawę. Jeździliśmy przeważnie na wakacje – na dwa, trzy tygodnie i spacerowaliśmy po całym mieście. Najlepiej pamiętam piękną katedrę, do której wtedy tylko raz w tygodniu przyjeżdżał ksiądz z Kijowa i odprawiał mszę świętą. To były lata siedemdziesiąte, wielki komunizm. Przypominam też sobie pomnik Mickiewicza, za nim piękny park, Teatr Wielki, w którym mój teść był kierownikiem jakiegoś działu. W pamięci utkwił też Cmentarz Orląt Lwowskich, cmentarz na Łyczakowie, przepiękny kościół św. Elżbiety – dwuwieżowy, z czerwonej cegły, cerkiew św. Jerzego – nazywana we Lwowie cerkwią Jury. Nie pamiętam więcej, ale mam to wszystko tak w głowie poukładane, że choćbym teraz pojechała, to bym w te miejsca trafiła.

Muszę jeszcze wspomnieć o jednym wydarzeniu – w 1953 roku zmarł wielki nasz sąsiad Stalin i my, jako takie małe dziecioczki, w klasie musieliśmy stać na baczność pod jego portretem, przez który była przewieszona czarna wstęga i musieliśmy mówić: „Umarł Stalin, ale żyje w sercach naszych!”.  Nasz nauczyciel  stał i  pilnował czy się tam któreś za bardzo nie kręci, bo chłopaczyska to się  śmiali.

Uważam, że moje dzieciństwo było bardzo szczęśliwe. Może materialnie była  bida – czasami nawet chleba w domu nie było, ale dzieci były wtedy upragnione, kochane, bardzo szczęśliwe. 
Wspomnienia spisała Alicja Matusiak – wnuczka

Brak tagów

Moją decyzję o rozpoczęciu działalności w „Solidarności” przyspieszyła  wizyta Jana Pawła II. Polska się przebudziła, ludzie zaczęli rozumieć swoją niewolę i swój beznadziejny stan. Ja również zorientowałem się, że to, co się dzieje, nie jest tym, czym być powinno. Polska się przebudziła. Były różne dyskusje w gronie ludzi w pracy. Każdy się zastanawiał, czy można coś zmienić. Wcześniej powstała już grupa inteligencji, która nazywała się Komitet Obrony Robotników. Powstała ona po wydarzeniach w Radomiu. Wznowili oni działalność. Powstały wolne związki zawodowe, które udzielały się poza PZPR-em, poza partią. No i się przyłączyłem – ja i wielu innych jeszcze ludzi – do wolnych związków zawodowych. Miałem kontakt bezpośredni w Katowicach z Włodzimierzem Świtoniem, Knasiem Stanisławem w Gdańsku, później dołączyłem do Andrzeja Gwiazdy     i Anny Walentynowicz. I tak to się zaczęło. Potem już rozpoczęliśmy działalność, kiedy po strajku w stoczni gdańskiej powołano właśnie wolny związek zawodowy (wtedy jeszcze się nie nazywał „Solidarność”, ale zaczął już działać; później, po podpisaniu przez Wałęsę   i Jagielskiego porozumienia przyjęliśmy nazwę „Solidarność”). Poszło.

            Związek działał przez rok, ale partia, podpisując porozumienie, wiedziała już, że go nie dotrzyma. Z chwilą podpisania porozumienia rozpoczęły się już działania, które miały „Solidarność” zniszczyć. I tak to trwało… przepychanki… przez rok. 13 grudnia Jaruzelski ogłosił stan wojenny w porozumieniu z Biurem Politycznym Komitetu Centralnego PZPR-u. A skoro był to atak na Solidarność, a jeżeli tak, to również na naród, na Polskę, więc trzeba było stanąć czynnie w obronie związku.
            Przywódcy pouciekali, ci którzy powinni byli wtedy stanąć w obronie związku. My zostaliśmy – ten „drugi garnitur”, jak się to nazywało i 13 grudnia już zorganizowałem spotkanie podziemne, pierwsze w Bełchatowie, w kaplicy – w obecnym kościele św. Stanisława. Ksiądz Aleksander Łęgowski mi pomógł, otworzył kościół (wtedy jeszcze ten kościół był budowany). No i zebrało się prawie 50 ludzi. Odbyło się pierwsze zebranie „Solidarności”, powstała struktura podziemna, powstała wtedy gazeta – biuletyn „Solidarność wojenna”, której byłem redaktorem. Powstała grupa, która zajęła się pomocą dla rodzin internowanych, których było w Bełchatowie trzy. I tak zaczęła się działalność podziemna. Działaliśmy do kwietnia 1982 roku, a później na wskutek działalności szpiclów, czyli tak zwanych „tajnych współpracowników SB”, wyłapali nas. Była sprawa, zostaliśmy osądzeni    i do więzienia.
            Pobyt w więzieniu tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że wystąpiłem w dobrych zawodach. Gdyby nie więzienie, to nie miałbym tej świadomości, że „Solidarność” to była jednak sprawa całego narodu i o tym należy pamiętać. Przyszłe pokolenia to muszą też rozumieć i wrócić do spraw „Solidarności”, do programu „Solidarności”, oczywiście tej pierwszej – z 80 roku, bo to, co było później, po Okrągłym Stole, to już tylko nazwa została, a idea „Solidarności” została zaprzepaszczona przez pana Wałęsę i jego grupę. Dogadali się z komunistami, podzielili się władzą  i do dzisiaj tę władzę sprawują.
            Z perspektywy czasu uważam, że było warto działać. Mimo że chwilowe trudności przychodziły, że ci, którzy wtedy walczyli najbardziej, są bez pracy i muszą w śmietnikach wybierać jedzenie, a ci, którzy nic nie robili, dzisiaj są bohaterami i mają wysokie stanowiska. Ale mimo wszystko, warto było i gdyby kiedykolwiek miałaby się ta sprawa powtórzyć, to zrobiłbym tak samo.

Wspomnienia spisała Dominika Wyczachowska – wnuczka

Brak tagów

Mam osiemdziesiąt lat, więc nie pamiętam już wszystkiego. Skończyłam trzy lub cztery klasy. Do szkoły chodziłam w Osinach. To jest niedaleko Chabielic. Droga do szkoły nie zajmowała mi dużo czasu, bo miałam do niej ok. kilometra. To było zwyczajne mieszkanie, takie większe, gdzie stały ławki i tam się uczyliśmy wszyscy na raz. Dopiero potem wybudowali prawdziwą szkołę. Obok nie było boiska tylko dość duże podwórko i tam uczniowie latali.


Najpierw nie było tak jak teraz. Chodziliśmy w trepach, a zimą można było do nich przymocować łyżwy. Zdarzało się, że trepy pękały i nie raz dostawało się za to lanie. Nie było wtedy tylu spodni i rajtuz, żeby się ubrać tak jak teraz, każdy zakładał to, co mógł – okrywało się wełnianą zapaseczką i dobrze było.

Po szkole wpierw to nas się zeszło  i my latali w tę i we w tę , i takie różnie gry my grali – zaklepanki. A zimą to, wie Pani, co my robili? Bo w piecach palili, nie?… Tośmy się poschodzili, a najwięcej było u nas schodów. To położyli my się popaprani, myśmy ciekali po tych mieszkaniach. (śmiech) Rany Boskie! Co się robiło tam! A teraz tego nie ma… Już wszystko… Telewizory, komputery… A wpierw to co było? To tego nie było. No a później to po zabawach się latało. Zabawy były w jednej wsi, w drugiej wiosce. Na trzecią wieś to myśmy się pozbierali grupami i szli my. Z powrotem znowu to przez las. To co? Się człowiek bał.

Według mnie młodzież wtedy miała lepiej. Teraz każdy siedzi przy komputerze i Internecie. Wtedy nie było takich rzeczy, więc biegaliśmy z kolegami!… Koło domu były różne małe kryjówki, w których się chowaliśmy i różne, różne rzeczy wyrabialiśmy!
Do szkoły chodziłam z przerwami. My byliśmy w Niemczech. Zostaliśmy wywiezieni, a potem Ruscy weszli. I tam kiedy przyjechaliśmy, to nie było dużo szkoły. To już tak jak po przełamie było – chodził, nie chodził do szkoły. Tak to było. Wtedy to była taka „wielka ciemnota”… Teraz małe dzieci wiedzą, skąd się biorą dzieci. A my wołaliśmy: „Bocianie, przynieś dziecko, przynieś!”. A kiedy już przyszło, to mama mówi, że było tak umorzone, tak ubrudzone, że trzeba było je kąpać. A teraz takie małe to już wie, skąd się dzieci biorą.

Tak, wtedy jak dziecko było małe, to nikt nie wychodził z nim na dwór. Najpierw musiało być ono ochrzczone, a przy jego głowie musiał różaniec leżeć. Teraz to się rodzi i już wyprowadzają, ubierają. Patrz Pani, jaka to była wtedy ciemnota! Tak człowiek się po prostu rozwija. Tylko że wesoło wtedy było. Chodzili pod krzyż, było cieplutko, rozmawialiśmy sobie, a czasami nawet biliśmy.

Miałam dwa latka kiedy umarł mój ojciec – nie pamiętam go. Mama musiała sama pracować, to jej się pomagało. Miałam dwóch braci, jeden już nie żyje (miał 39 lat, kiedy umarł), a drugi mieszka w Bielsku. Bardzo lubiłam się z nimi bawić. Ten drugi kiedy zaczął pracować, to nam pomagał. Wtedy nie było tak łatwo, trzeba było robić w gospodarce. Trzeba było za konia odrobić, więc było ciężko. Kiedy wyszłam za mąż, to musiałam żyto pozbierać, każdy snopek postawić, nawóz podać i w stodole znów podać. Teraz mają ludzie dobrze.

Brak tagów

sty/14

7

Wspomnienia Pani Otylii

Do szkoły zaczęłam uczęszczać w 1941 roku. Skończyłam siedem klas podstawówki, bo rodziców nie było stać, żeby posłać mnie dalej. Przez dwa lata chodziłam do szkoły w Podjeziorach, pięć następnych spędziłam w Ruszczynie. Dawniej nie było tak jak teraz – w jednej sali uczyły się dwie klasy. Pierwsza i druga razem. Pamiętam, że było nas trzydzieścioro troje.

Mieszkałam na wsi i moja droga do szkoły wiodła przez pola i lasy. Musiałam wychodzić z domu godzinę wcześniej, gdyż do przejścia miałam 5 km.

Nauczycieli mieliśmy bardzo dobrych, lubiłam ich wszystkich i dlatego starałam się osiągać jak najlepsze wyniki w nauce. Muszę powiedzieć, że nieźle mi szło. To się zmieniło w siódmej klasie – zaczęłam dostawać czwórki i tróje, bo zmienili się nam nauczyciele i tych już nie lubiłam. Moją ulubioną lekcją była historia, lubiłam też matematykę. Najgorzej szło mi z chemii – miałam tróję, bo jej nie lubiłam.

W pamięci utkwiła mi wychowawczyni z piątej klasy – pani Teresa Piekarska. Była bardzo fajną i miłą babką. Miała odpowiednie podejście do młodzieży i umiała żyć.

Do szkoły każdy ubierał się w to, co miał, nie było tak jak teraz. Musieliśmy nosić granatowe fartuszki i białe kołnierzyki -  to był strój szkolny. Nie było kolczyków, pierścionków, broszeczek. Żadnych ozdób nie wolno było nosić!

Przerwy pomiędzy lekcjami spędzaliśmy na podwórku – w piłkę żeśmy grali, jak to dzieciaki. Pamiętam, że miałam takie warkocze. Kiedy jeden chłopiec złapał za te warkocze, trzymał je, a inni mówili „wio”. Ja, jak go trzepnęłam tak, że wpadliśmy do ganku i wybiliśmy szybę. Potem była draka, uciekliśmy na podwórko  i odbył się nad nam sąd koleżeński. Dziewczyny szły za mną, chłopcy szli za nim, no i koniec końcem wyszło na to, że musieliśmy po trzy złote za szyby zapłacić. Dzisiaj to jest nic, ale kiedyś rodzicie nie mieli pieniędzy,  na wsi to było różnie. Pamiętam, że mamusię okłamałam, że potrzebuję na książki… No i te trzy złote mi dali. A Tadeusz długi czas nie przynosił tych pieniędzy, bo się bał w domu powiedzieć, a miał ojca nauczyciela, który wprowadził w domu rygor. W końcu inny nauczyciel się tym zajął, wysłał kogoś do niego, no i ojciec się dowiedział i Tadek dostał lanie. Ale trzy złote przyniósł. Mnie uszło na sucho.

Po przyjściu ze szkoły musiałam pomagać w gospodarstwie – zajmowałam się przepędzaniem krów z jednego pastwiska na drugie. Dopiero po pracy był czas na odrabianie lekcji i naukę. Czasami znajdowaliśmy chwilę na zabawę. Wtedy grałyśmy w klasy. Rysowałyśmy kratki, kółka i skakałyśmy. Grałyśmy też w piłkę, w palanta. Po drzewach się skakało…

Pamiętam również swoją pierwszą sympatię. Był to jednak bardziej kolega niż chłopak. Po szkole rzadko się spotykaliśmy.  Mieliśmy inne zajęcia -  pasaliśmy krowy, owce, pilnowałyśmy gospodarstwa. To nie było tak jak dzisiaj, że macie wolny czas, możecie pójść do kina czy na dyskotekę.

Brak tagów

sty/14

7

Opowiadanie Pani Marianny Karbownik

Mam 87 lat. Do szkoły zaczęłam chodzić na wsi. Było nas w klasie 15 – 20 osób, chłopcy i dziewczynki uczyli się razem. Skończyłam tam cztery oddziały. Potem wyprowadziliśmy się do Łodzi i tam skończyłam następne dwa w szkole na Abramowskiego. Było mi bardzo ciężko, bo wszystkie dzieci zgłaszały się do odpowiedzi, a ja nic nie umiałam. Jak żeśmy na wsi się uczyli, to nauczyciel powiesił mapę na tablicy i wybierał pierwszą lepszą dziewczynkę, czy umiała, czy nie umiała i kazał jej nas pilnować, a sam szedł kartofle hakać. A my w ten czas w gry jakie tylko żeśmy sobie grali, gonili się, w kotka i myszkę, i to, i tamto, lataliśmy. Jedna pilnowała, czy nauczyciel idzie, czy nauczyciel nie idzie, a jak nauczyciel szedł, tośmy wszystkie do ławek. Kiedy przychodził, pytał, jak poszła lekcja i my odpowiadaliśmy, że bardzo dobrze. Tak wyglądały lekcje. Potem jak pojechałam do Łodzi i geografii zaczęli uczyć, to skąd ja mogłam wiedzieć, gdzie co jest? Ja nic nie wiedziałam i dlatego przy mapie się popłakałam. Wychowawczyni się zdenerwowała i poszła po kierownika. On złapał mnie za szyję i mówi: „Czego płaczesz? Nie płacz, nie martw się. Ja ci nic nie zrobię”. Zaczął się mnie wypytywać, dlaczego nie potrafię geografii, czy się nie uczyłam, czy jak? Ja mu wszystko powiedziałam, jak co było. „No tak – mówi – co było od dziecka wymagać, jak dziecko się nie uczyło”. Wszystkie koleżanki, koledzy to chcieli z ławek powyskakiwać. W końcu mówi:„No dobrze, teraz się uspokój, nie denerwuj się, popatrz na mapę i pokaż mi, gdzie jest Morze Bałtyckie”. Wtedy ja zaczęłam płakać i powiedziałam, że nie wiem. W siódmej klasie ciężko zachorowałam i pół roku leżałam w szpitalu. Pan kierownik kazał mi się w tym czasie uczyć geografii, bo z innych przedmiotów szło mi bardzo dobrze. Najbardziej lubiłam matematykę i przyrodę, z której byłam pierwsza w klasie. Przez te pół roku jak do szkoły nie chodziłam, to poszłam do kwiaciarni, która była w podwórku, w którym mieszkałam. Właścicielka mnie wzięła i powiedziała: „Pomożesz mi i się nauczysz liczyć”. No i faktycznie się nauczyłam. Potem nie chcieli mnie do szkoły przyjąć. Mówili, że nie podołam i że przyjmą mnie do tej samej klasy za rok. Ale za rok wybuchła wojna i polskich dzieci już nie przyjmowali.

W szkole wszyscy ubieraliśmy się w to, co kto miał. Żadnych mundurków nie było. Najwięcej osób nosiło fartuszki – takie na szelkach z falbankami z boku. Wyjątkowo zdarzały się dziewczynki, które miały czarny fartuszek i biały kołnierzyk, wyjątkowo!

Przerwy w szkole trwały 15 minut. Wybiegaliśmy wszyscy na podwórko i żeśmy w piłkę grali, żeśmy rozmawiali sobie, krzyczeli. Po skończonych lekcjach każdy szedł do swojego domu, nie spotykaliśmy się. W niedzielę wszystkie dzieci ładnie się ubierały i na godzinę 9.00 szliśmy do szkółki niedzielnej, która znajdowała się w katedrze na Piotrkowskiej.

Kiedy zaczęła się wojna, to nas wysiedlili. Tam, gdzie mieszkaliśmy, była fabryka, ślusarnia, stolarnia. Zrobiono w tym miejscu koszary dla wojska i Polacy tam nie mogli mieszkać. I znów wyprowadziliśmy się na wieś. Na wsi jakiś czas byłam, a potem się ukrywałam po polach, po lasach, gdzie tylko… Do domu nie można było przyjść nawet na chwilkę. Jeśli by tak było, przyszliby i zabrali. Pewnego razu tak się stało. Wróciłam do domu i przyszli po mnie. Ciocia, siostra mojej mamy i mama błagały ich, żeby mnie puścili. Prosiły na wszystko, mama płakała. W pokoju była szafa, przy której stała maszyna, a za nią było otwarte okno, więc wyskoczyłam przez nie i uciekłam. Długi czas potem wujek mówił, że po prostu nie wierzył, że ja z taką łatwością przez płot przeskoczyłam. Niemiec potem latał po wsi i mnie szukał. Jakaś  dziewczyna szła niedaleko, myślał, że to ja, więc zaczął krzyczeć: „Stój, stój, stój!” Przestraszona stanęła, ale na szczęście ją wypuścił. Wściekał się, wariował, tacie przystawił broń do głowy, bo myślał, że on wie, gdzie ja poszłam, że nie chce mnie wydać. Cuda wyprawiał! Dwa razy uciekłam.

Pamiętam, że pewnego razu złapali osiemdziesiąt osób, wszystkich młodych i zamknęli w jednym pokoju. Staliśmy jeden obok drugiego – jak śledzie. Na szczęście jeden z kolegów zauważył wiszący na ścianie klucz. Okazało się, że pasuje do drzwi i żeśmy wszyscy uciekli. Niemcy strasznie się po tym wściekli, biegali po wsi, wrzeszczeli, szukali i niektórych wyłapali. Długo to nie trwało. Kiedy miałam 17 lat, złapali mnie i wywieźli do Niemiec. A było to tak: Przed wyjazdem dostałam 12 kart – wezwań, że mam się stawić, bo jak nie, to mnie czeka obóz koncentracyjny. A ja się ochotniczo nie stawiłam, tylko jeden pan przyjechał z Niemiec i po kryjomu mnie zabrał do Poznania. Tam mnie zameldował i zabrał ze sobą. Potem jeszcze kartki przychodziły, szukali mnie cały czas. Wreszcie tata powiedział, że jestem w Niemczech i tam mieszkam, i pracuję. Pokazał im wszystkie papiery, podał adresy i w końcu się odczepili. Mama bardzo płakała. Bała się, że w Niemczech zamordują, zabiją, bo tata powiedział im, gdzie ja jestem. Nie stało się tak – dali mi spokój i pracowałam aż do końca wojny.

Pracowałam w leśnej szkółce. Mieszkałyśmy w barakach, w każdym pokoju osiem dziewczyn. Zarabiałam 10 marek na miesiąc, ale jak tylko coś przewiniłam, na przykład 10 minut się spóźniłam, to całą pensję zabierali i grosza nie dali.
 

Jak było ciepło, to żeśmy drzewka siali, wyrywali, pakowali, wysyłali do Polski, Francji, gdzie tylko. Pakowane były po sto w jednej paczce. Mieliśmy takie wielkie, wysokie kosze i do nich wkładaliśmy flance. Leśna szkółka znajdowała się blisko lotniska i pewnego razu miało miejsce okropne zdarzenie. Pracowaliśmy spokojnie, aż tu nagle słychać alarm. Wszyscy zaczęli krzyczeć, vorarbeity kazali nam uciekać do lasu, bo będą bombardować. Boże, jak ciężko bombardowali, jak strasznie tłukli, to te kosze z tą flancą ino rozpieszkiwały się. Gdyby któraś z nas została, to by sieczka z niej była.

Zimą wysyłali nas do fabryk produkujących amunicję. Tam naszym zadaniem było czyszczenie pocisków i bomb. Do pracy dowozili nas pociągami, które były bardzo atakowane. Kiedyś jechaliśmy, a tu nagle alarm, już pociąg stoi wśród lasu. To jak zaczęli walić, zaczęli strzelać… Jednej koleżance odstrzelili ucho. Miała złote kolczyki, więc wszystkie pomagałyśmy jej szukać. Niestety, nie znalazłyśmy. Pamiętam, że ona była ze Złoczewa.

Kiedy pracowaliśmy w polu, to każdy z nas dostawał sześć kawałków chleba z margaryną. Były one takie cienkie, że mówiliśmy: „O, Warszawę widać!” To ta lagefererka pytała nas, co to jest Warszawa? Wytłumaczyłyśmy jej, że chleby są takie cienkie, że naszą stolicę widać. Powiedziała nam, że chętnie by nam dała więcej, ale ona też dla siebie dostaje przydział i nie ma skąd. Jak przyjechaliśmy o godzinie 4, to był obiad. Po talerzu zupy, a jak komuś było mało, to dostawał dolewkę. Ta zupa i 6 kawałków chleba musiało wystarczyć na cały dzień. Tylko tyle żeśmy mieli. Piekarzami byli dobrzy Niemcy, to nam sprzedawali na lewo. Wszyscy byli głodni i kradli, przeważnie kartofle, które gotowali. A tego robić nie było można, więc ukrywaliśmy się. Jeden kolega tych kartofli gdzieś ukradł i sobie gotował na strychu. Strażniczka po 9 przyszła sprawdzić, czy wszyscy są w sztubie i wyczuła zapach gotowanych ziemniaków. Janek Jarosz (tak się nazywał) przyznał się do złamania zakazu i zabrało go SS. To było pięć dni przed zakończeniem wojny, zamordowali go za parę kartofli pięć dni przed zakończeniem wojny. Spotkaliśmy strażniczkę po zakończeniu wojny – szła ulicą. Myślała, że jej nic nie zrobimy, myliła się. Chłopaki wzięli kije i zaczęli ją bić. Jak już była nieprzytomna, to jedna z dziewcząt podbiegła i ściągnęła jej zegarek z ręki – byliśmy na nią bardzo źli, nie powinna tego robić. Odeszliśmy kawałek dalej, ale chłopcom było mało. Znaleźli grube kije i poszli ją dobić. Kiedy dotarli na miejsce, okazało się, że ktoś ją zabrał, szukali wszędzie – bez skutku. Czy żyła, czy nie… Chyba nie, bo skatowana była okropnie.

Po wojnie spotkałam się tylko z kilkoma koleżankami, bo dużo pochodziło z Łodzi i Kutna. Z jedną spotykam się do dziś.

Męża poznałam w Niemczech. Ja pracowałam w leśnej szkółce, a on na stacji. Tam też został ranny i odczuwał to przez całe życie. Był ranny w rękę i odłamek poszedł koło serca. Siostrzenica chciała go zoperować, ale nie pozwolił. Dokuczało mu to jednak coraz bardziej i umarł.

Wspomnienia spisała Maria Zakrzewska – prawnuczka.

Opowiadanie Pani Marianny Karbownik

Brak tagów

        Dnia 29 października odbyło się spotkanie z panem Jackiem Olejnikiem, kinooperatorem w kinie „Kultura” w Bełchatowie.


Po miłym przyjęciu w projektorni pan Jacek pokazał nam, jak przygotować salę kinową do seansu poprzez zmianę oświetlenia i rozsunięcie kurtyny. Następnie zobaczyłyśmy, jak montuje się stare filmy. Pan przewinął taśmę filmową, aby można było poprawnie odtworzyć film na projektorze, a potem zademonstrował nam, jak ów film zmontować. Czynność ta wydała nam się wielce interesująca i absorbująca, więc postanowiłyśmy same spróbować ją wykonać. Zmontowany przez nas film wyświetliliśmy. Pan Jacek zaprezentował nam również profesjonalną projekcję filmu cyfrowego i zwyczajowe czynności wykonywane przed seansem.

Warsztaty te spodobały nam się tak bardzo, że postanowiłyśmy spotkać się z panem Jackiem ponownie, aby zapytać go o interesujące nas kwestie i znaleźć się jeszcze raz „za kulisami” kina.

Brak tagów

Jesteśmy grupą młodych historyków-amatorów pod nazwą Odkrywcy pamięci i od ubiegłego roku działamy przy Miejskim Centrum Kultury w Bełchatowie. Nasz zespół tworzą uczniowie gimnazjum, którzy wykazują zainteresowanie historią najnowszą i dziennikarstwem. Spotykamy się co tydzień, a naszym zadaniem jest gromadzenie opowieści dotyczących przeszłości miasta i okolic. Mamy możliwość doskonalenia warsztatu dziennikarskiego, uczymy się także archiwizować zebrany materiał.

W tym roku grupa przyłączyła się do ogólnopolskiego projektu pn. Opowiem Ci o wolnej Polsce. Jest on realizowany we współpracy z IPN, CEO i Muzeum Powstania Warszawskiego. Bardzo się z tego cieszymy, ponieważ oznacza to zgłębienie historii najnowszej poprzez osobisty kontakt ze świadkami historii. W ramach projektu będziemy mieli również okazję wziąć udział w warsztatach prowadzonych przez pracownika IPN.

22 listopada 2013 r. odbył się wieczór wspomnień Okruchy pamięci, podczas którego zaprezentowaliśmy fragmenty zgromadzonych już wywiadów i literatury wspomnieniowej. Całość dopełnił program słowno-muzyczny. Publiczność miała okazję wysłuchać recytacji poezji polskiej oraz piosenek inspirowanych wspomnieniami.

Brak tagów

sty/14

7

Witaj, świecie!

To jest pierwszy wpis na blogu. Jako nowy użytkownik WordPressa powinieneś przejść do swojego kokpitu, aby usunąć ten wpis i utworzyć nowy z własną treścią. Baw się dobrze!

Brak tagów

Szablon: devolux.nh2.me tłumaczenie: WordpressPL
css.php