Odkrywcy pamięci |

sty/14

7

Dzieciństwo i lata szkolne Pani Marianny Guz

Urodziłam się 9 listopada 1934 roku we wsi Liski koło Złoczewa. Mieszkałam tam do 25. roku  życia. Do szkoły chodziłam niedaleko od domu, do  następnej wsi Owieczki. Szkoła zajmowała trzy  małe budynki – jedno- i dwupokojowe, te jednoizbowe wynajmował gospodarz.

Szkoła była skromnie wyposażona – stół dla nauczyciela, ławki, w których siedzieliśmy po czworo, tablica i globus. Klas było siedem, potem trzeba było do miasta, jeśli ktoś chciał się dalej kształcić.

Nie mieliśmy w szkole żadnych kartkówek, było dyktando. W zeszytach zapisywaliśmy wszystko. Wierszy uczyliśmy się na pamięć. Do dziś pamiętam „Kto ty jesteś”… Nie było boiska, więc na przerwach graliśmy na piaszczystej drodze, nawet na lekcji gimnastyki też tam ćwiczyliśmy.

Do domu zadawali głównie z książek. Ja pracowałam jeszcze w polu, bo rodzice mieli gospodarstwo.  Rzucałam książki po przyjściu ze szkoły, obiad zjadłam i w pole. Do wieczora praca w polu, a dopiero po przyjściu braliśmy się na naukę.

Do szkoły poszłam po wojnie – zabrała mi dwa lata – miałam 10 lat i powinnam być wtedy w trzeciej klasie, ale z siostrą zaczęłam naukę pierwszej.

Moim ulubionym przedmiotem była geografia – wiadomości były ciekawe, bo nikt z nas przecież nigdzie nie jeździł, więc to mnie najbardziej interesowało.

Strój do szkoły był obojętny. Chodziliśmy w butach drewniakach, podeszwy były w drewniane, więc braliśmy końskie  gwoździe, żeby ślizgać się po drodze. Przeważnie bawiliśmy się w chowanego. Kiedy byłyśmy mniejsze, bawiłyśmy się z malutkimi siostrzyczkami albo się pilnowało te małe dzieci. Na polu robiłyśmy piłki z krowiej sierści. Albo fajerki z pieca na patyku braliśmy i z tym biegaliśmy po podwórku. Zimą jeździliśmy na łyżwach. Poleciałam kiedyś nad staw za podwórkiem. Poślizgnęłam się tak mocno, że poleciłam do tyłu. Lód popękał, uderzyłam głową, ale do wody nie wpadłam. Byłam wtedy sama.
Kiedy wybuchła wojna, byłam jeszcze mała. Tatuś i pozostali mężczyźni uciekli pod Warszawę. Pozostali też byli spakowani, ale ktos powiedział, że skoro mamy zginąć pod Warszawą, to lepiej we własnej wiosce. Cała wieś została. Nas było już wtedy pięcioro dzieci. Wszyscy płakali. Niedaleko nas, w Wieluniu i przez nasze podwórka jechały czołgi. Spalismy całą wioską w takich sklepach na ziemniaki, na dzień wychodziliśmy do domu i pracowaliśmy przy zwierzętach.

Pamiętam takie zdarzenie. Byłam w polu z braćmi. Patrol niemiecki przyszedł do nas, do domu. Trzech żołnierzy z karabinami, podeszli do okien i się patrzyli, czy ktoś jest, bo drzwi były zamknięte. Bracia kazali lecieć mi do domu, bo mama będzie się gniewała, że zostawiliśmy pusty dom. Pobiegłam, ale strasznie się bałam, krzyczałam i biegałam dookoła budynku. Jeden z żołnierzy mnie zawołał, przygarnął do siebie i dał mi dwa cukierki. Przyszła mama, zapytali ją o drogę i pojechali.

Wspomnienia spisała Weronika Łukaszewska – wnuczka

No tags

Na razie brak komentarzy.

Zostaw odpowiedź

*

CommentLuv badge

<<

>>

Szablon: devolux.nh2.me tłumaczenie: WordpressPL
css.php