Odkrywcy pamięci |

sty/14

7

Opowiadanie Pani Marianny Karbownik

Mam 87 lat. Do szkoły zaczęłam chodzić na wsi. Było nas w klasie 15 – 20 osób, chłopcy i dziewczynki uczyli się razem. Skończyłam tam cztery oddziały. Potem wyprowadziliśmy się do Łodzi i tam skończyłam następne dwa w szkole na Abramowskiego. Było mi bardzo ciężko, bo wszystkie dzieci zgłaszały się do odpowiedzi, a ja nic nie umiałam. Jak żeśmy na wsi się uczyli, to nauczyciel powiesił mapę na tablicy i wybierał pierwszą lepszą dziewczynkę, czy umiała, czy nie umiała i kazał jej nas pilnować, a sam szedł kartofle hakać. A my w ten czas w gry jakie tylko żeśmy sobie grali, gonili się, w kotka i myszkę, i to, i tamto, lataliśmy. Jedna pilnowała, czy nauczyciel idzie, czy nauczyciel nie idzie, a jak nauczyciel szedł, tośmy wszystkie do ławek. Kiedy przychodził, pytał, jak poszła lekcja i my odpowiadaliśmy, że bardzo dobrze. Tak wyglądały lekcje. Potem jak pojechałam do Łodzi i geografii zaczęli uczyć, to skąd ja mogłam wiedzieć, gdzie co jest? Ja nic nie wiedziałam i dlatego przy mapie się popłakałam. Wychowawczyni się zdenerwowała i poszła po kierownika. On złapał mnie za szyję i mówi: „Czego płaczesz? Nie płacz, nie martw się. Ja ci nic nie zrobię”. Zaczął się mnie wypytywać, dlaczego nie potrafię geografii, czy się nie uczyłam, czy jak? Ja mu wszystko powiedziałam, jak co było. „No tak – mówi – co było od dziecka wymagać, jak dziecko się nie uczyło”. Wszystkie koleżanki, koledzy to chcieli z ławek powyskakiwać. W końcu mówi:„No dobrze, teraz się uspokój, nie denerwuj się, popatrz na mapę i pokaż mi, gdzie jest Morze Bałtyckie”. Wtedy ja zaczęłam płakać i powiedziałam, że nie wiem. W siódmej klasie ciężko zachorowałam i pół roku leżałam w szpitalu. Pan kierownik kazał mi się w tym czasie uczyć geografii, bo z innych przedmiotów szło mi bardzo dobrze. Najbardziej lubiłam matematykę i przyrodę, z której byłam pierwsza w klasie. Przez te pół roku jak do szkoły nie chodziłam, to poszłam do kwiaciarni, która była w podwórku, w którym mieszkałam. Właścicielka mnie wzięła i powiedziała: „Pomożesz mi i się nauczysz liczyć”. No i faktycznie się nauczyłam. Potem nie chcieli mnie do szkoły przyjąć. Mówili, że nie podołam i że przyjmą mnie do tej samej klasy za rok. Ale za rok wybuchła wojna i polskich dzieci już nie przyjmowali.

W szkole wszyscy ubieraliśmy się w to, co kto miał. Żadnych mundurków nie było. Najwięcej osób nosiło fartuszki – takie na szelkach z falbankami z boku. Wyjątkowo zdarzały się dziewczynki, które miały czarny fartuszek i biały kołnierzyk, wyjątkowo!

Przerwy w szkole trwały 15 minut. Wybiegaliśmy wszyscy na podwórko i żeśmy w piłkę grali, żeśmy rozmawiali sobie, krzyczeli. Po skończonych lekcjach każdy szedł do swojego domu, nie spotykaliśmy się. W niedzielę wszystkie dzieci ładnie się ubierały i na godzinę 9.00 szliśmy do szkółki niedzielnej, która znajdowała się w katedrze na Piotrkowskiej.

Kiedy zaczęła się wojna, to nas wysiedlili. Tam, gdzie mieszkaliśmy, była fabryka, ślusarnia, stolarnia. Zrobiono w tym miejscu koszary dla wojska i Polacy tam nie mogli mieszkać. I znów wyprowadziliśmy się na wieś. Na wsi jakiś czas byłam, a potem się ukrywałam po polach, po lasach, gdzie tylko… Do domu nie można było przyjść nawet na chwilkę. Jeśli by tak było, przyszliby i zabrali. Pewnego razu tak się stało. Wróciłam do domu i przyszli po mnie. Ciocia, siostra mojej mamy i mama błagały ich, żeby mnie puścili. Prosiły na wszystko, mama płakała. W pokoju była szafa, przy której stała maszyna, a za nią było otwarte okno, więc wyskoczyłam przez nie i uciekłam. Długi czas potem wujek mówił, że po prostu nie wierzył, że ja z taką łatwością przez płot przeskoczyłam. Niemiec potem latał po wsi i mnie szukał. Jakaś  dziewczyna szła niedaleko, myślał, że to ja, więc zaczął krzyczeć: „Stój, stój, stój!” Przestraszona stanęła, ale na szczęście ją wypuścił. Wściekał się, wariował, tacie przystawił broń do głowy, bo myślał, że on wie, gdzie ja poszłam, że nie chce mnie wydać. Cuda wyprawiał! Dwa razy uciekłam.

Pamiętam, że pewnego razu złapali osiemdziesiąt osób, wszystkich młodych i zamknęli w jednym pokoju. Staliśmy jeden obok drugiego – jak śledzie. Na szczęście jeden z kolegów zauważył wiszący na ścianie klucz. Okazało się, że pasuje do drzwi i żeśmy wszyscy uciekli. Niemcy strasznie się po tym wściekli, biegali po wsi, wrzeszczeli, szukali i niektórych wyłapali. Długo to nie trwało. Kiedy miałam 17 lat, złapali mnie i wywieźli do Niemiec. A było to tak: Przed wyjazdem dostałam 12 kart – wezwań, że mam się stawić, bo jak nie, to mnie czeka obóz koncentracyjny. A ja się ochotniczo nie stawiłam, tylko jeden pan przyjechał z Niemiec i po kryjomu mnie zabrał do Poznania. Tam mnie zameldował i zabrał ze sobą. Potem jeszcze kartki przychodziły, szukali mnie cały czas. Wreszcie tata powiedział, że jestem w Niemczech i tam mieszkam, i pracuję. Pokazał im wszystkie papiery, podał adresy i w końcu się odczepili. Mama bardzo płakała. Bała się, że w Niemczech zamordują, zabiją, bo tata powiedział im, gdzie ja jestem. Nie stało się tak – dali mi spokój i pracowałam aż do końca wojny.

Pracowałam w leśnej szkółce. Mieszkałyśmy w barakach, w każdym pokoju osiem dziewczyn. Zarabiałam 10 marek na miesiąc, ale jak tylko coś przewiniłam, na przykład 10 minut się spóźniłam, to całą pensję zabierali i grosza nie dali.
 

Jak było ciepło, to żeśmy drzewka siali, wyrywali, pakowali, wysyłali do Polski, Francji, gdzie tylko. Pakowane były po sto w jednej paczce. Mieliśmy takie wielkie, wysokie kosze i do nich wkładaliśmy flance. Leśna szkółka znajdowała się blisko lotniska i pewnego razu miało miejsce okropne zdarzenie. Pracowaliśmy spokojnie, aż tu nagle słychać alarm. Wszyscy zaczęli krzyczeć, vorarbeity kazali nam uciekać do lasu, bo będą bombardować. Boże, jak ciężko bombardowali, jak strasznie tłukli, to te kosze z tą flancą ino rozpieszkiwały się. Gdyby któraś z nas została, to by sieczka z niej była.

Zimą wysyłali nas do fabryk produkujących amunicję. Tam naszym zadaniem było czyszczenie pocisków i bomb. Do pracy dowozili nas pociągami, które były bardzo atakowane. Kiedyś jechaliśmy, a tu nagle alarm, już pociąg stoi wśród lasu. To jak zaczęli walić, zaczęli strzelać… Jednej koleżance odstrzelili ucho. Miała złote kolczyki, więc wszystkie pomagałyśmy jej szukać. Niestety, nie znalazłyśmy. Pamiętam, że ona była ze Złoczewa.

Kiedy pracowaliśmy w polu, to każdy z nas dostawał sześć kawałków chleba z margaryną. Były one takie cienkie, że mówiliśmy: „O, Warszawę widać!” To ta lagefererka pytała nas, co to jest Warszawa? Wytłumaczyłyśmy jej, że chleby są takie cienkie, że naszą stolicę widać. Powiedziała nam, że chętnie by nam dała więcej, ale ona też dla siebie dostaje przydział i nie ma skąd. Jak przyjechaliśmy o godzinie 4, to był obiad. Po talerzu zupy, a jak komuś było mało, to dostawał dolewkę. Ta zupa i 6 kawałków chleba musiało wystarczyć na cały dzień. Tylko tyle żeśmy mieli. Piekarzami byli dobrzy Niemcy, to nam sprzedawali na lewo. Wszyscy byli głodni i kradli, przeważnie kartofle, które gotowali. A tego robić nie było można, więc ukrywaliśmy się. Jeden kolega tych kartofli gdzieś ukradł i sobie gotował na strychu. Strażniczka po 9 przyszła sprawdzić, czy wszyscy są w sztubie i wyczuła zapach gotowanych ziemniaków. Janek Jarosz (tak się nazywał) przyznał się do złamania zakazu i zabrało go SS. To było pięć dni przed zakończeniem wojny, zamordowali go za parę kartofli pięć dni przed zakończeniem wojny. Spotkaliśmy strażniczkę po zakończeniu wojny – szła ulicą. Myślała, że jej nic nie zrobimy, myliła się. Chłopaki wzięli kije i zaczęli ją bić. Jak już była nieprzytomna, to jedna z dziewcząt podbiegła i ściągnęła jej zegarek z ręki – byliśmy na nią bardzo źli, nie powinna tego robić. Odeszliśmy kawałek dalej, ale chłopcom było mało. Znaleźli grube kije i poszli ją dobić. Kiedy dotarli na miejsce, okazało się, że ktoś ją zabrał, szukali wszędzie – bez skutku. Czy żyła, czy nie… Chyba nie, bo skatowana była okropnie.

Po wojnie spotkałam się tylko z kilkoma koleżankami, bo dużo pochodziło z Łodzi i Kutna. Z jedną spotykam się do dziś.

Męża poznałam w Niemczech. Ja pracowałam w leśnej szkółce, a on na stacji. Tam też został ranny i odczuwał to przez całe życie. Był ranny w rękę i odłamek poszedł koło serca. Siostrzenica chciała go zoperować, ale nie pozwolił. Dokuczało mu to jednak coraz bardziej i umarł.

Wspomnienia spisała Maria Zakrzewska – prawnuczka.

Opowiadanie Pani Marianny Karbownik

No tags

Na razie brak komentarzy.

Zostaw odpowiedź

*

CommentLuv badge

<<

>>

Szablon: devolux.nh2.me tłumaczenie: WordpressPL
css.php