Odkrywcy pamięci |

sty/14

7

Wspomnienia Pani Wandy Garstki (z domu Pająk)

W 1950 roku skończyłam siedem lat i poszłam do szkoły w Roździnie. Pamiętam, że była ona drewniana i podzielano jakby na pół – z jednej strony mieszkał nauczyciel (miał dwa pokoje z kuchnią), a z drugiej strony znajdowała się wielka sala – uczyły się tam cztery klasy, gdyż nauczyciel był tylko jeden. Dwie klasy do południa – pierwsza i druga, trzecia i czwarta klasa przychodziła do szkoły po południu. Moją pierwszą  nauczycielką była pani Maria Krzyż. Na wojnie straciła ona męża, syn został bez obydwu nóg, a córka – Alfreda, miała niedowład jednej nogi. Woziliśmy czasami tego syna na byle jakim wózku po boisku szkolnym. Robili to przeważnie chłopcy, bo dziewczynki to… normalne że słabe.


Droga do szkoły zajmowała mi  ponad pół godziny. Najgorzej było jak padał deszcz albo śnieg. Na ramieniu nosiłam torbą uszytą z jakiejś tam tkaniny, przecież nie było wtedy tornistrów. Do Raździna chodziłam do czwartej klasy, natomiast od piątej chodziłam cztery kilometry do szkoły w Parznie.

Uczniowie byli bardzo zdyscyplinowani i nie mieli ochoty na głupoty. Czasami jednak zdarzała się jakaś śmieszna sytuacja.  Raz, kiedy po przerwie koleżanka na lekcje nie wróciła, musieliśmy zacząć jej szukać. Okazało się, że ukryła się przed nami na najwyższej topoli i dopiero po jakimś czasie się do nas odezwała. Działo się to w Parznie. Ta koleżanka nazywała się Pelka Ślęzakówna – już nie żyje. Wszyscy to pamiętamy. Wychowawcą naszym był wtedy Pan Banaszkiewicz.

W szkole wymagany był fartuszek z ciemnogranatowej satynowej podszewki  z okrągłym kołnierzykiem. Na poniedziałkowych apelach to nawet panie nauczycielki musiały zakładać specjalne fartuszki. Te nauczycielskie były jednak ładniejsze – lepiej uszyte, miały większy dekolt i duży kołnierz. Kiedy  fartuszek został do prania w domu, to musiała mama napisać oświadczenie, że faktycznie tak jest.

Uczniowie musieli dyżurować. Zwykle te funkcje sprawowali chłopiec i dziewczynka. Chłopcy musieli gdzieś tam pajęczynę omiatać, dziewczynki podlewać kwiaty, pilnować porządku na przerwach.

Najbardziej lubiłam język polski, do tej pory ja pamiętam wszystkie wiersze i opowiadania. Drugim ulubionym przedmiotem była historia. Przestałam ją jednak lubić, gdy zaczęły się wyłaniać te wszystkie partie. Tego już nie rozumiałam i miłość do tego przedmiotu się skończyła.

Na pracach ręcznych robiliśmy na drutach, haftowaliśmy, wyszywaliśmy. Nawet czasami na maszynie uczyła nas pani szyć, ale maszyna była tylko jedna, stara i nie wszyscy się do niej dostali.

Najfajniejszym nauczycielem był Pan Gadecki, który uczył mnie w Roździnie wszystkich przedmiotów. On  już nie żyje. Jak poszłam do szkoły w Parznie, to on też tam przeszedł na kierownika szkoły i znowu mnie uczył, ale już nie wszystkich przedmiotów. Wspaniały nauczyciel!  W Parznie jeszcze moją ulubioną nauczycielką była Pani Wanda Cichorz, która uczyła mnie  języka polskiego. Spotkałam się z nią po sześćdziesięciu  prawie latach spotkałam się i ją poznałam! Teraz też z nią nie tak dawno rozmawiałam i mówi do mnie:  „Moja ty Wanduniu, ty moja dziewczynko, jak mi miło, że ty mnie zawsze poznajesz!” Mieszka                   w Piotrkowie.

Nauczyciele  organizowali nam również wycieczki. Na pierwszą pojechaliśmy      w szóstej lub siódmej klasie. Pamiętam, że jechaliśmy samochodem ciężarowym, na którego naczepie były ławki. Pan Banaszkiewicz i Pan Gadecki siedzieli z nami na tej budzie i pilnowali, żebyśmy nie powypadali. To była wycieczka do Oświęcimia, Ojcowai Krakowa. Były jeszcze inne wycieczki. Sołtysi wyznaczali tzw. podwozy – wozami zaprzężonymi końmi jechaliśmy do Kluk na przedstawienia, do kina objazdowego. Podczas drogi tak my śpiewali, że aż się te lasy rozlegały. Wyśpiewywaliśmy co się dało –  i kościelne pieśni i patriotyczne.

Pierwszą sympatię miałam w szóstej klasie. Zakochałam się w nim, ale on chyba i we mnie. Trwało to tylko rok, bo on chodził do siódmej  klasy i skończył naukę. Nazywał się Kaziu Rogaliński, ładny był i śpiewał, na akordeonie grał. Ojej!

Z rówieśnikami bardzo często graliśmy w piłkę i w dwa ognie. Na pracach ręcznych to żeśmy robili na drutach, haftowanie, wyszywanie, no różne takie podstawowe rzeczy, nawet czasami na maszynie uczyła nas pani szyć, ale maszyna była tylko jedna, stara i nie wszyscy się do niej dostali

W domu było nas dwoje – ja i mój młodszy brat Kazik. On był bardzo dobrym dzieckiem, ja byłam nawet gorsza od niego. Mnie jednak więcej ojciec tolerował, bo się  w szkole dobrze uczyłam, brat natomiast nie uczył się zbyt dobrze. Co by się nie stało, to była zawsze jego wina.

Miałam liczne obowiązki domowe – krowy paść na pastwisku, czasami nawet ziemniaki obrać, ugotować jako taki obiad, podłogę drewnianą wyszorować. Nie zawsze robiłam to wszystko, bo trzeba było się uczyć.
Z Ciszy  wyjechałam mając 19 lat do znajdującej się 200 km dalej wioski Przeworno – za Wrocławiem.  To była  raczej taka osada, bo tam był urząd gminy, ośrodek zdrowia, poczta dworzec kolejowy, gminna spółdzielnia, gdzie właśnie dostałam pracę. Bardzo tęskniłam za domem, ale nie mogłam wracać, bo bałam się, że znowu spotka mnie bieda. W pobliskim Wrocławiu skończyłam zaocznie technikum ekonomiczne. Z nagrodą! Nie było łatwo, bo  miałam wtedy już troje dzieci.

Mojego męża – Mariana, poznałam w Przewornie. Mieszkał tam z rodziną, ponieważ zostali przesiedleni ze Lwowa. Dla mnie słowo Ukraina jest nie do przyjęcia! Wszyscy przesiedleni na zachód uważali, że to jest Polska i słowo Ukraina nie przeszło im przez gardło. To była Polska, nasza Polska, ze Lwowem – kolebką kultury. We Lwowie byliśmy kilka razy i wydaje mi się, że znam go lepiej niż Warszawę. Jeździliśmy przeważnie na wakacje – na dwa, trzy tygodnie i spacerowaliśmy po całym mieście. Najlepiej pamiętam piękną katedrę, do której wtedy tylko raz w tygodniu przyjeżdżał ksiądz z Kijowa i odprawiał mszę świętą. To były lata siedemdziesiąte, wielki komunizm. Przypominam też sobie pomnik Mickiewicza, za nim piękny park, Teatr Wielki, w którym mój teść był kierownikiem jakiegoś działu. W pamięci utkwił też Cmentarz Orląt Lwowskich, cmentarz na Łyczakowie, przepiękny kościół św. Elżbiety – dwuwieżowy, z czerwonej cegły, cerkiew św. Jerzego – nazywana we Lwowie cerkwią Jury. Nie pamiętam więcej, ale mam to wszystko tak w głowie poukładane, że choćbym teraz pojechała, to bym w te miejsca trafiła.

Muszę jeszcze wspomnieć o jednym wydarzeniu – w 1953 roku zmarł wielki nasz sąsiad Stalin i my, jako takie małe dziecioczki, w klasie musieliśmy stać na baczność pod jego portretem, przez który była przewieszona czarna wstęga i musieliśmy mówić: „Umarł Stalin, ale żyje w sercach naszych!”.  Nasz nauczyciel  stał i  pilnował czy się tam któreś za bardzo nie kręci, bo chłopaczyska to się  śmiali.

Uważam, że moje dzieciństwo było bardzo szczęśliwe. Może materialnie była  bida – czasami nawet chleba w domu nie było, ale dzieci były wtedy upragnione, kochane, bardzo szczęśliwe. 
Wspomnienia spisała Alicja Matusiak – wnuczka

No tags

Na razie brak komentarzy.

Zostaw odpowiedź

*

CommentLuv badge

<<

>>

Szablon: devolux.nh2.me tłumaczenie: WordpressPL
css.php