Odkrywcy pamięci |

Program

  • Opowiem ci o wolnej Polsce

Szkoła

  • Publiczne Gimnazjum nr 1 z Oddziałami Integracyjnymi im. Szarych Szeregów, Bełchatów
  • Uczeń

Odwiedziny

  • Stronę odwiedzono: 4210 razy

Informuj o wpisach


Kategoria wspomnienia

Urodziłam się 9 listopada 1934 roku we wsi Liski koło Złoczewa. Mieszkałam tam do 25. roku  życia. Do szkoły chodziłam niedaleko od domu, do  następnej wsi Owieczki. Szkoła zajmowała trzy  małe budynki – jedno- i dwupokojowe, te jednoizbowe wynajmował gospodarz.

Szkoła była skromnie wyposażona – stół dla nauczyciela, ławki, w których siedzieliśmy po czworo, tablica i globus. Klas było siedem, potem trzeba było do miasta, jeśli ktoś chciał się dalej kształcić.

Nie mieliśmy w szkole żadnych kartkówek, było dyktando. W zeszytach zapisywaliśmy wszystko. Wierszy uczyliśmy się na pamięć. Do dziś pamiętam „Kto ty jesteś”… Nie było boiska, więc na przerwach graliśmy na piaszczystej drodze, nawet na lekcji gimnastyki też tam ćwiczyliśmy.

Do domu zadawali głównie z książek. Ja pracowałam jeszcze w polu, bo rodzice mieli gospodarstwo.  Rzucałam książki po przyjściu ze szkoły, obiad zjadłam i w pole. Do wieczora praca w polu, a dopiero po przyjściu braliśmy się na naukę.

Do szkoły poszłam po wojnie – zabrała mi dwa lata – miałam 10 lat i powinnam być wtedy w trzeciej klasie, ale z siostrą zaczęłam naukę pierwszej.

Moim ulubionym przedmiotem była geografia – wiadomości były ciekawe, bo nikt z nas przecież nigdzie nie jeździł, więc to mnie najbardziej interesowało.

Strój do szkoły był obojętny. Chodziliśmy w butach drewniakach, podeszwy były w drewniane, więc braliśmy końskie  gwoździe, żeby ślizgać się po drodze. Przeważnie bawiliśmy się w chowanego. Kiedy byłyśmy mniejsze, bawiłyśmy się z malutkimi siostrzyczkami albo się pilnowało te małe dzieci. Na polu robiłyśmy piłki z krowiej sierści. Albo fajerki z pieca na patyku braliśmy i z tym biegaliśmy po podwórku. Zimą jeździliśmy na łyżwach. Poleciałam kiedyś nad staw za podwórkiem. Poślizgnęłam się tak mocno, że poleciłam do tyłu. Lód popękał, uderzyłam głową, ale do wody nie wpadłam. Byłam wtedy sama.
Kiedy wybuchła wojna, byłam jeszcze mała. Tatuś i pozostali mężczyźni uciekli pod Warszawę. Pozostali też byli spakowani, ale ktos powiedział, że skoro mamy zginąć pod Warszawą, to lepiej we własnej wiosce. Cała wieś została. Nas było już wtedy pięcioro dzieci. Wszyscy płakali. Niedaleko nas, w Wieluniu i przez nasze podwórka jechały czołgi. Spalismy całą wioską w takich sklepach na ziemniaki, na dzień wychodziliśmy do domu i pracowaliśmy przy zwierzętach.

Pamiętam takie zdarzenie. Byłam w polu z braćmi. Patrol niemiecki przyszedł do nas, do domu. Trzech żołnierzy z karabinami, podeszli do okien i się patrzyli, czy ktoś jest, bo drzwi były zamknięte. Bracia kazali lecieć mi do domu, bo mama będzie się gniewała, że zostawiliśmy pusty dom. Pobiegłam, ale strasznie się bałam, krzyczałam i biegałam dookoła budynku. Jeden z żołnierzy mnie zawołał, przygarnął do siebie i dał mi dwa cukierki. Przyszła mama, zapytali ją o drogę i pojechali.

Wspomnienia spisała Weronika Łukaszewska – wnuczka

Brak tagów

W 1950 roku skończyłam siedem lat i poszłam do szkoły w Roździnie. Pamiętam, że była ona drewniana i podzielano jakby na pół – z jednej strony mieszkał nauczyciel (miał dwa pokoje z kuchnią), a z drugiej strony znajdowała się wielka sala – uczyły się tam cztery klasy, gdyż nauczyciel był tylko jeden. Dwie klasy do południa – pierwsza i druga, trzecia i czwarta klasa przychodziła do szkoły po południu. Moją pierwszą  nauczycielką była pani Maria Krzyż. Na wojnie straciła ona męża, syn został bez obydwu nóg, a córka – Alfreda, miała niedowład jednej nogi. Woziliśmy czasami tego syna na byle jakim wózku po boisku szkolnym. Robili to przeważnie chłopcy, bo dziewczynki to… normalne że słabe.


Droga do szkoły zajmowała mi  ponad pół godziny. Najgorzej było jak padał deszcz albo śnieg. Na ramieniu nosiłam torbą uszytą z jakiejś tam tkaniny, przecież nie było wtedy tornistrów. Do Raździna chodziłam do czwartej klasy, natomiast od piątej chodziłam cztery kilometry do szkoły w Parznie.

Uczniowie byli bardzo zdyscyplinowani i nie mieli ochoty na głupoty. Czasami jednak zdarzała się jakaś śmieszna sytuacja.  Raz, kiedy po przerwie koleżanka na lekcje nie wróciła, musieliśmy zacząć jej szukać. Okazało się, że ukryła się przed nami na najwyższej topoli i dopiero po jakimś czasie się do nas odezwała. Działo się to w Parznie. Ta koleżanka nazywała się Pelka Ślęzakówna – już nie żyje. Wszyscy to pamiętamy. Wychowawcą naszym był wtedy Pan Banaszkiewicz.

W szkole wymagany był fartuszek z ciemnogranatowej satynowej podszewki  z okrągłym kołnierzykiem. Na poniedziałkowych apelach to nawet panie nauczycielki musiały zakładać specjalne fartuszki. Te nauczycielskie były jednak ładniejsze – lepiej uszyte, miały większy dekolt i duży kołnierz. Kiedy  fartuszek został do prania w domu, to musiała mama napisać oświadczenie, że faktycznie tak jest.

Uczniowie musieli dyżurować. Zwykle te funkcje sprawowali chłopiec i dziewczynka. Chłopcy musieli gdzieś tam pajęczynę omiatać, dziewczynki podlewać kwiaty, pilnować porządku na przerwach.

Najbardziej lubiłam język polski, do tej pory ja pamiętam wszystkie wiersze i opowiadania. Drugim ulubionym przedmiotem była historia. Przestałam ją jednak lubić, gdy zaczęły się wyłaniać te wszystkie partie. Tego już nie rozumiałam i miłość do tego przedmiotu się skończyła.

Na pracach ręcznych robiliśmy na drutach, haftowaliśmy, wyszywaliśmy. Nawet czasami na maszynie uczyła nas pani szyć, ale maszyna była tylko jedna, stara i nie wszyscy się do niej dostali.

Najfajniejszym nauczycielem był Pan Gadecki, który uczył mnie w Roździnie wszystkich przedmiotów. On  już nie żyje. Jak poszłam do szkoły w Parznie, to on też tam przeszedł na kierownika szkoły i znowu mnie uczył, ale już nie wszystkich przedmiotów. Wspaniały nauczyciel!  W Parznie jeszcze moją ulubioną nauczycielką była Pani Wanda Cichorz, która uczyła mnie  języka polskiego. Spotkałam się z nią po sześćdziesięciu  prawie latach spotkałam się i ją poznałam! Teraz też z nią nie tak dawno rozmawiałam i mówi do mnie:  „Moja ty Wanduniu, ty moja dziewczynko, jak mi miło, że ty mnie zawsze poznajesz!” Mieszka                   w Piotrkowie.

Nauczyciele  organizowali nam również wycieczki. Na pierwszą pojechaliśmy      w szóstej lub siódmej klasie. Pamiętam, że jechaliśmy samochodem ciężarowym, na którego naczepie były ławki. Pan Banaszkiewicz i Pan Gadecki siedzieli z nami na tej budzie i pilnowali, żebyśmy nie powypadali. To była wycieczka do Oświęcimia, Ojcowai Krakowa. Były jeszcze inne wycieczki. Sołtysi wyznaczali tzw. podwozy – wozami zaprzężonymi końmi jechaliśmy do Kluk na przedstawienia, do kina objazdowego. Podczas drogi tak my śpiewali, że aż się te lasy rozlegały. Wyśpiewywaliśmy co się dało –  i kościelne pieśni i patriotyczne.

Pierwszą sympatię miałam w szóstej klasie. Zakochałam się w nim, ale on chyba i we mnie. Trwało to tylko rok, bo on chodził do siódmej  klasy i skończył naukę. Nazywał się Kaziu Rogaliński, ładny był i śpiewał, na akordeonie grał. Ojej!

Z rówieśnikami bardzo często graliśmy w piłkę i w dwa ognie. Na pracach ręcznych to żeśmy robili na drutach, haftowanie, wyszywanie, no różne takie podstawowe rzeczy, nawet czasami na maszynie uczyła nas pani szyć, ale maszyna była tylko jedna, stara i nie wszyscy się do niej dostali

W domu było nas dwoje – ja i mój młodszy brat Kazik. On był bardzo dobrym dzieckiem, ja byłam nawet gorsza od niego. Mnie jednak więcej ojciec tolerował, bo się  w szkole dobrze uczyłam, brat natomiast nie uczył się zbyt dobrze. Co by się nie stało, to była zawsze jego wina.

Miałam liczne obowiązki domowe – krowy paść na pastwisku, czasami nawet ziemniaki obrać, ugotować jako taki obiad, podłogę drewnianą wyszorować. Nie zawsze robiłam to wszystko, bo trzeba było się uczyć.
Z Ciszy  wyjechałam mając 19 lat do znajdującej się 200 km dalej wioski Przeworno – za Wrocławiem.  To była  raczej taka osada, bo tam był urząd gminy, ośrodek zdrowia, poczta dworzec kolejowy, gminna spółdzielnia, gdzie właśnie dostałam pracę. Bardzo tęskniłam za domem, ale nie mogłam wracać, bo bałam się, że znowu spotka mnie bieda. W pobliskim Wrocławiu skończyłam zaocznie technikum ekonomiczne. Z nagrodą! Nie było łatwo, bo  miałam wtedy już troje dzieci.

Mojego męża – Mariana, poznałam w Przewornie. Mieszkał tam z rodziną, ponieważ zostali przesiedleni ze Lwowa. Dla mnie słowo Ukraina jest nie do przyjęcia! Wszyscy przesiedleni na zachód uważali, że to jest Polska i słowo Ukraina nie przeszło im przez gardło. To była Polska, nasza Polska, ze Lwowem – kolebką kultury. We Lwowie byliśmy kilka razy i wydaje mi się, że znam go lepiej niż Warszawę. Jeździliśmy przeważnie na wakacje – na dwa, trzy tygodnie i spacerowaliśmy po całym mieście. Najlepiej pamiętam piękną katedrę, do której wtedy tylko raz w tygodniu przyjeżdżał ksiądz z Kijowa i odprawiał mszę świętą. To były lata siedemdziesiąte, wielki komunizm. Przypominam też sobie pomnik Mickiewicza, za nim piękny park, Teatr Wielki, w którym mój teść był kierownikiem jakiegoś działu. W pamięci utkwił też Cmentarz Orląt Lwowskich, cmentarz na Łyczakowie, przepiękny kościół św. Elżbiety – dwuwieżowy, z czerwonej cegły, cerkiew św. Jerzego – nazywana we Lwowie cerkwią Jury. Nie pamiętam więcej, ale mam to wszystko tak w głowie poukładane, że choćbym teraz pojechała, to bym w te miejsca trafiła.

Muszę jeszcze wspomnieć o jednym wydarzeniu – w 1953 roku zmarł wielki nasz sąsiad Stalin i my, jako takie małe dziecioczki, w klasie musieliśmy stać na baczność pod jego portretem, przez który była przewieszona czarna wstęga i musieliśmy mówić: „Umarł Stalin, ale żyje w sercach naszych!”.  Nasz nauczyciel  stał i  pilnował czy się tam któreś za bardzo nie kręci, bo chłopaczyska to się  śmiali.

Uważam, że moje dzieciństwo było bardzo szczęśliwe. Może materialnie była  bida – czasami nawet chleba w domu nie było, ale dzieci były wtedy upragnione, kochane, bardzo szczęśliwe. 
Wspomnienia spisała Alicja Matusiak – wnuczka

Brak tagów

Moją decyzję o rozpoczęciu działalności w „Solidarności” przyspieszyła  wizyta Jana Pawła II. Polska się przebudziła, ludzie zaczęli rozumieć swoją niewolę i swój beznadziejny stan. Ja również zorientowałem się, że to, co się dzieje, nie jest tym, czym być powinno. Polska się przebudziła. Były różne dyskusje w gronie ludzi w pracy. Każdy się zastanawiał, czy można coś zmienić. Wcześniej powstała już grupa inteligencji, która nazywała się Komitet Obrony Robotników. Powstała ona po wydarzeniach w Radomiu. Wznowili oni działalność. Powstały wolne związki zawodowe, które udzielały się poza PZPR-em, poza partią. No i się przyłączyłem – ja i wielu innych jeszcze ludzi – do wolnych związków zawodowych. Miałem kontakt bezpośredni w Katowicach z Włodzimierzem Świtoniem, Knasiem Stanisławem w Gdańsku, później dołączyłem do Andrzeja Gwiazdy     i Anny Walentynowicz. I tak to się zaczęło. Potem już rozpoczęliśmy działalność, kiedy po strajku w stoczni gdańskiej powołano właśnie wolny związek zawodowy (wtedy jeszcze się nie nazywał „Solidarność”, ale zaczął już działać; później, po podpisaniu przez Wałęsę   i Jagielskiego porozumienia przyjęliśmy nazwę „Solidarność”). Poszło.

            Związek działał przez rok, ale partia, podpisując porozumienie, wiedziała już, że go nie dotrzyma. Z chwilą podpisania porozumienia rozpoczęły się już działania, które miały „Solidarność” zniszczyć. I tak to trwało… przepychanki… przez rok. 13 grudnia Jaruzelski ogłosił stan wojenny w porozumieniu z Biurem Politycznym Komitetu Centralnego PZPR-u. A skoro był to atak na Solidarność, a jeżeli tak, to również na naród, na Polskę, więc trzeba było stanąć czynnie w obronie związku.
            Przywódcy pouciekali, ci którzy powinni byli wtedy stanąć w obronie związku. My zostaliśmy – ten „drugi garnitur”, jak się to nazywało i 13 grudnia już zorganizowałem spotkanie podziemne, pierwsze w Bełchatowie, w kaplicy – w obecnym kościele św. Stanisława. Ksiądz Aleksander Łęgowski mi pomógł, otworzył kościół (wtedy jeszcze ten kościół był budowany). No i zebrało się prawie 50 ludzi. Odbyło się pierwsze zebranie „Solidarności”, powstała struktura podziemna, powstała wtedy gazeta – biuletyn „Solidarność wojenna”, której byłem redaktorem. Powstała grupa, która zajęła się pomocą dla rodzin internowanych, których było w Bełchatowie trzy. I tak zaczęła się działalność podziemna. Działaliśmy do kwietnia 1982 roku, a później na wskutek działalności szpiclów, czyli tak zwanych „tajnych współpracowników SB”, wyłapali nas. Była sprawa, zostaliśmy osądzeni    i do więzienia.
            Pobyt w więzieniu tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że wystąpiłem w dobrych zawodach. Gdyby nie więzienie, to nie miałbym tej świadomości, że „Solidarność” to była jednak sprawa całego narodu i o tym należy pamiętać. Przyszłe pokolenia to muszą też rozumieć i wrócić do spraw „Solidarności”, do programu „Solidarności”, oczywiście tej pierwszej – z 80 roku, bo to, co było później, po Okrągłym Stole, to już tylko nazwa została, a idea „Solidarności” została zaprzepaszczona przez pana Wałęsę i jego grupę. Dogadali się z komunistami, podzielili się władzą  i do dzisiaj tę władzę sprawują.
            Z perspektywy czasu uważam, że było warto działać. Mimo że chwilowe trudności przychodziły, że ci, którzy wtedy walczyli najbardziej, są bez pracy i muszą w śmietnikach wybierać jedzenie, a ci, którzy nic nie robili, dzisiaj są bohaterami i mają wysokie stanowiska. Ale mimo wszystko, warto było i gdyby kiedykolwiek miałaby się ta sprawa powtórzyć, to zrobiłbym tak samo.

Wspomnienia spisała Dominika Wyczachowska – wnuczka

Brak tagów

Mam osiemdziesiąt lat, więc nie pamiętam już wszystkiego. Skończyłam trzy lub cztery klasy. Do szkoły chodziłam w Osinach. To jest niedaleko Chabielic. Droga do szkoły nie zajmowała mi dużo czasu, bo miałam do niej ok. kilometra. To było zwyczajne mieszkanie, takie większe, gdzie stały ławki i tam się uczyliśmy wszyscy na raz. Dopiero potem wybudowali prawdziwą szkołę. Obok nie było boiska tylko dość duże podwórko i tam uczniowie latali.


Najpierw nie było tak jak teraz. Chodziliśmy w trepach, a zimą można było do nich przymocować łyżwy. Zdarzało się, że trepy pękały i nie raz dostawało się za to lanie. Nie było wtedy tylu spodni i rajtuz, żeby się ubrać tak jak teraz, każdy zakładał to, co mógł – okrywało się wełnianą zapaseczką i dobrze było.

Po szkole wpierw to nas się zeszło  i my latali w tę i we w tę , i takie różnie gry my grali – zaklepanki. A zimą to, wie Pani, co my robili? Bo w piecach palili, nie?… Tośmy się poschodzili, a najwięcej było u nas schodów. To położyli my się popaprani, myśmy ciekali po tych mieszkaniach. (śmiech) Rany Boskie! Co się robiło tam! A teraz tego nie ma… Już wszystko… Telewizory, komputery… A wpierw to co było? To tego nie było. No a później to po zabawach się latało. Zabawy były w jednej wsi, w drugiej wiosce. Na trzecią wieś to myśmy się pozbierali grupami i szli my. Z powrotem znowu to przez las. To co? Się człowiek bał.

Według mnie młodzież wtedy miała lepiej. Teraz każdy siedzi przy komputerze i Internecie. Wtedy nie było takich rzeczy, więc biegaliśmy z kolegami!… Koło domu były różne małe kryjówki, w których się chowaliśmy i różne, różne rzeczy wyrabialiśmy!
Do szkoły chodziłam z przerwami. My byliśmy w Niemczech. Zostaliśmy wywiezieni, a potem Ruscy weszli. I tam kiedy przyjechaliśmy, to nie było dużo szkoły. To już tak jak po przełamie było – chodził, nie chodził do szkoły. Tak to było. Wtedy to była taka „wielka ciemnota”… Teraz małe dzieci wiedzą, skąd się biorą dzieci. A my wołaliśmy: „Bocianie, przynieś dziecko, przynieś!”. A kiedy już przyszło, to mama mówi, że było tak umorzone, tak ubrudzone, że trzeba było je kąpać. A teraz takie małe to już wie, skąd się dzieci biorą.

Tak, wtedy jak dziecko było małe, to nikt nie wychodził z nim na dwór. Najpierw musiało być ono ochrzczone, a przy jego głowie musiał różaniec leżeć. Teraz to się rodzi i już wyprowadzają, ubierają. Patrz Pani, jaka to była wtedy ciemnota! Tak człowiek się po prostu rozwija. Tylko że wesoło wtedy było. Chodzili pod krzyż, było cieplutko, rozmawialiśmy sobie, a czasami nawet biliśmy.

Miałam dwa latka kiedy umarł mój ojciec – nie pamiętam go. Mama musiała sama pracować, to jej się pomagało. Miałam dwóch braci, jeden już nie żyje (miał 39 lat, kiedy umarł), a drugi mieszka w Bielsku. Bardzo lubiłam się z nimi bawić. Ten drugi kiedy zaczął pracować, to nam pomagał. Wtedy nie było tak łatwo, trzeba było robić w gospodarce. Trzeba było za konia odrobić, więc było ciężko. Kiedy wyszłam za mąż, to musiałam żyto pozbierać, każdy snopek postawić, nawóz podać i w stodole znów podać. Teraz mają ludzie dobrze.

Brak tagów

sty/14

7

Wspomnienia Pani Otylii

Do szkoły zaczęłam uczęszczać w 1941 roku. Skończyłam siedem klas podstawówki, bo rodziców nie było stać, żeby posłać mnie dalej. Przez dwa lata chodziłam do szkoły w Podjeziorach, pięć następnych spędziłam w Ruszczynie. Dawniej nie było tak jak teraz – w jednej sali uczyły się dwie klasy. Pierwsza i druga razem. Pamiętam, że było nas trzydzieścioro troje.

Mieszkałam na wsi i moja droga do szkoły wiodła przez pola i lasy. Musiałam wychodzić z domu godzinę wcześniej, gdyż do przejścia miałam 5 km.

Nauczycieli mieliśmy bardzo dobrych, lubiłam ich wszystkich i dlatego starałam się osiągać jak najlepsze wyniki w nauce. Muszę powiedzieć, że nieźle mi szło. To się zmieniło w siódmej klasie – zaczęłam dostawać czwórki i tróje, bo zmienili się nam nauczyciele i tych już nie lubiłam. Moją ulubioną lekcją była historia, lubiłam też matematykę. Najgorzej szło mi z chemii – miałam tróję, bo jej nie lubiłam.

W pamięci utkwiła mi wychowawczyni z piątej klasy – pani Teresa Piekarska. Była bardzo fajną i miłą babką. Miała odpowiednie podejście do młodzieży i umiała żyć.

Do szkoły każdy ubierał się w to, co miał, nie było tak jak teraz. Musieliśmy nosić granatowe fartuszki i białe kołnierzyki -  to był strój szkolny. Nie było kolczyków, pierścionków, broszeczek. Żadnych ozdób nie wolno było nosić!

Przerwy pomiędzy lekcjami spędzaliśmy na podwórku – w piłkę żeśmy grali, jak to dzieciaki. Pamiętam, że miałam takie warkocze. Kiedy jeden chłopiec złapał za te warkocze, trzymał je, a inni mówili „wio”. Ja, jak go trzepnęłam tak, że wpadliśmy do ganku i wybiliśmy szybę. Potem była draka, uciekliśmy na podwórko  i odbył się nad nam sąd koleżeński. Dziewczyny szły za mną, chłopcy szli za nim, no i koniec końcem wyszło na to, że musieliśmy po trzy złote za szyby zapłacić. Dzisiaj to jest nic, ale kiedyś rodzicie nie mieli pieniędzy,  na wsi to było różnie. Pamiętam, że mamusię okłamałam, że potrzebuję na książki… No i te trzy złote mi dali. A Tadeusz długi czas nie przynosił tych pieniędzy, bo się bał w domu powiedzieć, a miał ojca nauczyciela, który wprowadził w domu rygor. W końcu inny nauczyciel się tym zajął, wysłał kogoś do niego, no i ojciec się dowiedział i Tadek dostał lanie. Ale trzy złote przyniósł. Mnie uszło na sucho.

Po przyjściu ze szkoły musiałam pomagać w gospodarstwie – zajmowałam się przepędzaniem krów z jednego pastwiska na drugie. Dopiero po pracy był czas na odrabianie lekcji i naukę. Czasami znajdowaliśmy chwilę na zabawę. Wtedy grałyśmy w klasy. Rysowałyśmy kratki, kółka i skakałyśmy. Grałyśmy też w piłkę, w palanta. Po drzewach się skakało…

Pamiętam również swoją pierwszą sympatię. Był to jednak bardziej kolega niż chłopak. Po szkole rzadko się spotykaliśmy.  Mieliśmy inne zajęcia -  pasaliśmy krowy, owce, pilnowałyśmy gospodarstwa. To nie było tak jak dzisiaj, że macie wolny czas, możecie pójść do kina czy na dyskotekę.

Brak tagów

Szablon: devolux.nh2.me tłumaczenie: WordpressPL
css.php