Wywiad z Panem Władysławem Wolańczykiem

Wywiad z Panem Władysławem Wolańczykiem.
- Mamy przyjemność przedstawić Wam pana Władysława Wolańczyka, opowie nam teraz jak on widział wojnę. W jakich okolicznościach zastała pana wojna?
- Byłem dzień przed wybuchem wojny w Starzowie na obozie harcerskim. Wróciłem do Narola. Przespałem się i już była wojna. Nigdy nie myślałem, że w takich okolicznościach będę zaczynał wojnę. Za jakieś parę dni przyszli do nas Niemcy, trzeba było uciekać. To nie była taka prosta sprawa.
- Gdzie była wtedy pańska rodzina?
- Moja rodzina była wtedy w Narolu. Brat Piotr był na wojnie w armii generała Maczka.
- Czy był Pan powołany do wojska?
- Nie, nie byłem, bo byłem za młody.
-Jak Pan zapamiętał działalność partyzantów w naszej okolicy?
- Partyzanci byli jak już miałem 20 lat. Partyzantka w 1943 roku. Mój brat był dowódcą w Narolu – Wolańczyk Jan został zamordowany na Majdanku w Lublinie, nad Bystrzycą. Także ja żołnierzem byłem musiałem nosić broń i amunicję i byłem już jako partyzant.
-Czy zginęli jacyś Pana bliscy?
- Właśnie mój brat zginął, jak miał 38 lat. Mój brat był dowódcą tu w Narolu i miał u siebie ulotki do Ukraińców i do Niemców. Niemcy to znaleźli i najpierw wywieźli nas do Zamościa, do obozu. Jego wieźli do Lublina i w 1944 roku 27 stycznia rozstrzelali go w Lublinie.
- Co było najtrudniejsze w czasie wojny, czego najbardziej brakowało?
-Wszystkiego, i jedzenia , i ubrania, nikt tam nic nie miał. Niemcy wszystko pozabierali. Także bieda była .Ludzie chodzili po polach i wykopywali kartofle, które jakiś bogacze posadzili. Ludzie mieli zboże na żarnach i z tego robili kluski, albo jedli perz, suszyli go potem go na ziarnach męli, nie wiem jak to nazwać. Ani to mąka, ani … takie rozlazłe. Wy byście nawet na to nie chcieli patrzeć, a ludzie to jedli.
- Jakie rozrywki mieli ludzie w tym okropnym wojennym czasie?
- Co to znaczy rozrywka ? Jakie rozrywki? To była bieda. Wy nie rozumiecie tego.
- Jak wyglądał Narol, co tam się działo, jak Pan go pamięta, wspomina?
- Pamiętam Narol, jak się palił. Nie pamiętam daty, bo to już mi się gubi to wszystko. To już jest 90 lat, do dziewięćdziesiątki liczyć jest ciężko. Jak ja to pamiętam? Od czego tu zacząć. W każdym razie gdy Niemcy tutaj do nas przyszli, to ludzie się bali wszystkiego. Oni się nie ,,patrzyli’’, kazali nam czapki zdejmować i mówić ,, dzień dobry’’. Jak ktoś koło Niemca szedł i nie powiedział ,, Guten Morgen’’, to dostał w twarz. Potem Niemcy spalili Narol. Wszystkich nas połapali, postawili pod Polski Dom. Bo tutaj wojsko polskie zabiło generała niemieckiego i oni mówili, że to cywile, a nie wojsko. Był taki doktor Giffer w Polskim Domu w Narolu, rannych żołnierzy niemieckich i polskich leczył. Miał córkę, Olka się nazywała i ona też pomagała, tam w tym niby szpitalu polowym. Gdy Niemcy zaczęli palić Narol, a tych ludzi pod karabiny postawili, to ten doktor tłumaczył po niemiecku, że to nie ludzie, to nie cywile tylko wojsko zabiło ich generała. No i tych ludzi nie rozstrzelali tylko wyprowadzili przed PGR, ( przedtem był Hrabiny Korytowskiej ). Kiedyś było tam bagno. Kazali nam położyć się i czekać. Nikogo nie zastrzelili. Później przez Zagrody przyszedłem do domu. Później w 1943 roku zabrali nas do obozu podczas pacyfikacji Narola. Zabrali wszystkich chłopów do Zamościa ( parę zostało). Trzymali nas w obozie. Ja tam byłem, nie pamiętam już, czy miesiąc, czy dwa. Z Zamościa przewieźli nas do Lublina, na Krochmalne. Krochmalne to było taki przejściowy Majdanek, stamtąd mówili, nam, że idziemy do Oświęcimia, ale jednak nie. Wywieźli nas do niemieckiego obozu Halle. Chyba trzy tygodnie tam byłem. Później wywieźli nas do obozu do Lipska, a potem aż pod francuską granicę. I tam dali do bauera u niego pracowałem dwadzieścia dwa miesiące. Przyszli Amerykanie. Każdy mógł jechać gdzie chciał. Ja naszykowałem do Polski.

Wywiad z Panem Mieczysławem Hawryliszynem

Pan Mieczysław HawryliszynZdięcie udostępnione przez Pana Hawryliszyna Zdięcie udostępnione przez Pana Hawryliszyna Zdięcie udostępnione przez Pana Hawryliszyna Zdięcie udostępnione przez Pana Hawryliszyna Zdięcie udostępnione przez Pana Hawryliszyna Zdięcie udostępnione przez Pana Hawryliszyna A: Mamy przyjemność przedstawić Pana Mieczysława Hawryliszyna wieloletniego dyrektora i nauczyciela Szkoły Podstawowej w Łówczy oraz autorem książki ,,Łówcza wczoraj i dziś’, która ukazała się w 2012r.
O: Proszę nam opowiedzieć o swojej rodzinie, skąd pan pochodzi i czym zajmowali się Pana rodzice.
P: Pochodzę z Rudy Różanieckiej, pochodzę z rodziny wielodzietnej. Było nas siedmioro, rodzice: Jerzy i Katarzyna. Ojciec był najpierw gajowym u Barona Batmana w Rudzie Różanieckiej a potem był stróżem w tartaku. Matka była zwykłą gospodynią.
A: W jaki sposób Pana rodzina brała udział w działaniach wojennych?
P: Mówiąc prawdę, to w działaniach wojennych oficjalnie nikt nie brał udziału tylko w latach 1943-44 siostry moje uczestniczyły w ruchu oporu były sanitariuszkami w Armii Krajowej do czasu wyzwolenia i w 1945r. Zostały oficjalnie rozliczone ze swojej działalności okupacyjnej.
O: W jakich okolicznościach zastała Pana II wojna światowa.
P: 1939 rok, to był moment, kiedy dość duże zagrożenie było ze strony Niemiec. To była z ich strony duża propaganda, wielkie uzbrojenie, a Polacy nie liczyli się z siłą Niemiec. Było dużo propagandy, dużo ,,gadania’’, ale mało działań , w związku z tym doszło do momentu, kiedy radio wtedy rzadko spotykane na wsi, ale było. W świetlicy wiejskiej było ciągle głoszone jacy jesteśmy silni, odważni, pewni siebie, ale niestety przyszedł 1 września, moment kiedy to Niemcy bez oficjalnego ogłoszenia rozpoczęli wojnę z Polską, wtargnęli na teren Polski. No i takie pierwsze symptomy tej wojny ujawniły się na naszym terenie gdzieś w końcu pierwszej dziesiątki września. Spadły pierwsze bomby między innymi w Płazowie na krzyżówce tej drogi Ruda-Płazów-Narol. Ja byłem chłopcem, który ukończył piątą klasę szkoły podstawowej, oczywiście było to groźne, radio wtedy głosiło, że trzeba budować schrony i pamiętam, że taki schron ojciec wybudował na podwórzu. Tak naprawdę to nie był żaden schron. To był wykopany dół, przykryty deskami i gdzieś tam ziemią, miał zabezpieczyć nas przed bombami. Bomba, gdyby spadła na to, to nic by z tego nie zostało. Wtedy, kiedy następowało bombardowanie głoszono, żeby się chować, więc ja się schowałem do schronu i tak byłem zaintrygowany tym wydarzeniem, że aż w końcu leżałem i leżałem. Tak już byłem zmęczony siedzeniem i aż w końcu usnąłem. Przespałem ten moment, kiedy samoloty latały.
A: Jak Pan zapamiętał działalność partyzantów w naszej okolicy ?
P: To trochę pamiętam. Okres działalności partyzantki, szczególnie tu w Rudzie Różanieckiej wywarł swoje piętno na ruchu partyzanckim na naszym terenie. W latach 43-44 ten ruch partyzancki się mocno wzmógł w celu obrony przed bombami UPA. Ponieważ bandy UPA na wschodzie w 43 roku niesamowicie mordowały, między innymi Wołyń, o którym się dzisiaj bardzo dużo mówi. Ruda Różaniecka stała się takim bastionem, w którym się ludzie gromadzili. ( Ci, którzy w 43 roku doznali już zagrożenia ze strony UPA). Na przykład taka miejscowość Rudka, która 19 kwietnia została zlikwidowana przez bandy UPA, wtedy ten ruch się umocnił, zaczęły organizować się większe oddziały. Coraz więcej przystępowało do Armii Krajowej, członków nowych. Rozpoczął się okres, kiedy w Rudzie Różanieckiej gromadzili się ludzie uciekający z Cieszanowa , który był w 44 roku spalony. Ze strony Armii Krajowej zostały przesłane oddziały, które miały pomóc bronić się przed bandami UPA. Działalność ich miała charakter nie tylko obronny, ale też dywersyjny, to znaczy przeszkadzanie Niemcom w transporcie ,np. na trasie kolejowej Susiec- Bełżec. Niektóre miejscowości były bardzo często odwiedzane przez partyzantów a szczególnie te, w których mieszkali ludzie podejrzani o współpracę z Niemcami. Niemcy w 44 roku przygotowali akcję, która miała na celu zlikwidować ruch partyzancki. Ponieważ rejon Rudy Różanieckiej ( w ogóle Roztocza) jest rejonem mocno zalesionym, więc gromadziły się oddziały partyzantów przeróżnych grup : Armia Krajowa, Bataliony Chłopskie, partyzantka sowiecka też miała tu swoje miejsce. W 44 roku nastąpiło przygotowanie likwidacji partyzantki. W okresie od lutego, kiedy to partyzantka sowiecka wkroczyła do Rudy Różanieckiej (dwie doby stacjonowali w Rudzie Różanieckiej ), Niemców nie było wcale. Gdzie byli ci Niemcy ? Byli na wschodzie w walkach ze Związkiem Radzieckim, bo chcieli jak najdalej pójść na wschód, ale im się nie udało. W 43 roku nastąpił przełom nad Wołgą w Stalingradzie i wtedy nastąpił odwrót Niemców. Niemcy się cofali, ale jeszcze chcieli tu zrobić czystkę i właśnie to było w czerwcu w Rudzie Różanieckiej. 18 czerwca wkroczyli w celu likwidacji partyzantki. Pamiętam wybieraliśmy się do kościoła. Kościoła w Rudzie jeszcze nie było , tylko była taka świetlica , którą w 40 roku Niemcy wybudowali. Nazywała się Słomianka. Dlaczego słomianka? To była po prostu taka szopa obita z zewnątrz deskami, wszystko było pokryte słomą. Obecnie jest tam kościół. Gdy Niemcy wkroczyli do wsi, mieszkańcy uciekali do lasu, między innymi ja poszedłem do lasu. Moje siostry były sanitariuszkami w Armii Krajowej, więc ja z nimi zabrnąłem do lasu i przebywałem pewnie w tym lesie około dwóch tygodni. Początkowo przemieszczaliśmy się w kierunku wschodnim. W nocy z niedzieli na poniedziałek wędrowaliśmy prawie od wieczora do rana, aż w końcu dowództwo podjęło decyzję, ze musimy się kryć na własną rękę. Szukaliśmy tego sposobu na ukrycie. Starsza siostra była krawcową, szyła bardzo dużo odzieży dla partyzantów i znała dowódcę w Rudzie (był to Michalewicz). Dzięki temu mieliśmy szansę na przebywanie wokół tego dowództwa. Ja ponieważ byłem bratem, więc się też przy nich „przykręciłem”. Od niedzieli do środy kopaliśmy bunkry nad Tanwią. We wtorek dowódca Hanys podjął decyzję , że tu wszyscy nie możemy być zgrupowani , bo jak znajdą jednych, to będą szukać i wszystkich nas tu wybiją. Musimy gdzie indziej szukać schronienia. Część miała zostać nad Tanwią, a część iść w inne miejsce. Ja z moimi siostrami przeszliśmy na inny teren, bliżej Rudy Różanieckiej. Grupowaliśmy się dwójkami, moje dwie siostry razem, Hanys ze swoim szwagrem , i ja z kolegą Białozurskiego szwagra Hanysa we dwóch. Każdy z nas miał sobie wykopać schrony, a nie mieliśmy żadnych narzędzi, tylko ręce. Ponieważ trafiliśmy na teren piaszczysty, więc rękoma w marynarkach nosiliśmy tą ziemię, maskowaliśmy w miejscach takich, żeby nie było widać, że wysypywana jest ziemia. Wieczorem we wtorek zjawił się jeszcze jeden mój sąsiad z Rudy Różanieckiej Kowalski Roman, który jak Niemcy wkroczyli w niedzielę, skrył się w klocach w tartaku. Niemcy go w tych klocach jednak złapali i wieźli go do Tomaszowa. W Narolu ruch partyzancki dowiedział się, że jego biorą, a ponieważ należał on do partyzantki , więc go tam uwolnili. On nie wracał już do Rudy do rodziców, tylko do lasu i w lesie spotkał nas. My z kolegą przyjęliśmy go do tego schronu i tak we trzech przez trzy doby leżeliśmy w tym schowku. A ktoś powie jak żyliśmy, czym? Mieliście obiady ? Oczywiście, że mieliśmy. Naszym obiadem i kolacją była garść cukru, którą otrzymałem od siostry. W sobotę kiedy wyszliśmy, powoli zaczęliśmy się zbliżać do Rudy Różanieckiej, ale do Rudy nie mogliśmy dojść, bo była okrążona wojskiem. Dotarliśmy do Maziarni. Tam otrzymaliśmy kilka ziemniaków, wanienkę cynkowaną i to była nasza pierwsza zupa w obiad zrobiona w lesie bez tłuszczu, soli, tylko była woda i ziemniaki. Po takim jedzeniu i kilku dniach, kiedy nic nie jedliśmy byliśmy osłabieni, więc pousypialiśmy. Od tego miejsca gdzie zrobiliśmy to ognisko , były niedaleko schrony, partyzanckie schowki, magazyny. Partyzantka chowała różnego rodzaju towary. Niemcom ktoś przekazał o tym wiadomość i znaleźli te magazyny.
O:Czy zginęli jacyś Pana bliscy w czasie wojny?
P: Z rodziny nikt nie zginął, ale zginął mój nauczyciel Kazimierz Sroka, który mnie uczył w klasie czwartej i piątej przed wojną. Był podporucznikiem w wojsku, później w partyzantce był w dowództwie. Zginął nad Tanwią, tam gdzie wykopaliśmy te schrony, od zasypania się bunkru, w którym się znajdował.
O:Co było najtrudniejsze w czasie wojny ?
To , że nie było żywności, pracy i wciąż było zagrożenie wysiedlenia. Ja w 42 r. mając 14 lat musiałem pójść do pracy do tartaku. Był taki przepis , że jeżeli w rodzinie było troje dzieci ,to jedno musiało zostać przy rodzicach, a dwoje musiało wyjechać do Niemiec do pracy. Z tego tytułu najstarsza siostra, ta która jeszcze żyje (ma 94 lat ) została w domu, ponieważ była krawcową , a ja z młodszą siostrą poszliśmy do pracy.
O: Czy istniały jakieś formy zabaw w tych trudnych czasach ?
P: Raczej nie.
A: Dziękujemy panu za rozmowę.

Już działamy

Nie gniewajcie się, że tak późno zaczynamy nasze wpisy, ale intensywnie pracujemy nad przygotowaniem wywiadów ze świadkami historii okresu II wojny światowej z naszej okolicy.
Zrobiłyśmy już rozeznanie i mamy potencjalnych rozmówców.
Kaśka rozdzieliła już zadania i w najbliższym czasie będziemy je realizować.
Wspólnie ustaliłyśmy, jakie pytania będziemy zadawać podczas naszych wywiadów.
Życzcie nam powodzenia :D