II

               Po śniadaniu sprzątnęłam naszą chatkę, uprałam i rozwiesiłam pranie, przyniosłam wody ze studni, napełniłam chrustem kocioł oraz wyrzuciłam obornik bydlętom. Gdy miałam się już płukać po niezbyt czystej pracy zauważyłam coś dziwnego. Przy studni obok stosu kamieni leżało małe zawiniątko. Z początku pomyślałam, że to podarunek dla kogoś z wioski, ale po krótkim namyśle wcześniej się upewniając czy nikt nie nachodzi zagarnęłam zawiniątko i udałam się do swojej chaty. Zamknęłam drzwi, by nikt mi nie przeszkadzał i odwinęłam karteczkę. Byłam zdziwiona tym co ujrzałam, ale zarazem ciekawa czy to jakaś poważna sprawa czy raczej wygłupy chłopaków. Na papierku napisane było: „ Zmierzch. Stary Dąb. Przyjdź sama”. Chodzić mogło tylko o jedno – spotkanie. Tylko w jakim celu i kto ma przyjść? Może faktycznie to była wiadomość dla kogoś z wioski, a ja pozbawiłam go wieści? Szybko zawinęłam więc zawiniątko i pospiesznie udałam się do studni, by odłożyć wiadomość na miejsce. Starałam się to zrobić dość niezauważalnie, by nie zdradzić się, że wiem może o miejscu czyjejś schadzki, po czym wróciłam z powrotem do chaty. Sofia dziergała coś przy kominku, najprawdopodobniej jakiś szal na zimę, gdyż nie stać nas na nowe rzeczy, a po za tym Sofia lubi takie rzeczy, jak to określiła kiedyś, to ją relaksuje i uspokaja więc mogłam udać się do swojej izby i odpocząć.

                Leżąc tak na łóżku nie mogłam odpędzić myśli od tej pozostawionej wiadomości, skoro miało to być wezwanie na schadzkę to czemu nie została ona przekazana ustnie nawet jeśli to nie właściwe to raczej lepiej przekazać ją przez kogoś zaufanego niż ryzykować zdradzenie siebie przez osoby, które znalazłyby ten liścik.  Tu musiało chodzić o coś innego. Tylko o co?  Istniało tylko jedne rozwiązanie, by się tego dowiedzieć.  Musiałam  iść tam sama i to sprawdzić.

                Już zmierzchało kiedy pod pretekstem zbiórki chrustu ruszyłam do lasu. Trochę się zdziwiłam, że Sofia nie zorientowała się, iż już dzisiaj zbierałam go przed południem, ale cóż w końcu kobieta ma swoje lata, a co za tym idzie pamięć już nie jest, aż taka dobra jak kiedyś.

                Dokładnie znam ten las, a przynajmniej ten, który rozciąga się wzdłuż naszej wioski, a co za tym idzie wiem, gdzie rośnie Stary Dąb. Stare Dęby nie są często widziane w tych lasach, chociaż to mało powiedziane, ponieważ rośnie tu tylko jeden, którego historia jest naprawdę druzgocąca.  Z tego co wiem z opowieści Sofii jakieś czterdzieści lat temu ten las zamieszkiwali  wieśniacy, którzy mieli problem z panującym ówcześnie królem – Edmundem II. Ludność w akcie obrony skontaktowała się z samym Symeonem – potężnym czarnoksiężnikiem, demonem, którego wskrzesili do życia, by ten pomógł im rozprawić się z królem, który zamiast ich wspierać jak powinien każdy król oskarżył ich o coś czego nie zrobili. Był zaślepiony władzą oraz pyszny w stosunku do ludzi, którzy nie zaspakajali go złotem po tym jak wszystkich nisko urodzonych poddanych głównie samych wieśniaków zamieszkujących małe wioski obarczył za zrzeszenie się i atak na jego komnaty tudzież kradzież złota. Jednakże nie było to prawdą, ponieważ wieśniacy nie posiadali umiejętności rabusiów, co innego w większych wioskach, gdzie na każdym kroku można było zostać okradzionym, a przynajmniej tak mówiła mi Sofia. Król stał się przez to okrutny, ale również i podstępny, gdyż, aby nie wypaść w oczach możnowładców jako nieludzki pan dał mieszkańcom wiosek podlegającym Alianowi prawo do wyboru, albo co miesiąc oddawać mu będą po 20 denarów złota, co dla przeciętnego mieszkańca małej wioski oznaczało śmierć głodową, albo zawisną na stryczku. W ten sposób chciał ponownie wypełnić królewski skarbiec kosztownościami i w łatwy sposób, w krótkim czasie pozbyć się wieśniaków. Nie liczył się z tym, że zabiłby przez to jedną trzecią mieszkańców Zielonego Wybrzeża. Cieszyło go to, że w ten sposób jego poddanymi zostaliby mieszkańcy głównych pięciu wiosek, które były bardzo dobrze rozwinięte i miały wielkie predyspozycje do zostania ważnymi ośrodkami pieniężnymi króla  tudzież skarbcem dużego miasta – Alian – rodzimego miasta Edmunda II, w którym sprawował swe rządy, a jednocześnie pozbyłby się wieśniaków, którzy nie spełniali jego oczekiwań i w których to on musiał inwestować, dając pieniądze na ziarno czy też jak to ujął spełniać ich zachcianki, zamiast gdy to oni powinni inwestować w niego, tak jak to robią kolejno mieszkańcy Duranu, Fados, Sanos, Ursao i Rneo. Mieszkańcy w akcie obrony z pomocą jakiejś sekty odnieśli się do podziemia, a ich punktem łącznym były najstarsze, najpotężniejsze i najtwardsze drzewa w lesie – Stare Dęby. Gdy król Edmund II dowiedział się od swoich szpiegów, że wieśniacy zamiast się go bać spiskują przeciwko jego osobie, wygłosił rozkaz o ścięciu wszystkich dębów w obrębie 100 mil od królestwa. I tak też się stało, strażnicy i niewolnicy ścinali wszystkie dęby, na które się natknęli nawet te malutkie krzaczki, które wyrosły dopiero z ziemi, przyczyniając się do wykarczowanie prawie całego lasu, który dawał mieszkańcom opał na nadchodzącą zimę. Jednakże to nie powstrzymało mieszkańców. Znalazł się wśród nich dzielny młodzieniec, który swą męskością zawstydził nie jednego królewsko urodzonego mężczyznę, gdyż w chwili kiedy na jego wioskę najechali strażnicy, by wykonać rozkaz, bez żadnego wahania udał się do malutkiego jeszcze dąbku i dobrze go maskując zwiódł posłańców od wykonania rozkazu, a tym samym zapewnił możliwość sprowadzenia Symeona do pomocy. Kiedy egzekucje ustały owy mężczyzna udał się na dwór i osobiście zabił króla. Prawdopodobnie wstąpił w niego wezwany wcześniej duch czarnoksiężnika, który swą mocą pomógł mu pokonać złego władcę. Niestety czyniąc to również zginął, ponieważ kiedy uciekał przed strażnikami skrył się w ruinach za zamkiem, gdzie tam wydała go jakaś przypadkowa kobieta, które wracała wówczas z pola.  Straże brutalnie się z nim rozprawili. Obcięli mu nogi i ręce po czym poszarpanego powiesili przed bramą prowadzącą wprost do królestwa, by nadjeżdżający goście mogli podziwiać jak zabójca króla pokutuje za swój haniebny czyn. Dodatkowo miała być to przestroga dla wszystkich następców owego wieśniaka, którzy wpadliby na pomysł, by pójść w ślady swojego poprzednika. Na szczęście po śmierci króla wieśniacy odzyskali dawną wolność i zwolniono ich z płacenia danin w chwili, gdy zapanował kolejny król – król George I Wyrozumiały.  Ludność otrząsnęła się w końcu z tej tragedii i tylko Stary Dąb przypomina im teraz o tych ciężkich latach, który przetrwał do dziś i jest największym i najmasywniejszym obiektem w lesie, do którego właśnie zmierzam. 

I

 

            Niebo pociemniało, pozostawiając słabo widoczne światło w miejscu, gdzie powinno znajdować się teraz słońce. Przyroda zamarła. Odgłosy ucichły. Jestem tu tylko ja i ktoś jeszcze. Jakaś postać lub zwierze. Trudno stwierdzić jednoznacznie, lecz wiem, że ktoś tu jest i przygląda mi się teraz uważnie. Taksuje mnie kawałek po kawałku analizując przy tym każdą część mojego ciała na swój sposób. Nie drgnęłam, ani przez chwilę, zastygłam jak gorący wosk przelewany przez klucze w święto św. Andrzeja. Kiedy nagle stwór wyprostował się i zrobił krok w moją stronę. Spanikowałam. Odwróciłam się na pięcie i pędem pognałam przed siebie. Przedzierałam się przez krzewy raniąc przy tym swoje ciało o ich ciernie.  Potwór gonił mnie nieustannie. Czułam jak stawia kroki, jego oddech… Zauważyłam jaskinię. Nie mogłam przeoczyć takiej okazji, moje ramiona niemiłosiernie pulsowały od bólu, musiałam się schować. To była moja ostatnia deska ratunku. Cupnęłam za wielkimi kamieniami i kiedy myślałam, że już po wszystkim, stało się to czego najbardziej się obawiałam… Zaczęłam krzyczeć…

    – Aaaa..! – rozejrzałam się energicznie wkoło. – Uff.. – to był tylko zły sen. Obudziłam się w swojej izbie. Było dość ciemno co oznaczało, że obudziłam się w środku nocy . To był tylko zły sen, to był tylko zły sen.. powtarzałam w myślach, by wyrównać swój oddech. Instynktownie spojrzałam na ramiona, były zdrowe bez jakiegokolwiek zadrapania, ale sen wydawał się nadzwyczaj realistyczny. Byłam tam, stałam, uciekałam i… i.. i właściwie co? Pamiętam, że przed czymś uciekałam i skryłam się w jaskini i że widziałam to coś, ale nie pamiętam co. Amnezja. To nie możliwe, że tak szybko umknęła mi końcówka mojego snu. Dziwne, ale jestem tak zmęczona, że dalsze kontemplacje nie mają teraz jakiegokolwiek sensu, gdyż moje oczy wręcz same zamykają mi się do snu.

                Po paru minutach znowu odpłynęłam. Tym razem nie przyśniło mi się nic, co sprawiło, że reszta snu przemknęła mi w niecałe 10 min, chociaż spałam ponad 6 godz.

                Rozciągnęłam się ospale na łóżku i ziewając zsunęłam się na ziemię. Odsłoniłam zasłony i z uśmiechem przywitałam nowy dzień. Promienie słoneczne miło połechtały mnie po policzkach po czym w wyśmienitym nastroju udałam się do toalety.

                Po 30 min byłam już gotowa do codziennej pacy. Rodziców straciłam w wieku 3 lat więc odpowiedzialność za moje wychowanie przejęła moja ciotka – Sofia. Rodziców dokładnie nie pamiętam. Z tego co opowiadała mi moja cioteczka musieli ciężko pracować na to, by mnie wyżywić więc wyjechali do pracy poza granicę Eufros, gdzie mieli wypadek i zmarli. Przyznam trudno było mi się pogodzić z ich śmiercią, ale Sofia starała mi się to wszystko jakoś wynagrodzić. Stała się moją przyjaciółką, a nawet matką, którą straciłam w tak młodym wieku. Choć z początku nie odstępowała mnie, ani na krok co było bardzo uciążliwe to z czasem jak już dorastałam to się nieco zmieniło. Doszłam do wniosku, że może faktycznie Sofia uważa mnie za swoją córkę i dlatego jest, aż tak zanadto opiekuńcza. Stała się swojego rodzaju moim stróżem.     

    – Witaj Sofio. – zagadnęłam wchodząc do kuchni.

    – Dzień dobry dziecko. Jak ci się dzisiaj spało? – zapytała krzątając się po kuchni jak zawsze ciepłym, aksamitnym głosem, a ja usiadłam przy zastawionym już stole.

    – Cóż miałam zły sen, ale szybko o nim zapomniałam. – o dziwo to prawda. Pamiętam, że o czymś śniłam, ale nie pamiętam o czym. W głowie miałam chaos. Przypominałam sobie obrazy wyrwane z kontekstu, nie spójne, nie logiczne, chociaż nie.. jedyne co na pewno pamiętam to, to iż byłam w jaskini.

    – Mam nadzieję, że to nie był proroczy sen. – odparła mimo chodem co sprawiało, że do końca nie wiedziałam czy akurat żartuje czy mówi prawdę. Dość często tak się zachowywała, ale usprawiedliwiałam to jej wiekiem, w końcu to starsza kobieta z przeszłością, która w swoim życiu nie jedno już widziała.

    – Skądże na pewno nie. To tylko sen. Wytwór wyobraźni. – spojrzałam na jej zamyśloną twarz.

    – No dobrze, już dobrze. Jedz, żebyś miała dużo siły na dziś dzień, gdyż pracy nie mało. – ożywiła się nagle jakby chciała coś ukryć.

    – Sofio o nic się nie martw, dam sobie radę. – uśmiechnęłam się promiennie, gdyż od samego dzieciństwa przygotowywano mnie do pracy w polu i uporałam się już z bólami i obtarciami jakie towarzyszą każdemu wieśniakowi po ciężkiej pracy na roli. Nasza wioska jest dość mała, zaledwie kilka chat, chlewów, zagród chociaż otwarta jest na innych mieszkańców. Mieści się u podnóża gór Erthis znajdujących się na północnym – zachodzie Zielonego Wybrzeża, z których wycieka nasze jedyne pragnienie – strumyk, który doprowadza wodę do jedynej w Eufros studni. Ludzie zamieszkujący te tereny to zwykli wieśniacy, którzy ledwo utrzymują się z uprawy roli i hodowli trzody czy bydła. Nie wadzimy nikomu. Żyjemy życiem trudnym, ale własnym. Co prawda obawiamy się napaści grabieżnych, ale na szczęście jest ich nie wiele odkąd panuje król Darnus III.