Ciągle nowy patriotyzm na 11 listopada

ECS_T_F_0060 Janusz Balanda RydzewskiAutor: Aleksander Pawlicki

Kiedy przyjmujemy perspektywę patriotyczną wiele rzeczy widzimy ostrzej, wiele zaś zamazuje się. Bardziej oczywistą staje się na przykład wartość poświęcenia dla dobra wspólnego. Przeceniamy natomiast poziom konsensusu między rodakami, co do tego, czym jest polskość i jak ją najlepiej wyrazić.

Kiedy więc w szkole rozpoczyna się rozmowa o świętowaniu narodowych rocznic, to rozmowę tę utrudnia w pierwszym rzędzie skłonność każdego z uczestników do mówienia w imieniu wszystkich bez mała Polaków, czyli uogólnianie swojego punktu widzenia. Ta naturalna skłonność bardziej, niż kiedy indziej bywa zawadą dla otwartej komunikacji, wtedy właśnie, gdy mówimy o patriotyzmie. Tu bowiem każdy sprzeciw zdaje się uderzać w pożądaną jedność wspólnoty, traktuje się go wręcz jak obrazę lub odstępstwo.

Lepiej byłoby zatem o polskości mówić we własnym imieniu, a gdy się ma wychowawcze obowiązki skoncentrować się wpierw na potrzebach młodych ludzi, których szkole powierzono. Ów zwrot ku potrzebom młodych wypływa nie tylko z istoty tego, czym jest szkoła, ale także z istoty narodowej tożsamości. Słusznie bowiem powiada się, że „egzystencja narodu to codzienny, nieustający plebiscyt” (Ernest Renan). Oznacza to nieustanną pracę pamięci i zapominania, nieustanną zmianę tego, co składa się na narodową tożsamość. Zawartość tego skarbca odmienia się zwolna, ale nieuchronnie, mimo lamentu tych, którzy chcieliby ustalić nienaruszalny kanon.

Jeżeli szkoła, choćby i mimowolnie, uniemożliwi taki świadomy wybór tradycji, to zmieni się po prostu miejsce jego dokonywania, a szkoła pozostanie zarastającym starorzeczem. Oto wyzwanie, przed którym stoją dyrektor lub dyrektorka szkoły, nauczyciele i nauczycielki, rodzice oraz wszyscy inni dorośli, którzy świętują w szkole i ze szkołą „rzeczy narodowe”. Mamy pomóc dzieciom i młodzieży wybierać tradycję – nie tyle mamy ją zaszczepiać, co raczej inicjować wybór w warunkach sprzyjających przemyślanym decyzjom .

Próchno i monopol

Pokusa, aby owe wyzwanie zlekceważyć jest silna. Rytuały mają nadzwyczajną trwałość – nawet, gdy całkiem wyzbyte są treści, gdy są już tylko wydrążonymi pniami, ciągle łudzą obserwatora. Lepiej zatem nic nie ruszać? Gdyby stuknąć mocniej w doroczny scenariusz obchodów Święta Niepodłegłości wysypałoby się próchno… Straszne pytania „jak zatem mamy uczcić rocznicę?” oraz „czy nie uchybimy robiąc inaczej?” sprawiają jednak, że martwe formy trwają, nawet jeżeli przez dzieci i młodzież traktowane są w najlepszym wypadku ze zdystansowaną uprzejmością, a w najgorszym zbywane wzruszeniem ramion i sarkastycznym komentarzem. W konsekwencji 3 Maja czy 11 Listopada to w szkołach najczęściej daty wielkich porażek w plebiscycie, jakim jest narodowa egzystencja. Kto nie wierzy, niech z ewangeliczną zasadą „po owocach ich poznacie” w pamięci, zerknie na udział absolwentów naszych szkół w życiu obywatelskim. Szkoła nasza nie wychowuje patriotów, choć usilnie próbuje.

Świadomość tego, że patriotyzmów mamy wiele, że wzory pokoleniowe i rodzinne mają ograniczoną wartość, że dla miłości ojczyzny najbardziej zabójcza jest próba jej zmonopolizowania, świadomość tego wszystkiego jest dziwnie krucha, a przecież dawna. Niech nas zatem w szkolnych murach nie opuszcza mądrość płynąca z przestrogi sformułowanej przez Józefa Szujskiego, krakowskiego konserwatystę, w odległym zdawałoby się roku 1877. „Tak (…) powstawało każde anarchiczne rozdwojenie w społeczeństwie. Każdy inicjator anarchiczny twierdził, że naród upada na duchu, zapiera się swojej przeszłości, przestaje wierzyć w swoją przyszłość. Każdy mówił, że oprócz jego rozumu nie ma rozumu, co by myślał nad dolą narodu i serca, co by nad nim bolało. Każdy czynił się jedynym uprawnionym sukcesorem tych, co cierpieli i poświęcali się, a z grobów mu zaprzeczyć nie mogli. Każdy potrzebował cienia, aby świecił; obłędów, aby był nieomylny, zdrady ojczyzny, aby był patriotą. Każdy z patriotyzmu robił sekciarstwo ciemne, nieufne, odtrącające, zazdrosne, wykluczające krytykę ludzi i zdań, łowiące adeptów ubogich na duchu…”

Kto sądzi, że go powyższe nie dotyczy, już tylko przez tę swoją lekkomyślność niechybnie popadnie w sekciarstwo.

Wychowanie połowiczne

Tradycja świętowania i – co za tym idzie – ustalone formy wychowania patriotycznego w polskiej szkole koncentrują się zwykle na przedsięwzięciach, które próbują silnie odwoływać się do emocji. Do pytania, na ile skutecznie to robią jeszcze przyjdzie wrócić. Teraz zaś wskażmy tylko, że kształtowanie patriotyzmu afektywnego ma ograniczoną celowość.

Trudno zaprzeczyć, że eksponowanie symboliki narodowej, śpiewy czy recytacje dobrze służą wytwarzaniu tożsamości. Nie jest to  rzecz do zlekceważenia. Trzeba zarazem pamiętać, że badania społeczne wyraźnie pokazują brak jakiejkolwiek korelacji pomiędzy „patriotyzmem symboliczno-afektywnym” a zachowaniami obywatelskimi. Nie należy zatem oczekiwać, że emocja patriotyczna wzbudzona przez jakąś formę celebry (złożenie kwiatów, defilada, nawiedzenie miejsca pamięci) albo przez udział w jakimś wydarzeniu artystycznym (akademia, pokaz filmu, koncert) przełoży się na odpowiedzialność za wspólnotę i na zaangażowanie w życie państwa. Tak się zdarzyć może, ale to mało prawdopodobne. Zachowując przyjęte w naszych szkołach formy świętowania być może rozwijamy naszych uczniów „tożsamościowo”, ale nie „obywatelsko”. Ojczyzna nie staje się dla nich „wielkim zbiorowym obowiązkiem”! Mówiąc jeszcze inaczej: jeśli socjologowie się nie mylą, to po wzruszającej uroczystości nasz uczeń nie pójdzie pracować dla dobra wspólnego, lecz, upewniony w swej polskości, pójdzie… do domu. I tyle.

To ograniczenie warto mieć na względzie, kiedy planujemy szkolne obchody rocznic i narodowe świętowanie. Byłoby szkoda, gdybyśmy rozwijali połowicznie: wzmagali emocje, zaniedbując kształcenie postaw obywatelskich.

Cudze życie

Innym miejscem krytycznego, a niekiedy niedostrzeganego wyboru, jest koncentracja na tradycjach insurekcyjnych, na kulcie czynu zbrojnego i śmierci za ojczyznę. Tendencja ta, i tak przecież potężna, wzmacniana jest jeszcze obecnie przez pop-kulturowe interpretacje powstania warszawskiego. Nie jest moim zamiarem polemizować tu z tą wizją patriotyzmu – chcę jedynie zwrócić uwagę na to, co przy tej okazji utracone. Cała wielka tradycja pracy organicznej, tradycja życia, a nie śmierci, dla Polski, tradycja zrywów bezkrwawych takich jak „Solidarność” ulega faktycznej dewaluacji. Sprawdźmy: czy zbieramy się przy grobach powstańców czy społeczników, czy świętujemy rocznicę jakiejś bitwy czy  np. powołania poznańskiego „Hotelu Bazar”, czy ekscytujemy młodzież spotkaniami z weteranami walk czy z ofiarnymi działaczami społecznymi?

Także i w tym wypadku zostaje sformułowane niewypowiedziane założenie, że przygotowanie dzieci i młodzieży do życia w wolnej i demokratycznej Polsce dokonuje się przez wychowywanie dzieci i młodzieży w kulcie walki zbrojnej. Związku tych dwóch wypadałoby jednak dowieść  –  kiedy już głośno wypowiemy to założenie, wydaje się ono co najmniej wątpliwe. Przeżywanie ofiary złożonej przez powstańców nie powoduje wzmożenia własnej ofiarności – miłośnicy powstania przeżywają na jawie cudze, a nie swoje życie.

Pobocznym, ale nie mało ważnym, aspektem dominacji etosu powstańczego jest wyłączanie ze świętującej wspólnoty wszystkich tych, którzy go nie akceptują, a grupa ta nie jest przecież mała.

Domowe i oficjalne

Tak dochodzimy do kolejnego miejsca potencjalnych napięć, a mianowicie do spotkania pamięci rodzinnej z pamięcią promowaną przez szkołę, tradycji domowych i tradycji ogólnopolskich.  Uczniowie, zwłaszcza młodsi, doświadczają dysonansu tam gdzie odkrywają, że autorytety domowe i szkolne nie tylko nie współbrzmią, lecz nawet przedstawiają wizje sprzeczne. Rozdwojenie to trudno rozpoznać, bo niekiedy wstydliwie ukrywa się je przed wychowawcami.

Mamy z nim do czynienia nie tylko na terenach pogranicznych i zamieszkanych przez mniejszości etniczne i narodowe[1], ale również w odniesieniu do wyborów (nie zawsze swobodnych) dokonywanych przez ostatnie kilka pokoleń w czasach drugiej wojny światowej i w okresie peerelowskim.  Wyostrzając: nie dość, że nie każdy pradziadek był żołnierzem wyklętym i nie każda babka działaczką opozycji demokratycznej, to jeszcze być może i tak, że owi antenaci w ogóle nie chcieli, choć mogli być członkami wymienionych społeczności. Oto wyzwanie, przed którym stawia nas realna wielość pamięci, o których nie możemy (nie chcemy?) powiedzieć przecież, że wszystkie są równie dobre.

Dotykamy tu zasadniczej kwestii, jaką jest społeczna funkcja szkoły i odnajdujemy się między Scyllą i Charybdą. Odpowiedzi nie przyniesie ani lewicowa w korzeniu wizja szkoły, która ma służyć wykorzenianiu „domowej ciemnoty”, ani prawicowy koncept, który szkołę poddaje dyktatowi rodziców i każe poważać wszystko, co uświęcone wolą opiekunów. Odpowiedzią nie jest też pominięcie milczeniem dylematu, jak to się dzieje wówczas, gdy machinalnie realizujemy ogólnonarodowy „kalendarz rocznic” w zwyczajowo przyjętych formach, a poradzenie sobie z dysonansami zostawiamy dzieciom.

Sojusz starców

Zwyczajowo przyjęte formy ciążą na szkolnym świętowaniu nadzwyczajnie. Chateaubriand zauważył kiedyś, że przed rewolucją francuską świat dziadków i wnuków był wspólny, a po niej to, co znają starsi bracia obce jest już młodszym. Banałem jest powiedzieć, że to spostrzeżenie stosuje się do naszych czasów. Niestety banałem jest też nie wyciągnąć stąd żadnych konsekwencji. Ile wydobywanych co roku z lamusa wierszy i piosenek z perspektywy dzieci w ogóle „nie jest po polsku”? To, co uznajemy za naturalne na lekcjach literatury przygotowując uczniów do odbioru dawniejszych autorów i wspierając ich w trudzie lektury, przegapiamy przygotowując szkolną uroczystość. Dobrze, że Pierwsza Brygada jest przynajmniej melodyjna, bo co to jest „żołnierska buta”, „czas kołatania” i „stumanienie” pozostanie słodką tajemnicą najstarszych widzów rocznicowego spektaklu.

Jak przywrócić znaczenie starym formom? Jak otworzyć drogę nowym? Tych fundamentalnych pytań sobie nie zadam, gdy – jako nauczyciel – raz kolejny sięgnę po jakiś starożytny montaż słowno-muzyczny typu „sztandar-recytacja-pieśń”. Po uroczystości wszyscy będą zadowoleni – dorośli, bo uczciliśmy rocznicę; dzieci, bo przepadła lekcja (choć nie bardzo wiedzą dlaczego właściwie). Pytania pozostaną jednak bez odpowiedzi.

Promowanie szkoły

To, co nazwano powyżej sojuszem starców ma jeszcze jeden aspekt. Dla kogo jest szkolne święto patriotyczne? Rozum podpowiada, że dla przodków i ich upamiętnienia oraz dla dzieci i ich przyszłości. Praktyka jednak wskazuje, że adresatami szkolnej uroczystości jest trzecia grupa: oficjele i rodzice. Jest racja w przestrodze księcia de La Rochefoucauld, gdy powiada, że „przepych pogrzebów więcej ma na celu próżność żyjących niż cześć zmarłych”[2]. To łatwo sprawdzić – jeśli szkolne świętowanie ma służyć rozwojowi dzieci, to zapewne im powierzymy jego planowanie i realizację; jeśli zaś priorytetem jest dobrze wypaść przed „wójtem, panem i plebanem”, to ryzyka oddania święta uczniom nie podejmiemy. W tym drugim wypadku potraktujemy naszych wychowanków instrumentalnie w zbożnym dziele promowania szkoły.

I znów: promowanie nauczycielskiej pracy i szkoły jako takiej w lokalnym środowisku jest ważne i potrzebne, ale nie powinniśmy tracić z oczu faktu, że bywa w konflikcie z celami wychowawczymi, jakie stoją przez uroczystością patriotyczną.

Współtworzenie

Jeżeli świętowanie ma być wspólne, to powinno być takim od samego początku, czyli już do etapu planowania. Wyzwanie, które stoi tu przed nami nauczycielami, to gotowość podjęcia ryzyka i otwarcie na to, co niespodziewane. Zamiast proponować dzieciom takie czy inne formy obchodów, poszukajmy ich razem, cierpliwie je wydobywajmy i akceptujmy je, nawet jeśli wydają się nam one nie tak dobre, jak nasze.

Wychowawcza wartość form świętowania nie tkwi w ich artystycznej perfekcji, ale w tym, że wyszły od dzieci!

Warto o takim wspólnie przygotowywanym święcie myśleć w kategoriach długoterminowej inwestycji. Jeżeli tymczasem uczniowie przyzwyczajeni są do tego, że wykonują, to co kto inny wymyślił, a rodzice sądzą, że ich wkład ograniczać się może tylko do wypieku ciast, to proces angażowania wszystkich będzie zarazem procesem uczenia się współpracy. Wysiłek z początku będzie zatem podwójny – będziemy przygotowywać święto i równocześnie uczyć się wspólnego działania, dzielenia się odpowiedzialnością i podmiotowego traktowania się. Dla nas wychowawców będzie to trudna nauka „oddawania terenu”, raczej czujnej obecności, niż aktywnego kierownictwa.

Zwróćmy uwagę, że prezentowany tu postulat „oddania święta wszystkim” oznacza, że z początkiem roku szkolnego nie wskazuje się odpowiedzialnego za te czy inne obchody nauczyciela, ale kwestię tę powierza się radzie rodziców, samorządowi uczniowskiemu i radzie pedagogicznej. Tu w naturalny sposób mogą pojawić się koordynatorzy wspólnego wysiłku. Ów moment „powierzenia” (a nie „podrzucenia” lub „zlecenia”) problemu jest istotny, bo buduje odpowiedzialność.

Różnorodnie i pobudzająco

Wielość pomysłów, które mają szansę się pojawić przy zbiorowym współtworzeniu, odpowiada na inne ważne wyzwanie, jakim jest różnorodność naszych patriotycznych wrażliwości, odmienność hierarchii wartości czy różnice historycznej pamięci.

Wypada uznać, że narodowemu świętu warto oddać nieco więcej niż półgodzinny apel, a skoro tak, to dobrze zadbać o bogatą i zróżnicowaną ofertę. Obok spektaklu może pojawić się koncert z tańcami, równocześnie można zaprezentować film, a nadto jeszcze zorganizować np. debatę oksfordzką.

Idzie o to, abyśmy tchnęli życie w świętowaną rocznicę, czyli skłonili uczestników (nie tylko dzieci i młodzież) do tego, aby ponowili swój wybór w renanowskim plebiscycie. Nie ma żadnego wyboru ten, kto ma wysłuchać raz jeszcze Witaj majowa jutrzenko, choćby i w najlepszym wykonaniu szkolnego chóru.

Młodzi i żywi

O to by dzień święta wypełnił się rozmaitymi formami i treściami będzie łatwiej, jeżeli zaplanujemy go także jako czas domykania rozmaitych projektów, które realizowano w ramach edukacji obywatelskiej i wychowania patriotycznego.

Dajmy tu dwie propozycje, z których jedna ma charakter krótko-, a druga długoterminowy.  Pierwsza to realizowany niegdyś w jednej z warszawskich szkół „Projekt dla Rzeczpospolitej”. Młodzież miała odpowiedzieć na pytanie „Tak jak po młodych II RP została Gdynia, co zostanie dla Polski po moim pokoleniu?” Grupy formułowały odpowiedź, a następnie przygotowywały prezentację w dowolnej formie, np.: scenicznej improwizacji, modelu z gipsu czy komputerowej symulacji. Prezentacje owe uświetniły obchody Święta Narodowego i były zaczątkiem interesującej dyskusji. Robota nad nimi zajęła około miesiąca.

Przedsięwzięcie drugie to w ogóle pewien pomysł na nauczanie, którego kulminacją może być święto narodowe. Idea „uczenia się treści programowych poprzez pracę na rzecz społeczności” (tzw. service learning) powinna przebić się możliwie szybko do głównego nurtu edukacji obywatelskiej i wychowania patriotycznego, nawet jeśli miałoby nad nią ciążyć odium peerelowskich „prac społecznych”. W „service learning” uczniowie uczą się rozwiązując zarazem rzeczywiste problemy swojej lokalnej społeczności.

Uczniów liceum zaniepokoiło przyspieszone zarastanie jeziora w pobliskim lesie. We współpracy z leśnikami przeprowadzili badania i obserwacje. Powiązali fakt zarastania z działalnością kilku okolicznych gospodarstw rolnych. Podjęli rozmowy z rolnikami, a równocześnie zdobywali informacje o dostępnych funduszach umożliwiających modernizację gospodarstw. W swoje działania włączyli władze lokalne. Jezioro udało się uratować, a młodzieży zrealizować część podstawy programowej z biologii i wiedzy o społeczeństwie. Zwróćmy uwagę, że elastyczność ramowych planów nauczania pozwala odejść od sztywnego planu lekcji i tym łatwiej realizować przedsięwzięcia takie jak opisane powyżej.

Święto narodowe dzięki takim (ale też i mniej skomplikowanym) projektom może stać się czasem rzeczywistego świętowania służby dla ojczyzny, a nie tylko deklarowania swej gotowości, „gdyby przyszło chwycić za broń”; może być okazją do uczczenia żywych, młodych bohaterów.

Myśli, co nie nowe

Zarysowany powyżej modus operandi szkoły, która świętuje narodowe rocznice, opiera się na kilku przekonaniach.

Po pierwsze, że nasza tożsamość się zmienia i wychowawcy nie powinni porzucać dzieci i młodzieży zamykając się w swoim (zawsze odchodzącym) wyobrażeniu o tym, co to znaczy być Polakiem – obywatelem Rzeczpospolitej.

Po wtóre, że polskość jest wielogłosem i próba ograniczenia jej do jednego modelu oznacza sekciarstwo.

Po trzecie, że wychowanie patriotyczne polega na kształtowaniu postaw raczej, niż rozbudzaniu emocji.

Po czwarte wreszcie, że postawy kształtuje się nie poprzez gromkie wezwania i wspólne śpiewy, ale przez twardą szkołę działania razem, czyli przez tworzenie sytuacji wychowawczych.

Konsekwencją tych przekonań jest uznanie, że najlepiej uczcimy narodowe święto, jeśli wspólnie je przygotujemy – rodzice, uczniowie i nauczyciele, a następnie zbierzemy się, aby razem spożyć owoce naszej pracy.

 

Aleksander Pawlicki- - nauczyciel, autor bloga „Dobre wykształcenie”, były dyrektor szkoły

Artykuł jest skróconą wersją materiału przygotowanego w programie „Solidarna Szkoła” w ramach publikacji „Historia najnowsza. Wydanie świąteczne.”. Publikacja będzie dostępna od grudnia w wersji elektronicznej na stronie: www.ceo.org.pl/news/historia-w-nowym-wydaniu


[1] Ponurym memento może być wypowiedź pewnego nauczyciela, który przekonywał, jak błogosławione skutki przynosi wspólne świętowanie „powrotu Sejneńszczyzny do polskiej macierzy” w szkole, gdzie uczą się także litewskie dzieci.

[2] Maksyma 612 w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge
css.php