Wystawa Sybiraków

27-02-2012 at 18:11 Kategoria: Opowiem ci o wolnej Polsce Brak komentarzy

 

W poniedziałek mieliśmy ogromną przyjemność gościć kilka Sybiraczek zaproszonych na spotkanie, połączone z projekcją filmu pt.: „Na nieludzką ziemię”. Gośćmi w naszej szkole były panie: Stanisława Pistelok, Maria Wardziak, Irena Sarbiewska, Jadwiga Woźniakowska. Panią Stasię znamy już z wielu spotkań, natomiast pozostałe panie były u nas po raz pierwszy.

Sam film ukazywał moment deportacji polskich rodzin na Syberię – straszliwe łomotanie o drugiej-trzeciej w nocy w drzwi, przerażonych ludzi, dwudziestominutowy czas na ubranie się, zabranie najpotrzebniejszych rzeczy i wyjście w nieznane. Warunki, w których wywożono Polaków niczym nie różniły się od transportów kierowanych do obozów koncentracyjnych utworzonych przez nazistów podczas II wojny światowej. Ogromne cierpienia oraz wszechobecny głód to najgorsze wspomnienia żyjących jeszcze uczestników tych wywózek. Nasi goście chętnie dzielili się z nami swoimi wspomnieniami oraz odpowiadali na pytania.

Spotkaniu towarzyszyła również Wystawa Sybiraków skompletowana przez tyski oddział Związku Sybiraków. Zgromadzony tam potężny materiał w postaci dokumentów, zdjęć, listów, licznych dowodów zbrodni, pokazuje losy tysięcy rodzin skazanych na wieloletnią tułaczkę. Ogromna liczba Polaków nigdy nie powróciła do ojczyzny, dlatego dziś poświęca się im albumy, książki, artykuły prasowe, które również mogliśmy przeglądać i zapoznawać się z bogatym materiałem faktograficznym. To była żywa lekcja historii.

Sen o Polsce

20-02-2012 at 18:10 Kategoria: Opowiem ci o wolnej Polsce Brak komentarzy

Dziś miałam sen o Polsce…
Jak przed laty kwitły przede mną bujne krzewy głogów
Nie poszarpanych bombą i granatem,
Nie stratowanych przez okrutnych wrogów.
Dziś miałam sen,
Że wierzby nad strumykiem ubrały się w pluszowe, srebrne bazie,
Że przez zakątki parku zarośnięte, dzikie
Szła wiosna ze mną, jak królowa z paziem.

Dziś miałam sen,
Że starą, polną gruszę pokryło gęsto puchem białe kwiecie,
Że w jej gałązkach siedział mały duszek
I tak żałośnie, cicho grał na flecie.

Śniłam, że słyszę szepty i rozmowy
Figlarza – wiatru z zadumaną sosną,
Że świat jest jasny, cudny, kolorowy
Jak bywa w bajce albo w Polsce wiosną.

I śniłam też, że było mi tak błogo,
Że serce biło rytmem tak spokojnym,
Jakby nie czuło żalu wcale, do nikogo,
Jakby nie było nigdy, nigdy wojny.


Karaganda 1945 rok Anna Rudawcowa


Pamiętnik Sybiraczki (3)

15-01-2012 at 20:11 Kategoria: Opowiem ci o wolnej Polsce Brak komentarzy

To już ostatnia część pamiętnika pani Bronisławy Pastwińskiej. Można prześledzić wraz z nią powrót do ukochanej ojczyzny…

Podróż

W Kudymkarze mieszkaliśmy do maja 1945 r. Pewnego dnia przyszło zarządzenie, że musimy być przygotowani na wyjazd. Zrobiono zebranie Polaków, na które poszła ciocia Ela. Po powrocie powiedziała, że niebawem wyjeżdżamy na Południe i musimy się pakować. Po kilku dniach przyjechał po nas ciężarowy samochód, który zawiózł nas do przystani Pożwa, około 120 km. Po drodze się zepsuł i musieliśmy nocować pod gołym niebem. W Pożwie załadowano nas na statek Stalinowskaja Konstytucja. Na statku było nam bardzo dobrze. Dostawaliśmy codziennie po pajce chleba, kawałek smalcu, którego nie widzieliśmy od początku wywózki, trochę cukru i nie trzeba było pracować. Płynęliśmy prawie dwa tygodnie. Najpierw Kamą, potem Wołgą. Wypływając z Pożwy, na brzegach rzeki był jeszcze lód i śnieg. Płynąc w dół, śnieg i lód topniał, rzeka rozlewała się i w końcu wyglądała jak morze. W Engelsie Wołga była tak szeroka, że nie było widać na drugim brzegu Saratowa. W czasie podróży opiekował się nami enkawudzista i on musiał nas odstawić do Raskatowa, miejsca naszego przeznaczenia.

Na nowym miejscu

Po dwóch tygodniach dopłynęliśmy do Engelsa. Tato przez całą drogę czuł się źle i gorączkował. Gdy wysiedliśmy w Engelsie tato był tak chory, że nie mógł z nami jechać do Raskatowa, tym bardziej, że jechaliśmy w nieznane i nie wiedzieliśmy co nas czeka, a liczyliśmy się z najgorszym. Nie było innego wyjścia jak zostawić tatę na przystani, Pościeliła mu mama w kącie, przykryła „łachami” i zostawiła tatę. Podstawiono samochody, którymi pojechaliśmy do Raskatowa. Na miejscu – miłe rozczarowanie. Duża wioska, przepięknie kwitnący step i drewniane domki w stylu naszych zakopiańskich. Kazali sobie wybrać po jednym. W naszym była drewniana podłoga, elektryczność, łóżka, stół i ławo kanapa. Zupełnie inaczej jak na Uralu. Mieliśmy dość dużą kuchnię, pokój i wielką sień-wiatrołap, gdzie otrzepywaliśmy się ze śniegu, gdzie też trzymaliśmy zimą porcję burzanu do palenia (reszta była w stojącej obok szopie). Na drugi dzień mama pojechał po tatę. Leżał spokojnie w swoim kącie. Nikt się tatą nie interesował. Wrócili do domu i wnet tato wyzdrowiał.

Choroba

W Raskatowie dużo osób chorowało na malarię. Wszyscy musieliśmy przyjmować arechinę – żółte i bardzo gorzkie tabletki. Ja także ciężko chorowałam, gorączkowałam oraz majaczyłam. Rodzice nie wiedzieli na co choruję, dostawałam tylko arachinę. Żaden lekarz mnie nie badał, a kiedy było już bardzo źle ze mną, mamę zwolnili z pracy i pozwolili być przy mnie. Nastąpiło, jak się wówczas mówiło, przesilenie i zaczęłam wracać do zdrowia. Musiałam jednak jeszcze przez jakiś czas leżeć w łóżku. Pamiętam, że cokolwiek dawano mi do jedzenia, a starano się dawać najlepsze rzeczy jakie były osiągalne, jaśniejszy chleb, mleko – wszystko było gorzkie. Powoli jednak zdrowiałam, a kiedy wróciliśmy do Polski, gdy zbadał mnie stryj Adam – lekarz mieszkający w Krakowie, okazało się, że przeszłam zapalenie płuc. Zostały tzw. plamy na płucach. Wyleczył mnie, podobnie jak mojego brata chorującego na nerki.

Sowchoz

Raskatowo, byłe osiedle Niemców Nadwołżańskich, było wielkim sowchozem. Po wysiedleniu Niemców, przywieziono tutaj Polaków do pracy w tym gospodarstwie rolnym.  Sowchoz miał 23 tysiące hektarów ziemi. Były krowy, konie, wielkie plantacje pszenicy, prosa, arbuzów, melonów, pomidorów, słoneczników, kukurydzy itp. Wreszcie było jedzenie. Polakom rozdano po działce ziemi i trochę ziemniaków. Ziemniaki zjedliśmy, a posadziliśmy tylko grube łupiny z oczkami i zebraliśmy nadzwyczajny plon. Ziemia była urodzajna. Wystarczyło wykarczować burzany, skopać i samo rosło. Mieliśmy dwie kozy, które musieliśmy paść. Step to była bezkresna równina porośnięta wysokimi trawami, piołunami, konopiem, ostami i lebiodami. Drzew nie było, tylko nieliczne przy szkole i kościele.

Rodzice pracowali w Raskatowskim Ziernosowchozie. Ja chodziłam do III i IV  klasy Czteroklasowej Szkoły Polskiej. Nauczycielkami moimi były panie Henryka Topolewska i Halina Pilichowska. Mieliśmy następujące przedmioty: język polski, język rosyjski, matematyka, przyroda, historia Polski, historia ZSRR, geografia Polski, geografia ZSRR, rysunek i śpiew. Dostaliśmy książki Czytankę Polską, Arytmetykę, Geografię, zeszyty, ołówki chemiczne, z których robiliśmy atrament oraz pióra. Zachowały się do dziś moje trzy świadectwa szkolne. Jedno z Kudymkaru, dwa z Raskatowa. Lubiłam bardzo rysować, jak każde dziecko, ale kredek nie było. Miałam małe pudełko od zapałek, a w nim skarby, krótkie rysiki-kredki czerwona i niebieska. Kolor żółty robiłam z arechiny, leku na malarię, którą rozpuszczałam w wodzie, a kolor zielony uzyskałam po połączeniu z ołówkiem chemicznym. Tymi barwami kolorowałam swoje rysunki. Pani Topolewska uczyła nas pieśni Wesoły dzień nam nastał, Otrzyjcie już łzy płaczące. Ile razy je śpiewam, przypominam sobie, że nauczyłam się tych pieśni w Rosji. Nauczyła nas również hymnu polskiego, rosyjskiego i wiersza Kto ty jesteś.

Centrum Raskatowa stanowiła szkoła i kościół – duży i jak mi się dzisiaj wydaje w stylu neogotyckim. Do dużych sal na piętrze wchodziło się od zewnątrz. Był bardzo zniszczony, zamieniony na kuźnię i magazyn.

Step

Lato w stepie było bardzo upalne. Ziemia była tak wygrzana, że nie można było chodzić boso, a butów nie było (buty lub walonki nieraz podwiązane sznurkiem, oszczędzano na czas zimy). Klimat był suchy, dużo słońca, ale jak przyszła burza to z wielką ulewą, błyskawicami i grzmotami.

Jednej jesieni mieliśmy piękne babie lato. Przez jakąś godzinę leciały w powietrzu gęsto pajęczyny, a gdy zjawisko to ustało, cały step ubrany był w białą przędzę. Biegaliśmy potem po stepie i nawijaliśmy pajęczynę na patyki. Była wspaniała zabawa. Dalej w step nie wolno nam było chodzić samodzielnie, tylko koło domu, bo były co jakiś czas dziury w ziemi bez żadnego ogrodzenia, z osypującą się ziemią i można było wpaść do takiej studni. Nieopodal przedszkola była taka studnia z wodą, bez ogrodzenia i nam dzieciom pod karą bicia nie wolno było tam chodzić. Studnia ta była zarzucona dla zabezpieczenia jakimiś metalowymi prętami i innymi rupieciami. My dzieci musieliśmy być bardzo posłuszne, bo każde nieposłuszeństwo mogłoby skończyć się tragicznie.

Zimy natomiast bywały śnieżne i mroźne, ale nie tak jak na posiołku Gorki. Szyby w oknach całą zimę zamarznięte, pierzyna przymarzała do ściany, w wiadrze na wodę był lód. Mieliśmy koty, które śpiąc z nami znakomicie nas grzały. Step zimą wyglądał malowniczo. Każda gałązka burzanu przepięknie oszroniona i w moich oczach był to zaczarowany świat. Lubiłam chodzić po tym zaczarowanym świecie z moją koleżanką Jancią. Zdarzało się, że temperatura podniosła się powyżej zera, śnieg topniał i tworzyły się na polach duże jeziora, ale gdy za parę dni chwycił ponownie mróz – mieliśmy wspaniałe lodowiska. Nie było sanek, ani łyżew, ale znalazły się stare dziurawe miski i pokrywki, jeździliśmy na nich aż miło!

Zapamiętałam Gwiazdkę 1945 roku w Raskatowie. Taty już nie było, siedział z łagrze. Mama zrobiła nam choinkę z wiązki burzanu, którą włożyła do dziurawego wiadra, a my dzieci, pięknie ustroiliśmy ją wycinankami z gazety. Jakaż ona była ładna!

W Raskatowie z pomocy amerykańskiej dostałam dużą szmacianą lalkę, którą nazwałam Kundzią. Bawiłam się nią zawsze. Została jednak w przedszkolu.

Aresztowanie

W połowie lipca 1945 r. w Raskatowie było pełne zaćmienie słońca. Specjalnie dla jego oglądu przyjechali przedstawiciele Zarządu Związku Patriotów Polskich z Saratowa. Po zakończeniu zaćmienia było zebranie Polaków. Wywiązała się dyskusja. Mój tato nieopatrznie powiedział, że władze sowieckie chcą Polskę zrobić 17. republiką, a my nie chcemy.

W dwa tygodnie aresztowano tatę. Przyszło NKWD do domu i zaczęli robić rewizję. Nie było rzeczy, które nie byłyby rzucone na podłogę. Z kufra zabrano wszystkie zapisane papiery (listy, gazety, na których tato rozwiązywał zadania matematyczne, bo innego papieru nie było). Nie wierzyli, że są to zadania matematyczne i wzięli za szyfry. Myśleli też, że coś ukradł jako buchalter, ale nic nie potrafili udowodnić.

Ja i Andrzej byliśmy wówczas w przedszkolu i pamiętam jak ciężarowy odkryty samochód zajechał pod przedszkole, a na samochodzie zapłakani mama i tata. Wsiedliśmy do auta, podjechaliśmy kawałek pod kościół, skąd droga wiodła prosto do rzeki. Tu kazano nam wysiąść i pożegnać się. Pożegnanie było spokojne, ponieważ enkawudziści zastrzegli sobie „żadnych cyrków”. Staliśmy długo, aż samochód zniknął na zakręcie za rzeką. Tatę zobaczyliśmy dopiero 7 lat później, w lipcu 1952 r., kiedy wrócił do domu, do Pszczyny.

Przyszedł koniec wojny. Polacy chcieli wracać do Ojczyzny. Wszyscy mieli ruskie obywatelstwo, oprócz nielicznych co go nie przyjęli. Posiadacze obywatelstwa sowieckiego optowali na obywatelstwo polskie, ale ci bez obywatelstwa nie mogli i musieli zostać. Takimi wyjątkami byliśmy my, bo rodzice nie przyjęli ruskiego obywatelstwa. Mama nie wiedziała, czy starać się o wyjazd, czy zostać i pomagać ojcu. Pojechała z tym problemem do łagru, do taty. Kazał on mamie kategorycznie starać się o wyjazd do Polski. Była to bardzo męska decyzja, gdyż kto nie wyjechał do Polski do końca 1946 r., stawał się automatycznie obywatelem rosyjskim.

Powrót

Nasz powrót był nielegalny i pełen dramatycznych wydarzeń. Pamiętam jak stałam przy tych wyjeżdżających samochodach i nie mogłam doczekać się kiedy wsiądziemy i wyjedziemy. Wyjazd do Polski był transportem zorganizowanym. Każdy na drogę dostał dzienny przydział 500 g chleba. Wagony były towarowe. Były sporządzone dwie listy, jedna – jadących transportem w poszczególnych wagonach, druga – chlebowa. My byliśmy umieszczeni tylko na liście chlebowej. Na stacji Kursk transport zatrzymał się na dłużej. Ktoś doniósł, że w naszym wagonie jadą osoby bez dokumentów. Kontrola skierowała się do naszego wagonu. Było dwóch konwojentów, ruski i polski. Konwojent ruski zaczął nas szukać, ale weszło z nim parę osób, wśród nich inżynier z Warszawy. Konwojent zaczął wyczytywać nazwiska i dokładnie sprawdzał dokumenty ze zdjęciami. Wyczytywał oczywiście z listy chlebowej, bo tylko tam mógł nas znaleźć. Szło mu to bardzo opornie, więc jeden inżynier powiedział: Dajcie mi, ja będę czytał, a wy będziecie sprawdzać. Konwojent zgodził się. Gdy czytał, nasze nazwiska pominął. W taki sposób zostaliśmy uratowani.

Jak przekroczyliśmy granicę polsko-radziecką w Brześciu nad Bugiem, czuliśmy że jesteśmy u siebie. Nie było żadnej kontroli. Kto tylko mógł, wysiadał z wagonów. Wszyscy płakali i  klękali. Ja wysiadając z wagonu uklękłam jak inni i spontanicznie pocałowałam ziemię.

Wigilia na Syberii

19-12-2011 at 16:14 Kategoria: Opowiem ci o wolnej Polsce Brak komentarzy

Gdy zasiadamy do wigilijnego stołu w gronie rodziny, widzimy pogodne twarze bliskich, roześmiane buzie dzieci, choinkę mieniącą się lampkami, stół zastawiony tradycyjnymi potrawami… Są jednak ludzie, którzy z tym dniem wiążą inne wspomnienia.

„W głodzie, chłodzie i tęsknocie… zasiadło nas kilkoro z licznej rodziny, przy stole w ziemiance, przy skromnej wieczerzy, złożonej z pozostałych z poprzednich lat okruszyn opłatka, resztek sucharów, herbaty, kompotu. W ten wieczór każdy z sobą coś przyniósł. Były to skromne dary zaoszczędzone z paczek Czerwonego Krzyża i Polonii amerykańskiej. Przy łamaniu opłatka byliśmy wszyscy do głębi wzruszeni. Serca nasze i myśli wyrywały się do ziemi ojczystej, przez łzy wypowiadaliśmy wszystko, co na obczyźnie Polak czuć może. Jedną myślą zjednoczeni uklękliśmy, aby się modlić słowami zesłańców: „O Panie, który jesteś w niebie, błagamy Ciebie z syberyjskich stron o Twoją opiekę i pomocną dłoń”…”

Improwizacja Wigilijna
Na niebie Gwiazda Betlejemska świeci,
Na ziemi zamieć: srebrny mróz na szybie.
Czy znajdzie drogę do nas Boże Dziecię?
Czy znajdzie drogę na daleki Sybir?W stajence dzisiaj szara pustka płynie,
Nie ma tam grania, śpiewu ani tańców…
Malutki Jezus w zgrzebnej koszulinie
Porzucił żłobek, idzie do wygnańców.

W zmarznięte rączki Boże Dziecię chucha,
Przez zaspy brnie drobniutką, boską nóżką,
Opłatka białe niesie nam okruchy,
Promyczek gwiazdy grzeje na serduszku.

Do drzwi sybirskiej zapomnianej chaty,
Cichutko puka narodzone Bóstwo:
Otwórzcie mi! Wszak jestem waszym bratem
Bom poznał też głód, zimno i ubóstwo.

Nieobce dla mnie serc krwawiące rany
I łzy, co płyną spod zmęczonych powiek.
Otwórzcie mi! Jam też prześladwany
Za winy cudze osądzony Człowiek.

W cudowną noc Bożego Narodzenia,
Głoszącą pokój ludziom dobrej woli,
Jam nie z Betlejem przyszedł, lecz z więzienia,
Z samego dna rozpaczy i niedoli.

Gdy dąży tłum za Gwiazdą Promienistą,
By czcić mnie, by schylić się przed Panem,
Ja – biedny, mały, wypędzony Chrystus,
Do was przyszedłem i wśród was zostanę.

Sybir, Wieczór Wigilijny 1941 rok

Pamiętnik Sybiraczki (2)

06-12-2011 at 20:11 Kategoria: Opowiem ci o wolnej Polsce Brak komentarzy

Poniżej prezentujemy drugą część pamiętnika pani Bronisławy Pastwińskiej – córki pana Stanisława Ciska, nauczyciela Gimnazjum, a później Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego w Pszczynie, która swoje dziecięce wspomnienia o tułaczce wojennej oraz pobycie na Syberii utrwaliła w formie wspomnień. W pierwszej części czytelnik mógł prześledzić „drogę na Sybir”, która swój początek miała w Pszczynie, natomiast w poniższym fragmencie możemy prześledzić pobyt rodziny polskiej wywiezionej w głąb ZSRR. Pisownię pozostawiono oryginalną, natomiast dla przejrzystości tekstu dodaliśmy podrozdziały.

Wywózka

Jechaliśmy zamknięci w wagonie przez dwa tygodnie, w warunkach bardzo ciężkich. Raz dziennie pociąg zatrzymywał się, najczęściej w polu. Otwierano wagony i wszyscy wychodzili z wagonów i nie krępując się załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne. Raz dziennie każdy otrzymywał kawałek chleba i „czerpaczok” zupy lub owsianej kaszy z piekącym olejem – grymasiliśmy nie wiedząc co nas jeszcze czeka. (…)

Czasami pociąg zatrzymywał się na małych stacjach, gdzie przy pompach można się było umyć i nabrać wody. Natomiast gdy mieliśmy przejeżdżać przez większe miasto, wówczas pociąg zatrzymywał się przed miastem, ryglowano drzwi i okna, abyśmy nie wiedzieli dokąd jedziemy. (…)

15 lipca 1940 roku przywieziono nas do Swierdłowska. Tutaj podzielono nas na dwie części. Jedni pojechali na Daleki Wschód nad Lenę. Drugą część pociągu skierowali do Mołotowa. Tutaj na rzece Kamie  czekał na nas statek i kazali wsiadać . Tym statkiem płynęliśmy w górę Kamy do przystani Pożwa. Stąd samochodami zawieziono nas na posiołek Gorki koło Majkora.

Warunki bytowe

Przydzielono nam mieszkania bez mebli, bez światła, puste. Mieszkało nas tu 7 osób. Rozkwaterowaliśmy się na podłodze. Pierwsza noc była straszna, choć nie było ciemno (lipiec – białe noce). Jak zasnęliśmy oblazła nas ogromna ilość pluskiew i karaluchów, że ze strachem wybiegliśmy na dwór. Na dworze był wielki ruch, bo wszyscy wychodzili i krzyczeli. Na drugi dzień dali wapno. Domy były z drewnianych bali, uszczelniane mchem. Wszyscy zaczęli bielić i wdrapywać mech między belkami. Wszy i to robactwo towarzyszyło nam przez cały pobyt na Sybirze.

Praca i głód

Rodziców przydzielono do pracy w Hucie Żelazna Majkor, która należała do przemysłu wojennego. Rodzice codziennie musieli pokonywać 8 kilometrów drogi, aby dojść do pracy. Za spóźnienie groził łagier, nie mówiąc o nieobecności. Ja ze Stasiem poszłam do przedszkola, oczywiście ruskiego, zaś Andrzej do żłobka. Racje żywnościowe dla osoby pracującej to 500-800 g chleba, a dla niepracującej i dzieci po 200 g, który trzeba było wykupić w sklepie. Nie tylko dokuczał nam głód, ale również dokuczliwe było zimno. Zimy były mroźne i śnieżne. Rosjanie mówili, że ciepło jest ważniejsze od jedzenia,  bez jedzenia wytrzymasz trzy dni, bez ciepła ani jednego. Tato mój nie mógł Moskalom wybaczyć, że mieszkając w tajdze, nie mieliśmy czym palić. Nasze domy otulał śnieg, który sięgał aż po dach, a okna i tak nie miały znaczenia, bowiem dzień był krótki, trwał 3-4 godziny.

Idąc do przedszkola zawsze musieliśmy zabierać swoją kromkę chleba. Tam dawano nam herbatę z mlekiem, cienką zupkę na obiad lub kisiel. Porcje były małe, chude i stale byliśmy głodni, ale mieliśmy ciepło, był tam piec, przy którym siedzieliśmy. Nie pamiętam, aby nas uczono jakiejś piosenki, wierszyka czy opowiadano bajkę.  Mieliśmy tylko opiekę – ot, taka przechowalnia. Starsze dzieci chodziły do szkoły. Cierpiały nie tylko głód, ale i zimno. Klasy często były nieopalane, więc marzły i chorowały. Ludzie na posiołku chorowali na czyraki. Ja też je miałam, były bardzo bolesne i bolały tak długo, dopóki nie wyszedł tzw. rdzeń. Do dziś mam po nich ślady. Chorowaliśmy też na glistnice. (…)

Na posiołku Gorki otrzymaliśmy pomoc amerykańską. Była to odzież i lekarstwa. Ja dostałam czapkę wełnianą i dwie różne rękawiczki, jedną białą, drugą czerwoną, bardzo mi się podobały. Nosiłam je choć było ciepło i chodziłam z kuzynem Stasiem po naszej ulicy chwaląc się, że mam takie piękne rzeczy.

W domu z głodnymi brzuszkami nie mogliśmy zasnąć, a mama zamiast chleba opowiadała nam bajki: „O Śpiącej królewnie”, „Niezabudce”, „Kopciuszku”, „Królewnie Śnieżce”. Deklamowała wiersze Adama Mickiewicza:  „Powrót Taty”, „Rybkę”, „Świteziankę”.

Rodzice zorientowali się jakie ciężkie czasy nas czekają i za kupon materiału ubraniowego kupili kozę. Nazywała się Mania, a potem urodziła się Mizia. Ta koza głodowała razem z nami, ale dawała garnuszek mleka i każdy z nas mógł wypić po łyku. Ciocia Ela, która nie pracowała, bo jej nie zakwalifikowano do pracy, codziennie chodziła do sklepu i wykupywała nasz przydział chleba na kartki. Zawsze starała się zaoszczędzić choć jedną kromeczkę chleba w całości na czarną godzinę. Suszyła i sucharki wkładała do skrzyni, w której był cały nasz majątek. Pewnego razu, gdy zostaliśmy sami w domu, dorwaliśmy się do tej skrzyni i zjedliśmy cały zapas. Gdy weszła ciocia i zobaczyła co się stało, zaczęła na nas bardzo krzyczeć. Wtem wchodzi tato i pyta co się stało? Ciocia powiedziała, że zjedliśmy wszystkie suchary, które były na czarną godzinę. A tato odpowiedział: Czy może być czarniejsza godzina, niż ta obecnie?

Gdy dostawaliśmy swoją kromkę chleba, to nigdy nie zjadaliśmy jej natychmiast, ale żuliśmy ją bardzo długo. Skórka była kiełbaską, a część miękka chlebem. Przygryzając trochę skórki, trochę miękiszu, jedliśmy powoli, aby jak najdłużej mieć chleb w ustach. To nie zawsze się udawało – głód był silniejszy.  Pewnego razu przyszedł do nas Janusz Osiński z córką Ewą i kazał nam, dzieciom, usiąść na łóżku. Spod pachy wyciągnął dużego buraka pastewnego, rozkroił na cztery części i dał każdemu z nas do jedzenia mówiąc: Zobaczycie jakie to słodkie. Jedliśmy z wielkim apetytem. Rzeczywiście wydawał się bardzo słodki. Ile razy pytałam mamę, co nam dawała jeść? Odpowiadała: Nie wiem jak was żywych przywiozłam do Polski.

Groźba aresztu

Z pobytu na posiołku Gorki pamiętam straszne przeżycie, kiedy do naszego domu przyszło dwóch enkawudzistów i chcieli aresztować mamę. Była to zima 1940/41 r. Tego dnia był silny mróz. Siedzieliśmy na podłodze przy żelaznym piecyku. Nagle ktoś dobija się do drzwi. Weszli enkawudziści i zapytali: Która to Aniela Janowa Cisek? Wyciągnęli karteczkę i przeczytali wyrok, że mama jest zasądzona na pół roku więzienia za „prołóg”(nieobecność w pracy). Przeczytali to urzędowo i kazali się zbierać. Mama omal nie zemdlała. Zapytała: Za co to jest? Kiedy był sąd? Powiedzieli, że sąd był zaocznie, za nieobecność w pracy. Mama odpowiedziała, że nigdy nie spóźniła się do pracy, ani nie opuściła dnia. Wtedy enkawudzista powiedział, który to był dzień i okazało się, że mama miała na ten dzień zwolnienie od felczera, bo my dzieci, mieliśmy koklusz i nie wolno nam było iść do przedszkola, ani do żłobka. Nie zwracali uwagi na to co mówiła mama, tylko: sobirajsia pajdiom. Wtedy mama zaczęła płakać. Ja z Andrzejem i Stasiem doskoczyliśmy do mamy, złapaliśmy ją za spódnicę i zaczęliśmy głośno płakać i mówić, że mamy nie oddamy. Ta scena widocznie zrobiła na nich wrażenie, bo powiedzieli, że sprawę odkładają do jutra i sprawdzą w hucie, czy karteczka została oddana. Mama swoje zwolnienie od felczera oddała swojemu zwierzchnikowi. Następnego dnia przyszli do mamy i powiedzieli, że zwierzchnik potwierdził, iż była taka karteczka, tylko gdzieś ją zapodział. Jakież to było szczęście, że ten człowiek  to potwierdził. Stracilibyśmy mamę na pół roku, a może na zawsze… Za pierwszy „progów” wzięli raz jedną Żydówkę Reginę, ładną, młodą dziewczynę, która już nigdy nie powróciła. Takie osoby wywozili w głąb Syberii.

Ojciec – Mężem Zaufania

18 stycznia 1943 roku tato wyjechał z posiołka Gorki do Kudymkaru, na objęcie placówki na rejon Kudymkar-Juźwa, jako Mąż Zaufania Poselstwa Polskiego w Kujbyszewie. Działo się to na podstawie umowy polsko-radzieckiej. Po tatę przyjechał niejaki p. Witek. Razem z nimi wyjechała również ciocia Ela. Był straszny mróz, bezdroża i 80 km przed nimi. Jechali dwa dni co jakiś czas idąc za saniami, aby nie zamarznąć. Zaraz po przyjeździe tato przyjął urzędowanie. Objął magazyn z darami – żywnością i odzieżą z USA, Kanady, Argentyny i Australii oraz pieniądze z Banku Polskiego Rządu – 30 tysięcy rubli. Zaczął robić spis Polaków. Naliczyli 1200 osób, przy czym niektórzy przyjeżdżali zameldować się z odległości 180 km. Ojciec chciał równo i sprawiedliwie podzielić te dary wśród Polaków. Były to działania chybione. 27 lutego 1943 r. został aresztowany za odmowę przyjęcia sowieckiego obywatelstwa. Gdy trzymali tatę w areszcie , kazali oddać klucze od magazynu, zrobili dokładną inwentaryzację (myśleli, że czegoś brakuje. Wszystko było w porządku, jednakże cały magazyn został skonfiskowany). Tato bardzo sobie wyrzucał później, kiedy siedział w łagrze, że trzeba było rozdawać i ludzi ratować doraźnie, omijając procedury obowiązujące w czasie pokoju. Po dwóch miesiącach zwolniono go z aresztu i stanowiska odsyłając do domu. Wyznaczono mu rolę „woszczyka”. Woził konikiem chleb z piekarni do sklepu. Była to wspaniała praca – zawsze przywoził okruszki chleba w kieszeni! My na te okruszynki czekaliśmy ze Stasiem.

Wizyta Pani Stasi

04-12-2011 at 22:13 Kategoria: Opowiem ci o wolnej Polsce Brak komentarzy

W czwartek (1 grudnia) zaprosiliśmy panią Stanisławę Pistelok na lekcję historii. Chciała wyświetlić film: „Na nieludzkiej ziemi”, jednak złośliwość rzeczy martwych tym razem wzięła górę i nie było projekcji ze względu na kłopoty techniczne. Za to pani Stasia opowiedziała swoją historię zesłania na Syberię przywołując najbardziej tragiczne wydarzenia z czasów swojego dzieciństwa. To, że jako niemowlak przeżyła, można poczytać za prawdziwy cud! Do dzisiaj śmiertelność noworodków na Syberii ze względu na skrajne warunki atmosferyczne jest niezwykle wysoka, a trzeba dodać, że w latach 40-tych panował na tej ziemi potężny głód i nie liczono się z zesłańcami wykorzystywanymi do ciężkiej pracy.

Film zobaczymy później, natomiast było to kolejne spotkanie, która wzbogaciło naszą wiedzę o Sybirakach.

Odwiedziny

29-11-2011 at 19:01 Kategoria: Opowiem ci o wolnej Polsce Brak komentarzy

W poniedziałek, 28 listopada, odwiedziliśmy panią Helenę Pałys, która z rodzicami oraz czteroletnim braciszkiem musiała uciekać z rodzinnego domu z Pszczyny w 1939 roku

Pani Helena obecnie mieszka w tym samym, rodzinnym domu w Pszczynie, do którego nas zaprosiła na wspaniałą herbatę i ciasteczka.  W miłej atmosferze usłyszeliśmy historię pani Pałys, która jako dziewięcioletnia dziewczynka rozpoczęła tułaczkę na Wschód.

Z jej opowiadania wyłonił nam się taki oto obraz:

Rodzinę pani Heleny wywieziono do Kazachstanu, ojciec został uwięziony przez NKWD, natomiast matka wraz z dwojgiem dziećmi zamieszkała w ziemiance i codziennie musiała pracować w kołchozie. Jedynym wynagrodzeniem za ciężką pracę był kawałek chleba. Dzięki pierzynie w pośpiechu zabranej z domu przeżyli trudne warunki w ziemiance, gdzie woda pozostawiona na stole po prostu zamarzała.  Trudno było nawet zagrzać wodę czy cokolwiek ugotować, gdyż opału w ogóle nie było.  W tym celu wykorzystywano kłęby burzanu.

Jako dwunastoletnia dziewczynka mogła już pracować i odciążyć matkę. Pracowała w ogrodach warzywnych, pieliła grządki, sadziła rośliny, podlewała grządki.

Głód był powszechny. Jak pani Helena wspomina, matka była strasznie wychudzona i mówiono jej nawet, że wkrótce umrze. Jednak udało się im w 1944 roku wyjechać na Ukrainę, by w końcu 1946 roku powrócić do Polski.

Niestety ojciec pani Heleny zmarł w 1942 r.  podczas pobytu z Armią Andersa w Tatiszczewie.

Matce pani Heleny udało się odzyskać rodzinny dom, który zaraz po wojnie został przydzielony innym rodzinom. Sądzono, iż właściciele już nie wrócą, lecz tym razem na szczęście to się nie spełniło.

Sama pani Helena ukończyła szkołę średnią i pracowała w wielu różnych instytucjach, również w pszczyńskim Elwo. Dziś jest już na zasłużonej emeryturze.

Pamiętnik Sybiraczki

27-11-2011 at 20:16 Kategoria: Opowiem ci o wolnej Polsce Brak komentarzy

Ostatnio dostaliśmy w swoje ręce pamiętnik – wspomnienia pani Bronisławy Pastwińskiej, która z Pszczyny we wrześniu 1939 roku, jako mała dziewczynka musiała razem ze swoimi rodzicami uciekać przed frontem.  Podczas wędrówki na Wschód dotarli do Lwowa, z którego zostali zesłani na Sybir.

Ojciec pani Bronisławy był znanym i szanowanym nauczycielem matematyki w pszczyńskim liceum. Cała rodzina przeżyła prawdziwy dramat podczas pobytu na Wschodzie.  Dziś przy wejściu do tej szkoły znajduje się tablica upamiętniająca osobę Stanisława Ciska, który wrócił do Polski wiele lat po wojnie, gdyż był również więziony przez tamtejszy system. Chcieliśmy przytoczyć kilka fragmentów z tego pamiętnika:

Pierwszy dzień wojny

Do naszego nowo wybudowanego domu na Kolonii Daszyńskiego 51 w Pszczynie sprowadziliśmy się 31 sierpnia 1939 r. Spaliśmy tu tylko jedną noc. Rano 1 września zbudził mnie ryk syreny. Pobiegłam do kuchni. Mama stała przy kredensie, trzymała w ręce budzik i zastanawiała się, czy to dzwoni budzik, czy wyje syrena. Niestety. Był to ryk syreny, który mnie przerażał, więc tuliłam się do mamy. Taty już w domu nie było. Wcześniej wezwano go do Magistratu, gdzie pełnił dyżur przy radio. Miał przekazywać dalej sygnały radionadawcze. Hasło, którego nasłuchiwał brzmiało „czekolada”. Istotnie, kiedy usłyszał słowo „czekolada”, natychmiast przekazał dalej i zaraz zawyła syrena fabryczna, co znaczyło, że zbliża się nalot i należy szybko uciekać do schronów przeciwlotniczych. (Tato był nauczycielem matematyki w Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego w Pszczynie, a ponadto powiatowym sekretarzem Związku Rezerwistów i aktywnym członkiem Ligi Ochrony Powietrznej Państwa).

Ostrzeżenie

Około godziny trzynastej przyszedł do Taty kolega nauczyciel Ślązak Engelbert Gabzdyl i powiedział: Nie możesz pozostawać. To śmierć jeżeli pozostaniesz, nie jesteś tutejszym. Uchodź! Ja ciebie zastąpię. Niemcy się zbliżają. Staraj się zobaczyć z rodziną. Udali się do burmistrza Pszczyny p. Żmija, który natychmiast zgodził się na zamianę. (Engelbert Gabzdyl jak się później okazało był Niemcem i należał do hitlerowskiego Volksbundu, wiedział, że jak wkroczą Niemcy, będą rozstrzeliwać Polaków, a Tato był na liście do rozstrzelania. Rzeczywiście, po wkroczeniu Niemców, następnego dnia aresztowali tych z listy i rozstrzelali pod „Trzema Dębami” w parku pszczyńskim. Po klęsce Niemiec E. Gabzdyl popełnił samobójstwo). Tymczasem po Kolonii Daszyńskiego biegał goniec wołając: Kto chce żyć, niech ucieka.

W stronę Ćwiklic

Mama przerażona spakowała trochę rzeczy do walizki, zabrała nas, dwoje dzieci – ja 4 lata i brat Andrzej 1 rok. Napisała karteczkę do Taty: „Poszłam w stronę Ćwiklic”. Wyszliśmy z domu, Andrzeja położyła do wózeczka, mnie wzięła za rękę i z innymi ruszyła w kierunku stacji kolejowej w Jawiszowicach. W stronę Ćwiklic i dalej Jawiszowic szedł wielki tłum czwórkami.

Tato po zwolnieniu przez burmistrza, pierwsze kroki skierował do starostwa, gdzie panowała napięta sytuacja, skierowano go do szkoły, gdzie wypłacono mu 3 miesięczną pensję (1000 złotych). Jadąc rowerem wstąpił na stację, gdzie stał pociąg ewakuacyjny zupełnie zatłoczony. Udał się do domu, ale tu już nie zastał nikogo tylko wiadomość, że rodzina zmierza do Ćwiklic. Wsiadł na rower i jadąc poboczem szukał w tłumie mamy. Spotkaliśmy się w Górze przed Jawiszowicami. Mama siedziała pod drzewem i płakała, tłum już przeszedł, zapadał wieczór. Powiedziała, że nigdzie nie pójdzie bo ma dwoje małych dzieci. Andrzejek leżał chory w wózeczku, ja miałam pokaleczone nogi. Nagle zjawia się Tato. Wielka radość. Rodzice postanowili iść dalej. Na stacji w Jawiszowicach stał długi pociąg osobowo-towarowy.

Tułaczka pociągiem

Rodzice umówili się, że Mama weźmie Andrzeja, a Tato mnie i ze pojadą do Krakowa, gdzie mieszkała mama Taty oraz rodzeństwo. W końcu zdecydowali się, że Mama wsiądzie z nami do wagonu osobowego, a Tato do towarowego, odkrytego. Zaledwie pociąg ruszył, rozległ się wielki krzyk: Czyje to dziecko! Tatę coś tknęło, wyglądnął i zobaczył mnie płaczącą. Wyskoczył z wagonu, chwycił mnie na ręce i wskoczył do wagonu. Pociąg nieco zwolnił, prawie się zatrzymał, więc Tato zdążył. Pociąg zatrzymał się w Oświęcimiu. Tutaj Tato poszedł do Mamy i powiedział: Byśmy zgubili Bronię. Rodzice postanowili już nie rozdzielać się tylko trzymać razem.

Do Krakowa dojechaliśmy w sobotę, 2 września po południu, po 24 godzinach jazdy. Pociąg zatrzymał się przed stacją Kraków Podgórze. W tym momencie, gdy wysiadaliśmy z pociągu, zaczął się nalot na Kraków. Widzieliśmy cały grad bomb spadających na Kraków i na Kopiec Kościuszki. Wsiedliśmy z powrotem do pociągu i postanowiliśmy jechać dalej na Wołyń do brata mojej mamy. W pociągu czuliśmy się bezpieczniejsi. Pociąg ruszył i zatrzymał się dopiero w Biadolinach. Tutaj przeżyliśmy bardzo silny nalot. Niemcy zrzucali bomby z samolotów i ostrzeliwali z karabinów maszynowych. Trzeba było uciekać do lasu. Było dużo zabitych. My całe szczęście uszliśmy z życiem. Po bombardowaniu, gdy Niemcy odlecieli, wróciliśmy do tego samego pociągu i pojechaliśmy dalej na wschód, kilkakrotnie przesiadając się do różnych pociągów okaleczonych bombami, aż dojechaliśmy do Sokala. W Sokalu nocowaliśmy na stacji na betonie. Rano gdy wstaliśmy był piękny poranek, błękitne niebo, a na tym błękitnym niebie nisko lecący samolot. Zaczęliśmy mu machać, bo nikt nie spodziewał się tutaj niemieckiego samolotu, a on zaczął tak strasznie bombardować.

Do Kowla odjechaliśmy drugiego dnia rano, ale w sumie nie było wiadomo czy dobrze jedziemy. W Kowlu przesiedliśmy się do pociągu do Zdołbunowa, robił on wstrząsające wrażenie. Wszystkie szyby powybijane, dużo drzwi wyrwanych. Późnym wieczorem dojechaliśmy już do Kostopola. Był 8 września 1939 roku.

Na Wołyniu

Do wsi Sołomiak w rejonie Ludwipola było około 30 kilometrów. Mój brat Andrzej był bardzo chory, miał biegunkę. Mama tuz przed wybuchem wojny przestała karmić go piersią, bo miał już prawie rok, w podróży dostawał tylko wodę. Dzięki życzliwości tutejszego felczera pana Sobańskiego (u państwa Sobańskich spędziliśmy jedną noc), biegunkę udało się opanować. Od jednego życzliwego kolejarza Mama dostała paczkę Owomaltiny dla dzieci i właśnie adres pana Sobańskiego, który był jego teściem.

W Kostopolu zajął się nami miejscowy Polak. Postarał się o podwodę, której właścicielem był Ukrainiec. Powiedział on, że możemy być spokojni i że zawiezie nas bezpiecznie na miejsce. Wsiedliśmy na furmankę i zmęczeni zasnęliśmy. Po jakimś czasie Mama słyszy ostrą rozmowę i widzi pięciu Ukrainców z toporami w ręku. Nasz woźnica nas bronił, mówił: detyna mała pokazując na nas i dużo tłumaczył, aż ustąpili i odeszli do lasu. Gdyby nie ten Ukrainiec, nasz los byłby przesądzony.

Napaść ze wschodu

8 września szczęśliwie dojechaliśmy do wujka Władka. Szczęśliwie dotarła tutaj też ciocia Ela (Elżbieta Bylica), siostra Mamy i Wujka, ze swoim 4,5 letnim synkiem Stasiem. Myśleliśmy, że przeczekamy tu wojnę i wrócimy do domu. Niestety. 17 września, gdy Moskale wkroczyli do Polski – wszystkie nadzieje przepadły. Ukraińcy zaczęli kolejno podpalać gospodarstwa osadników i „rozkułaczać” ich. Wujek i ciocia Basia musieli stąd uciekać, a my przenieśliśmy się do Potaszni-Jackowicze, gdzie Tato i ciocia Ela zostali zatrudnieni jako nauczyciele niepełno-średniej szkoły polsko-ukraińskiej. Kierownikiem tej szkoły był pan Stanisław Brodecki urodzony na Sybirze syn zesłańca.

10 lutego 1940 r. przyszedł do nas przerażony i powiedział: Dziś w nocy była wywózka, Moskale wywieźli leśników. Przy okazji zapytał Tatę: Jakie pan ma dokumenty? Tylko książeczkę wojskową – odpowiedział Tato. Brodecki wziął książeczkę i zaczął wolno kartkować, aż nagle krzyknął: Rany Boskie! Co pan ma tu napisane, był pan ochotnikiem w 20 – tym roku? Panie to pewna śmierć! Natychmiast wyrwał starannie kartę, wyjął zapałki i spalił. Oddając książeczkę powiedział: Teraz już pan może być spokojny. Tato nie zdawał sobie sprawy, że pan Brodecki ocalił mu życie.

W Potaszni mieszkaliśmy do 29 czerwca 1940 roku, kiedy to o godzinie pierwszej w nocy przyjechało pod nasz dom czterema podwodami, czterech enkawudzistów. Dwóch wtargnęło do domu, a dwóch stanęło pod oknami z karabinami gotowymi do strzału. Kazali się zbierać, mówiąc: Jedietie w Germaniu było bystrej, bystrej, mówili aby nic nie zabierać, bo tam mamy mieć wszystko. Jeden z enkawudzistów (Żyd), szepnął Ojcu, wskazując na worek mąki wezmicie. Ten worek mąki pozwolił nam przeżyć pierwsze tygodnie na Uralu.

Od tego się zaczęło!

16-11-2011 at 19:51 Kategoria: Opowiem ci o wolnej Polsce Brak komentarzy

Projekt „Sybiracy – droga do wolnej Polski” jest realizowany z młodzieżą ponadgimnazjalną w Powiatowym Zespole Szkół nr 2 w Pszczynie.

Chcemy w ramach tego projektu spotykać się z żywymi świadkami historii – Sybirakami – którzy mogą i chcą opowiadać o traumatycznych wydarzeniach z czasów swego dzieciństwa. Przez wiele lat nie można było mówić o pobycie na Wschodzie, lecz dzisiaj ta tama została już na dobre zerwana, a sami zainteresowani spotykają się z młodzieżą i chętnie dzielą się swymi doświadczeniami.

Projekt jest realizowany głównie przez młodzież skupioną w kole historyczno – regionalnym, działającym w ramach Powiatowego Ogniska Pracy Pozaszkolnej w Pszczynie.

Pierwsze spotkanie z Sybirakami w naszej szkole odbyło się z inicjatywy ucznia klasy maturalnej, który zaproponował, aby na lekcję historii zaprosić sąsiadkę kolegi – panią Stanisławę Pistelok, która zawsze raczyła ich ciekawymi opowiadaniami z okresu jej dzieciństwa i przejawiała w rozmowach, taką prawdziwą, życiową mądrość.

Mogłem tylko się ucieszyć z ciekawego pomysłu i osobiście zaprosić panią Stasię na spotkanie.

Ale nie do końca wyobrażałem sobie przebieg spotkania przedstawicielki Związku Sybiraków z naszą młodzieżą, więc na pierwszym spotkaniu wyprzedzającym lekcję z żywą historią spotkałem się z panią Stanisławą, która okazała się niezwykle energiczną osobą. Całkowicie zaskoczyła mnie jej chęć spotkania się z młodzieżą, ale nie z jedną klasą, lecz przynajmniej z wszystkimi klasami maturalnymi z naszej szkoły.  I tak się stało…

Udało się również na to pierwsze spotkanie sprowadzić Wystawę Sybiraków (opracowaną przez Związek), która w efektowny sposób dopełniła lekcję.

Pani Stanisława  na spotkanie przyszła z  Mieczysławem Hadym i razem opowiadali o traumatycznych przeżyciach z czasów swojego dzieciństwa, kiedy to wraz z rodzicami zostali zesłani na Syberię.  Na sali gimnastycznej, na której zgromadziło się około 200 uczniów nie było rozmów, ani zbędnych ruchów, gdyż słowa wypowiadane przez prawdziwych świadków historii mroziły słuchaczy.

css.php