Konferencja podsumowująca projekt – Warszawa 17-18.01.2014

17 i 18 stycznia 2014, odbyła się w Warszawie konferencja podsumowująca ogólnopolski projekt Paczki Solidarności. Uczniowie naszej szkoły (Tomasz Augustis, Maksymilian Bulczak, Marcin Wilk i Leonrad Zacharski) byli jedynymi uczestnikami ze szkoły podstawowej. Pozostałe kilkanaście szkół uczestniczących w projekcie to gimnazja, technika i licea. Tym bardziej należą się naszym uczniom ogromne gratulacje za godne reprezentowanie zespołu projektowego.

Podczas dwóch dni spędzonych w Warszawie, uczniowie wzięli udział w warsztatach integracyjnych i ewaluacyjnych, podczas których dzielili się opowieściami o swoim projekcie. Przedstawiali pomysły na prezentację zdobytego materiału, wyciągali wnioski z przeprowadzonych działań.

W Muzeum Techniki, 18 stycznia, odbyła się konferencja podsumowująca program. Prowadziła ją Anna Mirska – Czerwińska – szefowa działu programów „Kultura i Media” CEO. Swoją obecnością wydarzenie uświetnili: Pan Joachim Bleicker – minister pełnomocny z ambasady Niemiec, Cornelius Ochman – dyrektor Fundacji Współpracy Polsko – Niemieckiej, Paweł Morsa – dyrektor zarządzający z Polsko – Niemieckiej Współpracy Młodzieży, Joanna Gwiazdecka – dyrektor Fundacji im. Róży Luksemburg, Barbara Cöllen – prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Niemczech, Maria Jarmoszuk – dokumentalistka i producentka oraz Alicja Pacewicz – wiceprezes CEO.

Punktem kulminacyjnym konferencji były targi projektów podczas których uczestnicy musieli zaaranżować atrakcyjne stoiska prezentujące ich projekt. Następnie odbyły się rozmowy z ekspertami, którzy oglądali zgromadzony materiał, dopytywali o szczegóły.

Ostatnim punktem sobotniego spotkania było rozdanie dyplomów i możliwość zwiedzania Muzeum Techniki.

29 listopada 2013 – dzień na podsumowanie projektu w naszej szkole…

 

29 listopada 2013 roku w sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej nr 82 odbyło się podsumowanie projektu Paczki solidarności, które zaprezentowaliśmy całej społeczności szkolnej. Uroczystość rozpoczął Pan Dyrektor witając wszystkich przybyłych. Następnie w imieniu uczestników projektu podziękowaliśmy naszym świadkom historii ( przybyły 3 osoby) za przekazanie cennych informacji i zgodę na udział w projekcie, dzięki czemu mogliśmy go zrealizować. Po krótkim omówieniu celów i idei projektu rozpoczęliśmy nasz program. W różnych miejscach sali gimnastycznej oraz sali komputerowej uczniowie mogli przenieść się na chwilę w lata 80-te.

W „Biurze” pracownicy ( chłopcy biorący udział w projekcie) przyjmowali od poszczególnych klas przygotowane przez uczniów paczki. Paczki te zostały, po zakończeniu uroczystości ,dostarczone do Komisji Caritas , działającej przy kościele p.w. św. Walentego . W mikołajki zostaną one przekazane dzieciom z rodzin potrzebujących pomocy w naszej dzielnicy.

„ Pracownicy biura” rozdawali także kartki , które można było zrealizować w pobliskim „sklepie”.

Oprócz tabliczki wyrobu czekaladopodobnego „panie sklepowe” dodały czasem pomarańczę lub kawałek ciasta ( zorganizowały je dziewczęta biorące udział w projekcie). Po degustacji uczniowie mogli obejrzeć prezentację w Prezi., wystawę przedstawiającą naszych świadków oraz różne zgromadzone w czasie realizacji projektu dokumenty .

W pobliskiej sali komputerowej wyświetlany był film dokumentalny „Paczki solidarności”.

Na zakończenie uroczystości wystąpił zespół ( właściwie 5 zespołów) „ABBA”.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z imprezy i mamy nadzieję , że choć trochę przybliżyła ona uczniom naszej szkoły tę część historii najnowszej , która dotyczyła pomocy, jakiej udzieliły Polakom społeczeństwa innych państw w latach 80-tych.

 

Osoby, z którymi rozmawialiśmy powiedziały…

pan Zbigniew Wilk:
„Znam taką sytuację, że do jednego z kościołów przywieźli paczki, bo dzieci miały pójść do Pierwszej Komunii, to prawie dla wszystkich przysłali ubiory – tak dla dziewcząt, jak i dla chłopców.”
„Nie była to pomoc wielka, ale znacząca – bo jakby nie było, to taką puszkę to się trzymało z olejem na długi czas, po trochę się dodawało, żeby jak najdłużej to starczyło.”
pani Liliana Kohann:
„Zazwyczaj ludzie dawali 10, 20, 30 dolarów, 50 dolarów, tak… 5 dolarów – i nagle zobaczyłam czek od pana, który dał czek na 1200 dolarów i napisał: Niech Bóg błogosławi polskie dzieci. I ja wtedy się po prostu strasznie wzruszyłam i stwierdziłam, że właśnie ta moja praca ma sens i dało mi to taką siłę, żeby kontynuować dalej.”
„Ta świadomość, że zrobiłam, że mogłam pomóc, że zorganizowałam to wszystko i że na pewno było choć trochę dzieci i matek, którym mogłam pomóc, ta satysfakcja trwa we mnie przez całe życie.”
pan Andrzej Kopeć:
„Komisja Charytatywna działała od początku 82 roku przez 5 lat. Także były okresy takie najbardziej intensywnej pracy, kiedy w moim rejonie miałem 50 podopiecznych. Także jechałem swoim samochodem do parafii Św. Brygidy, tam ładowało się kartony do samochodu i potem przekazywałem to swoim współpracownikom. Chodziło o to, żeby każdy opiekował się 5-6 rodzinami, żeby z takimi rodzinami się zaprzyjaźnił, zdobył ich zaufanie, zdobył wszelkie wiadomości o potrzebach tych osób”
„Jeśli chodzi o sytuacje przyjemne, to wiele lat później, już po stanie wojennym, no to bo ja wiem, to może było z 10 lat temu, zachodzę do księgarni, szukałem jakiejś książki. Podchodzi do mnie młoda ekspedientka i pyta: „Czy Pan był w Solidarności?”. „No tak, byłem”. „To ja Pana pamiętam, ja byłam dzieckiem wtedy, Pan przychodził do nas z paczkami, zawsze można było z Panem porozmawiać, no… Znaczyło to dla nas bardzo dużo – myśl o tym, że ktoś o nas pamięta, ktoś pomaga”. No i to była może największa moja satysfakcja z tej pracy.”
pani prof. Joanna Penson:
„I co się okazało, że po tym zamknięciu granic, myśmy nie mieli w szpitalu nic, co było potrzebne dla chorych. To znaczy nie było leków, ale nie tylko leków. Nie było materiałów opatrunkowych… Szpital stał sie kompletnie niewydolny. No i wtedy właśnie rozpoczęła się ta pomoc sąsiedzka, która była ogromna… Pomoc sąsiedzka, która polegała na tym, że całe, wielkie samochody usiłowały dotrzeć do Polski z darami, z jedzeniem, z lekami, z materiałami potrzebnymi szpitalom. Także ze sprzętem poligraficznym, który był potrzebny do drukowania ulotek, do prowadzenia dalszej walki politycznej. To wszystko dostawaliśmy z zagranicy…’
„ No więc tak oni się dowiedzieli, co się u nas dzieje i pospieszyli nam, jeżeli chodzi o Niemców, naprawdę z bardzo cenną i bardzo dużą pomocą. Najrozmaitsze organizacje charytatywne, humanitarne oraz związki zawodowe niemieckie, które pośpieszyły od razu z pomocą swoim kolegom ze związków zawodowych w Polsce. Także ta pomoc była bardzo ofiarna i bardzo obfita. U nas w Gdańsku ta pomoc była zlokalizowana właśnie w kościele św. Brygidy, gdzie proboszczem był członek Solidarności, wielki pomocnik Solidarności, ksiądz Jankowski, który magazynował tą całą pomoc…”
pan Paweł Szablowski:
„Drzwi naszego mieszkania, od świtu do późnego wieczora, nie zamykały się i dzwonek dzwonił bez przerwy. Przychodziły dziesiątki i setki osób, które odbierały swoje przesyłki oraz takich, którzy dowiedziawszy się o dostawie przychodzili prosić o pomoc materialną. Oczywiście nikt nigdy nie odszedł z pustymi rękami…”
„Naszym Belgom (tak ich często nazywaliśmy) zależało na tym, żeby ta pomoc nie była ‚ochłapem’, jak często podkreślali, chcieli się z nami podzielić tym co sami posiadali…”
„Belgijskie organizatorki dostaw dbały zawsze o to, żeby przestrzeń ładunkowa wykorzystana została w całości, tak więc, jeżeli po zapakowaniu paczek indywidualnych zostawało jeszcze wolne miejsce, wypełniano je zakupionymi za zebrane środki, różnego rodzaju dobrami podstawowymi typu mąka, kasza, makaron, olej, proszek do prania, mydło…”

pani Stefania Mazurkiewicz:

„ Ja wtedy mieszkałam ze swoją rodziną na Żabiance. Jest to, to znaczy było w tym czasie osiedle bardzo młode, zamieszkiwane przez właśnie przez rodziny młode z dziećmi, no i ewentualnie zamieszkiwali tam ludzi starsi. W związku z tym w tej dzielnicy było nam bardzo trudno tak jakby powiedzieć przetrwać, bo w sklepach zaczynało brakować żywności, sklepy opustoszały, zaczęło brakować odzieży, no a szczególnie to było kłopotliwe właśnie tak jak powiedziałam w rodzinach, gdzie były dzieci. Moje akurat dzieci były wieku szkolnym, więc bardzo to odczułam. Ale w tym trudnym czasie przyszła pomoc humanitarna zagraniczna do Polski. Zaczęły napływać dary, i to dary właściwie różnorodne. Przychodziła żywność, przychodziła odzież, przychodziły leki, odżywki dla dzieci, mnóstwo różnych rzeczy. Środki czystości”…

…„Więc, tak jak powiedziałam przychodziły różne rzeczy, najwięcej właśnie było takiej, jakby to powiedzieć, żywności. Przychodziło masło, sery, z różnych stron. Bardzo dużo przychodziło żywności z krajów skandynawskich. Zarówno tutaj z zachodniej części Europy, ze Stanów Zjednoczonych. No …, wszystko, czym właśnie ci ludzie z tych różnych krajów chcieli nam pomóc, czym mogli nam pomóc to właśnie w postaci tych darów przychodziło do Polski.”…

…”Tak że ta właśnie, taka międzynarodowa pomoc była wtedy bardzo potrzebna. No nie wiem…może jeszcze tylko powiem to, że chciałabym właśnie żeby dzieci sobie uświadomiły jak ważna jest taka, właśnie…solidarność międzyludzka i taka międzynarodowa, że myśmy byli jako kraj też w bardzo trudnej sytuacji, pojedyncze rodziny w bardzo trudnej sytuacji, ale jako Polska też ogólnie rzecz biorąc, i ludzie nam przyszli z pomocą. Przecież przy tych darach pracowało mnóstwo ludzi. Najpierw ci którzy tam właśnie się zorganizowali w różnych krajach, zbierali to wszystko, przygotowywali, przysłali do Polski, no a później tutaj też w Polsce Solidarność, że to wszystko trzeba było przygotować, popakować, rozdzielić i to też do tego się musiało być zaangażowane bardzo dużo ludzi”…

…„Co bym jeszcze tu mogła powiedzieć, a chciałam jeszcze taką rzecz, to już jest moje przemyślenie,, że właśnie jeszcze wracając to tych, do zaangażowania tych ludzi, którzy przy tym wszystkim pracowali to ważne też było to, żeby musieli to być ludzie, zresztą byli to ludzie bardzo, tacy życzliwi, serdeczni, którzy, no poświęcali swój czas bezinteresownie i ludzie odznaczający się też wielką kulturą, bo dla nas ten czas był trudnym. Myśmy przecież pracowali, a mimo wszystko byliśmy w pewnym sensie trochę w jakimś… w pewnym sensie w biedzie. W związku z tym byliśmy bardzo też i wrażliwi na to, żeby nas gdzieś tam nie upokorzono czy coś, bo i tak czuliśmy się, ja przynajmniej to mówię o sobie, ja i tak czułam się w tym czasie upokorzona, że musiałam korzystać z tej pomocy. Ona była bardzo przydatna dla mojej rodziny, nie mniej jednak , nie mniej jednak czułam się też i upokorzona, bo tak jak powiedziałam, oboje pracowaliśmy z mężem i przecież nie byliśmy rodziną biedną, a musieliśmy z tego korzystać. I to było właśnie bardzo cenne, że ci ludzie darzyli, byli życzliwi i za to wszystko, w tych moich wspomnieniach jestem bardzo wdzięczna tym, którzy przesyłali te paczki, którzy przy tym pracowali tutaj, na miejscu rozdzielali, że to była naprawdę bardzo piękna, taka międzynarodowa, i tu polska, solidarność. No nie wiem, chyba się trochę rozczulam przy tym.” …

Wywiad z panem Zbigniewem Wilkiem.

Część grupy realizującej projekt „Paczki solidarności”, spotkała się 28 października z kolejnym świadkiem. Tym świadkiem był Pan Zbigniew Wilk, emerytowany pracownik Stoczni Gdańskiej, który opowiedział o pomocy, jakiej udzielały państwa zachodnie Polsce w latach 80-tych. Pomoc ta, to paczki żywnościowe i z ubraniami, które przychodziły z Niemiec, Francji i innych krajów. Ze środków żywnościowych nasz świadek najbardziej zapamiętał duże pojemniki z olejem i wielkie kręgi sera. Dystrybucją tych paczek zajmowały się głównie parafie, ale i na terenie Stoczni działały komisje, które rozdzielały paczki najbardziej potrzebującym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wywiad z panem Pawłem Szablowskim – fragmenty

„Pomoc humanitarna organizowana przez Krystynę Szablowską

W początku lat osiemdziesiątych, kiedy po okresie kilkunastu miesięcy wielkiej nadziei, ogłoszono w Polsce stan wojenny, niejednemu z nas świat się zawalił.

Poczuciu wielkiej beznadziei towarzyszyła świadomość wzrastającego niedostatku materialnego. Brakowało niemal wszystkiego. Sklepy były puste. Jak grzyby po deszczu rodziły się wówczas na Zachodzie ośrodki pomocy Polakom. Do Polski zaczęły docierać regularne dostawy pomocy humanitarnej, na którą władze komunistyczne, choć niechętnie, się godziły pod określonymi warunkami. Odbiorcą pomocy nie mogły być osoby prywatne. Pomoc nie mogła mieć charakteru zindywidualizowanego. Do wskazanych instytucji charytatywnych w Polsce docierały dostawy dziesiątek lub setek ton żywności, środków czystości itd, które w tych instytucjach dystrybuowano przypadkowym, lub wybieranym wg określonego klucza osobom.

Na przekór tym obostrzeniom, moja matka wraz z grupą zaprzyjaźnionych Belgów postanowiła zorganizować pomoc humanitarną o charakterze indywidualnym, której przyświecała idea zawiązywania więzi osobistych pomiędzy darczyńcą a obdarowanym.

Latem 1981 roku, moja matka wybrała się do Belgii, gdzie spotkała się ze środowiskiem tamtejszej inteligencji, skupionej wokół państwa Zofii i Leona Komorowskich (Zofia Komorowska i moja matka były koleżankami z lat szkolnych). Po stronie Belgijskiej inicjatorkami były Joland Donceel i Sabine de Schatzen.

Zadaniem strony belgijskiej było stworzenie listy / grupy rodzin chętnych do indywidualnej pomocy. Zadaniem mojej matki było znalezienie i wytypowanie rodzin – kandydatek do przyjęcia takiej pomocy.

Obie listy (belgijska i polska) zostały ze sobą powiązane, w ten sposób, że każdej rodzinie polskiej przydzielono rodzinę – opiekunkę w Belgii. Niektóre polskie rodziny przypisane były do więcej niż jednej rodziny belgijskiej. To te rodziny, które miały kontakt z osobami represjonowanymi politycznie i w sposób anonimowy dystrybuowały otrzymywane dobra dalej.

Ze względu na obowiązujący zakaz kierowania pomocy humanitarnej do konkretnych osób czy rodzin, poszczególnym rodzinom polskim i belgijskim przydzielono numery i takimi się posługiwano przy oznaczaniu paczek…”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wywiad z panem Andrzejem Kopciem – fragmenty.

29 października przeprowadziliśmy kolejny już wywiad. Naszym gościem był pan Andrzej Kopeć, zajmujący się w latach 80-tych dostarczaniem darów z Zachodu potrzebującym rodzinom z Gdańska. Na liście osób, którym p. Andrzej osobiście przekazał paczkę, znalazł się m.in. Lech Wałęsa.

Andrzej Kopeć urodził się 25.04.1942r. w Wilnie. W 1965r. ukończył studia na Politechnice Gdańskiej jako mgr inż. elektronik. Udzielał się w Komitecie Założycielskim Solidarności na PG, współpracował z podziemiem Solidarności, a także był członkiem Komisji Charytatywnej przy kościele Św. Brygidy (do końca stanu wojennego). Na Politechnice Gdańskiej pracował do 1989r., później pełnił funkcje managerskie w przemyśle i handlu. Od 2007r. jest na emeryturze, a obecnie zajmuje się tłumaczeniem tekstów technicznych z j. angielskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fragmenty wywiadu:

„Na początku stycznia 1982 roku dowiedziałem się od kolegi, od Stefana Gomowskiego, który poinformował mnie o powstaniu Komisji Charytatywnej, siedziby na działalność komisji udzielił ksiądz Jankowski, proboszcz kościoła Św. Brygidy w Gdańsku. Tam Komisja otrzymała malutki pokoik na biuro i spore pomieszczenia w piwnicy na magazyny. Zaczęły napływać całymi trakami, dużymi samochodami ciężarowymi dary z zagranicy, głównie z Niemiec, z Francji. I była magazyn żywnościowy, magazyn odzieżowy, bo przychodziła też odzież i był magazyn leków, bo okazało się, że szereg osób potrzebuje leków, że w szpitalach brak lekarstw i na szczęście kraje zachodnie zaczęły pomagać. W Komisji Charytatywnej były takie dwa piony: jeden pion to był dystrybucji darów, a drugi pion to był pion informacji. Szefem dystrybucji darów był Stefan Gomowski, pracownik Politechniki, a Piotr Nowina-Konopka, który obecnie jest ambasadorem Polski przy Watykanie, był szefem pionu informacyjnego. Bo trzeba było zebrać informacje o ludziach, którzy zostali aresztowani, którzy stracili pracę. Takie informacje bardzo często trafiały do parafii. Dlatego cenną dla nas była współpraca z kościołem. Odwiedzaliśmy proboszczów i od nich otrzymywaliśmy adresy osób potrzebujących. Zasad była taka, że co miesiąc każda rodzina potrzebująca otrzymywała paczkę żywnościową. Wielkość tej paczki zależała od ilości osób w rodzinie. Zależało też od tego, czy są małe dzieci, czy są sami dorośli. I raz w miesiącu były odbierane paczki z kościoła Św. Brygidy i rozwożone po ludziach. Jak to było zorganizowane? Zostali wyznaczeni szefowie takich rejonów, których nazwaliśmy prałatami, ja m. in. byłem takim prałatem. Miałem do obsługi kila parafii we Wrzeszczu. Oczywiście sam bym nie dał rady, więc wciągnąłem do współpracy kolegów. Miałem do współpracy ok. 8-10 osób. Ilość ludzi potrzebujących była różna w różnym okresie. Komisja Charytatywna działała od początku 82 roku przez 5 lat. Także były okresy takie najbardziej intensywnej pracy, kiedy w moim rejonie miałem 50 podopiecznych. Także jechałem swoim samochodem do parafii Św. Brygidy, tam ładowało się kartony do samochodu i potem przekazywałem to swoim współpracownikom. Chodziło o to, żeby każdy opiekował się 5-6 rodzinami, żeby z takimi rodzinami się zaprzyjaźnił, zdobył ich zaufanie, zdobył wszelkie wiadomości o potrzebach tych osób.”

„Każdy taki prałat dostał zaświadczenie od biskupa Kaczmarka, że jest członkiem Komisji Charytatywnej, która działa na rzecz pomocy ludziom potrzebującym, na wszelki wypadek, na wypadek jakiegoś aresztowanie, legitymowania, bo w każdej chwili mógł człowieka zatrzymać milicjant:€“ „Co pan tu robi, co to są za paczki?”. Także wtedy można było to pokazać. Ale nie tylko do takich celów się przydawały te zaświadczenia, bo czasami, ludzie, do których się przychodziło pierwszy raz byli nieufni, bo mogli być ktoś z SB potrzymał się za działacza Solidarności i mógł jakieś wyciągać informacje, czy prześladować dana rodzinę. No to wtedy pokazywało się zaświadczenie, no była pieczątka kurii.”

„Najwięcej kłopotów miałem z dostaniem się do mieszkania Lecha Wałęsy. Akurat miałem takie szczęście, że ten rejon na Zaspie był pod moja opieką i osobiście odnosiłem tam paczki. A paczka była ciężka, ledwo mogłem udźwignąć, bo tam było siedmioro dzieci. I pierwszy raz zapukałem, otworzyła mi pani Wałęsowa, ale tylko uchyliła drzwi, przez łańcuch. I mówię, że jestem z Komisji Charytatywnej, że przyniosłem paczkę, taka wielka paka stoi. No i tak patrzy na mnie podejrzliwie i nie chce mnie wpuścić. No to wtedy pokazałem zaświadczenie od biskupa. Popatrzyła, popatrzyła… No dobrze… Wpuściła mnie. Zobaczyli, co w środku, od razu zbiegły się dzieci, zadowolone z słodyczy, jakichś, zaczęliśmy rozmawiać. No i tak zaprzyjaźniliśmy się. Już potem nigdy nie miałem kłopotów z wejściem.”

„W tym czasie Lech Wałęsa był internowany w Arłamowie w Bieszczadach, a w mieszkaniu Wałęsów mieszkał ochroniarz Wałęsy, Henryk Mażul, to był stoczniowiec,  no już emerytowany wtedy. Dzieci nazywały go dziadkiem. I on stale tam mieszkał i opiekował się ta rodziną. A mogę Wam powiedzieć już taką prywatną ciekawostkę, że dopiero potem, po śmierci tego pana Mażula, dowiedziałem się, że on pochodził z Wilna i był w partyzantce razem z moim ojcem. Był w tym samym plutonie, był podkomendnym mojego ojca. Gdybym ja to wiedział wcześniej, bo dowiedziałem się tego z książki, gdybym wiedział wcześniej, no to byśmy sobie z panem Mażulem też powspominali, posłuchałbym chętnie jego wspomnień wojennych.”

„Jeśli chodzi o sytuacje przyjemne, to wiele lat później, już po stanie wojennym, no to bo ja wiem, to może było z 10 lat temu, zachodzę do księgarni, szukałem jakiejś książki. Podchodzi do mnie młoda ekspedientka i pyta: „Czy Pan był w Solidarności?”. „No tak, byłem”. „To ja Pana pamiętam, ja byłam dzieckiem wtedy, Pan przychodził do nas z paczkami, zawsze można było z Panem porozmawiać, no… Znaczyło to dla nas bardzo dużo – myśl o tym, że ktoś o nas pamięta, ktoś pomaga”. No i to była może największa moja satysfakcja z tej pracy.”

Liliana Kohann (Przewłócka) – artykuł z gazety amerykańskiej i wywiad.

P. Liliana Kohann od 1984r. mieszka w Ameryce. Zajmuje się działalnością artystyczną – śpiewa, komponuje, pisze piosenki i wiersze (przykłady twórczości dostępne na stronie: http://www.lilianakohann.com/music–film.html). Dorastała w Gdańsku, gdzie od najmłodszego dzieciństwa realizowała się twórczo. W wieku 19 lat miała już ponad 500 własnych utworów. Początkowo planowała wyjechać do Ameryki wyłącznie na wakacje, jednak pobyt przedłużył się, a wprowadzony w Polsce stan wojenny uniemożliwił szybki powrót do domu.

Z pomocą dla dzieci ( środa, 30 czerwca 1982)

Jest Polką, śpiewa, planuje koncerty…

(autor: David Duff)

Liliana Przewłócka to 23 letnia obywatelka Polski. Przebywa w USA (w większości w Edinie) od lipca 1981 roku. Planuje powrócić do domu w Gdańsku, w Polsce, w sierpniu. Ale przed powrotem planuje zrobić jeszcze kilka ważnych rzeczy.

Po pierwsze, chce zebrać pieniądze dla biednych polskich dzieci. Już nawet wie, jak to zrobić. Po drugie, jest zaproszona w lipcu, na wesele swojej przyjaciółki (u której mieszka) Sheili Malley.

Liliana i Shelia po raz pierwszy spotkały się w Polsce, latem 1980 roku. Shelia przebywała wówczas na koloniach letnich (zorganizowanych przez parafię). Dziewczyny poznały się na dworcu kolejowym, zaczęły ze sobą rozmawiać, gdy okazało się, iż obydwie grają na gitarach.

Latem 1981 roku, rodzina Sheili zaprosiła Lilianę do siebie. Liliana znalazła się w USA, ale nie obyło się bez kłopotów….”Przed sierpniowymi strajkami w Polsce, w 1980 roku, ciężko było wyjechać do krajów kapitalistycznych. Teraz nie ma możliwości wyjechania z Polski, nawet do Czechosłowacji ani do ZSRR.” – powiedziała Liliana w zeszłotygodniowym wywiadzie. „USA? Trzeba stać w bardzo długiej kolejce, aby aplikować o wizę.”

Pobyt Liliany w USA przedłużył się….na dwa tygodnie przed planowanym powrotem do domu, otrzymała telegram od rodziców: „Nie wracaj”. Kontakt telefoniczny i listowny był możliwy tylko do czasu ustanowienia stanu wojennego w Polsce, czyli do 13 grudnia 1981 roku.

Przez 3 miesiące nie miała żadnego kontaktu z rodziną z Gdańska. Później zaczęły się pojawiać listy, ale wszystkie były wcześniej otwierane (cenzura). Do dzisiaj (czerwiec 1982) nie ma możliwości zatelefonowania.

Liliana wierzy, że sytuacja w Polsce powoli się zmienia. Stan wojenny trwa, ale nie ma już strajków. Niestety bardzo wzrosły ceny, bez jakiegokolwiek wzrostu pensji.

Szpitale znajdują się w bardzo trudnej sytuacji. Liliana bardzo niepokoi się o opiekę socjalną, jaka powinna być zapewniona małym dzieciom. Jedzenie i inne potrzebne rzeczy dla niemowlaków są bardzo trudno dostępne. Matki muszą stać w bardzo długich kolejkach, aby zdobyć cokolwiek dla swoich dzieci.

W trakcie pobytu w USA, Liliana ukończyła muzykoznawstwo na Uniwersytecie Minnesota. Wcześniej studiowała na Akademii Muzycznej w Polsce, śpiewała w chórze (raz nawet dla Papieża).

W podzięce za swoją dobroć i życzliwość, otrzymała od rodziny Sheili wspaniały prezent – gitarę. „Nigdy w życiu nie spodziewałabym się tak wspaniałego prezentu” – mówi Liliana.

Liliana planuje zorganizować w lipcu 3 koncerty. Dochód z tych koncertów będzie przeznaczony na rzecz potrzebujących dzieci w Polsce. Wśród zaproszonych artystów znajduje się pianista Tadeusz Majewski (który przybył z Krakowa z wizytą do USA), chrześcijańska grupa muzyczna. W sumie 60 osób będzie występowało podczas koncertów.

Koncerty odbędą się: 7 lipca w kościele św. Leonrada (Aleja Bohland 2055), 14 lipca w kościele św. Patryka (Valley View Road 6779, Edina) oraz 21 lipca w kościele św. krzyża (University Ave. 1621, Minneapolis). Wszystkie koncerty rozpoczynają się o godzinie 19:00. Dobrowolne datki będą mile widziane. Ewentualne czeki powinny być wystawione na „Minnesota CROP Food for Poland” lub „Catholic Relief Services”.

Wywiad prowadzony przy użyciu Skype:

Wywiad z Panią Stefanią Mazurkiewicz

Stefania Mazurkiewicz ( z.d. Zyzik) urodziła się w Częstochowie. Ukończyła Politechnikę Opolską i Częstochowską. W Gdańsku poznała męża i została na Wybrzeżu. Pracowała w Zakładach Włókienniczych „Fala”, w którym kierowała działem szwalni. Urodziła czworo dzieci.

Autor- Leonard Zacharski

24 października 2013r spotkaliśmy się z kolejnym świadkiem wydarzeń – Panią Stefanią Mazurkiewicz, która opowiedziała nam o pomocy, jakiej udzielały Polsce państwa europejskie w latach 1980-1983. Mieszkająca wtedy w Gdańsku – Żabiance Pani Mazurkiewicz, jak większość mieszkańców naszego miasta korzystała z tej pomocy. Dystrybucją paczek, które przychodziły wtedy do Polski zajmowała się szkoła, parafia i przychodnia. Pomoc była ogromna. Przysyłano artykuły żywnościowe, ubrania, środki czystości. Otrzymywana pomoc miała duże znaczenie dla rodzin, którym w tamtych czasach wszystkiego brakowało (sklepy świeciły pustkami). Pomimo tego, że wszyscy pracowali, trudno było utrzymać rodzinę. Dla wielu osób korzystanie z tej pomocy było upokarzające. Na szczęście darczyńcy przekazywali pomoc taktownie i z życzliwością. Jak podkreślała Pani Mazurkiewicz bardzo ważna okazała się ta solidarność między ludźmi.