Fantom bez twarzy |

Program

  • Literacki Atlas Polski. Reportaże [A]

Szkoła

  • Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 8 im. Jana Pawła II w Gdańsku, Gdańsk
  • Uczeń

Odwiedziny

  • Stronę odwiedzono: 12169 razy

Informuj o wpisach


cze/12

2

Mała czarna śmierć, czyli o broni palnej w XV i XVI wieku

            autor wpisu: Nel 

             Proch został wynaleziony w Chinach już w starożytności. Wykorzystywany był głównie do pokazów sztucznych ogni. Jednak ta łatwopalna substancja  została użyta do celów wojskowych dużo, dużo potem, dopiero w XIV wieku n.e.

              Pierwsze bronie palne były proste w budowie. Według niektórych zapisków miały one kształt wydłużonego wazonu, a pociskiem nie była kula, tylko strzała wetknięta w lufę. Wylot lufy uszczelniono dodatkowo płótnem, tak aby to ciśnienie i wybuch mini-eksplozji wyrzucił strzałę.

Tak mogła wyglądać pierwsza broń palna.

              W XV wieku zbudowano bombardę. Była ona w swoim rodzaju mobilną armatą, która mogła regulować kąt podniesienia lufy. Z niej wystrzeliwano kule kamienne podczas oblężenia zamków i miast. Z resztą, jeżeli przyjrzeć się uważnie ścianie Zbrojowni ze strony Katowni i Bramy Wyżynnej, dostrzeżemy tu i ówdzie takie właśnie kamienne kule, które z powodu za małej siły wbiły się w fasadę nie demolując jej. Nie wiemy jednak czy te kule zostały wystrzelone właśnie z bombardy czy z innej broni palnej.

             Najprostsze ręczne bronie palne z XV wieku to rusznice i hakownice. Jako, że były one dość ciężkie, przed oddaniem strzału strzelec najpierw opierał broń o jakąś podpórkę, np. o mur, burtę wozu, pionową tarczę lub po prostu o głaz. Hak umocowany przy lufie służył do osłabiania siły odrzutu broni podczas strzału. Hakownicami i rusznicami najchętniej posługiwała się piechota, w której kusze zaczęły stopniowo znikać.

                Po wynalezieniu zamka lontowego (służył on do podpalenia prochu przez palący się lont i spowodowania wystrzału) użytkowanie broni palnej znacznie wzrosło. Nie były one tak ciężkie, więc nie trzeba było je o nic opierać, ich cena nie była bardzo wysoka, były praktyczne i proste w użyciu.

               Na początku XVI wieku wynaleziono nowy rodzaj zamka w broni palnej – zamek kołowy. Był on istną techniczną rewelacją. Tu podpalenie prochu było przez iskrę wywołaną pocieraniem koła o piryt. Taką broń łatwo można było obsługiwać jedną ręką, dlatego powstał pierwszy pistolet. Twórcą zamka kołowego jest prawdopodobnie włoski geniusz Leonardo da Vinci.

               Nie wiemy czy gdański rozbójnik Szymon Matern posiadał jakiekolwiek bronie palne, ale teoretycznie jest to całkiem możliwe!

 

Źródła:

- Dzieje wojska polskiego od czasów Mieszka po dzień dzisiejszy, Rafał Korbal, Wyd. PODSIEDLIK-RADANOWSKI I SPÓŁKA, Poznań 1997

- czasopismo Batalie i wodzowie wszech czasów nr 22, Wyd, Rzeczpospolita, 14 czerwca 2008

- czasopismo Batalie i wodzowie wszech czasów nr 23, Wyd, Rzeczpospolita, 21 czerwca 2008

- czasopismo Batalie i wodzowie wszech czasów nr 25, Wyd, Rzeczpospolita, 5 lipca 2008

- czasopismo Bitwy świata nr 1, Wyd. Rzeczpospolita, 17 marca 2007

- kkr.nsc.pl

- wszystkie zdjęcia pochodzą z Internetu

 

Brak tagów

cze/12

2

Żyj lub giń, czyli o broni białej w XV i XVI wieku

         autor wpisu: Nel    

           „Żyj lub giń” – tą zasadą musiał prawdopodobnie kierować się Szymon Matern. Często toczący potyczki z miejskimi władzami, wiecznie pojedynkujący i ciągle walczący bandyta na co dzień liczył się ze śmiercią. Aby jej uniknąć musiał być bardzo sprawny fizycznie: ruchy miał zwinne, w kończynach dużo siły, był wytrzymały. Bez tego żaden rozbójnik by nie przetrwał. Jednakże sama sprawność i siła fizyczna nie wystarczała do przeżycia nawet doświadczonemu zbójowi. Aby przetrwać i organizować udane grabieże, potrzebna była broń.

               W zależności od rodzaju walki uzbrojenie było inne. My zajmiemy się tą bronią, którą mógł posługiwać się gdański rozbójnik Matern żyjący na przełomie XV i XVI wieku.

               Szymon i jego banda zawsze atakowali z zaskoczenia, szybko się przemieszczali,byli nieuchwytni. Wykluczone więc, by walczyli w zbrojach. Były zbyt ciężkie do sprawnego poruszania się i niezwykle kosztowne. Poza tym, wypolerowana, klekocząca i świecąca zbroja rzuca się w oczy w ciemnym i ponurym lesie. Nie, Szymon Matern musiał mieć stosowniejsze uzbrojenie. Lekka, wykrzywiona szabla idealnie pasowała do nagłego starcia z bezbronnym przeciwnikiem. Miecze również musiały być często używane. Ale nie mówimy o tych długich na 1,5 m i bogato zdobionych dwuręcznych mieczach, ale o tych krótszych, jednoręcznych, bardziej praktycznych. Podobnie jak Robin Hood, Matern i jego ludzie musieli również często używać łuków, dzięki którym nie dochodziło do bezpośredniego       starcia.

              Pod koniec średniowiecza inną popularną bronią strzelającą na dużą odległość była też kusza. Miała ona większy zasięg niż łuk, lepszą celność i większą siłę. Dobrze wystrzelony bełt potrafił przebić na wylot nawet stalowe zbroje szlachty. Jednak łuk można było szybko naciągnąć, natomiast aby kusza była gotowa do kolejnego strzału, pokonać trzeba było mnóstwo etapów, które zajmowały dużo czasu, a właśnie jego w ferworze walki było najmniej. Nie wykluczone jednak, że banda Szymona miała mordercze kusze.

 

              Inną bronią, który każdy szanujący się bandyta posiadał, był stalowy sztylet. Szczególnie praktyczny, lekki, podręczny i nie rzucający się w oczy, stał się bardzo popularny.

             Na przełomie XV i XVI wieku istniało jeszcze wiele broni, każda skuteczniejsza od drugiej. Walczono toporami, maczugami, mieczami i włóczniami o przeróżnych zakończeniach.

             .

 

 

 

 

 

                 Ale to tylko broń biała.          

                Nie myślcie, że ludzka wyobraźnia na tym zaprzestała.

 

Źródła:

- Dzieje wojska polskiego od czasów Mieszka po dzień dzisiejszy, Rafał Korbal, Wyd. PODSIEDLIK-RADANOWSKI I SPÓŁKA, Poznań 1997

- czasopismo Batalie i wodzowie wszech czasów nr 22, Wyd, Rzeczpospolita, 14 czerwca 2008

- czasopismo Batalie i wodzowie wszech czasów nr 23, Wyd, Rzeczpospolita, 21 czerwca 2008

- czasopismo Batalie i wodzowie wszech czasów nr 25, Wyd, Rzeczpospolita, 5 lipca 2008

- czasopismo Bitwy świata nr 1, Wyd. Rzeczpospolita, 17 marca 2007

- wszystkie zdjęcia pochodza z Internetu

 

 

 

 

 

Brak tagów

cze/12

2

Herb Ferberów

            autor wpisu: Nel

 Wiecie już, że na herbie Ferberów widnieją trzy świńskie łby. Jak one się tam znalazły, dowiecie się z poniższego streszczenia legendy Ferber, Cerber ma trzy głowy napisanej przez Jerzego Sampa.

 

              Syn Konstantego II Ferbera, Konstantyn III rósł szybko i kiedy był w odpowiednim wieku ojciec posłał go do Szkoły Mariackiej w Gdańsku. Pewnego dnia w klasie nauczyciel zaczął opowiadać o wierzeniach starożytnych Greków. Mówił  właśnie o Hadesie i o trójgłowym Cerberze, kiedy jeden z kolegów Kostka uświadomił sobie, że w rodowym herbie Ferberów też są trzy głowy. Po zakończeniu lekcji zaczął więc krzyczeć „Ferber, Ferber, ma trzy głowy tak jak Cerber!”. Ten okrzyk bardzo spodobał się reszcie klasy i wkrótce wszyscy zaczęli pokazywać palcem Kostka ze słowem „Cerber” na ustach. Na początku Kostek nie zwracał uwagi na te głupie okrzyki, ale w końcu zaczęły go denerwować i gdy wrócił do domu był wściekły. „Inni mają w swoich herbach lwy, gryfy, orły, rumaki, my zaś głowy wieprzaków. Cóż to za zaszczyt?” mówił w kółko. Kiedy przyjechał jego dziadek Konstantyn I, postanowił mu się zwierzyć. Wtedy stary Ferber opowiedział mu dlaczego w ich herbie są trzy głowy świń.

                    Podczas gdy rządził pradziad dziadka Kostka, czyli Ewert Ferber, Gdańsk znalazł się w niebezpieczeństwie. Wróg obległ miasto i żądał poddania się gdańszczan. Jednak mieszkańcy, choć było ich mniej i byli gorzej uzbrojeni, bronili się długo i zapalczywie. Napastnicy wysyłali nawet listy z groźbami do burmistrza, ale na nic. Wrogowie postanowili więc zagłodzić gdańszczan na śmierć. Zabronili dostarczania żywności Gdańskowi drogą lądową i morską, spalili pobliskie osady i przedmieścia. Ten plan działał, bo rzeczywiście zapasy żywności mieszczan zaczęły się kurczyć w błyskawicznym tempie. Wróg był nieustępliwy. Codziennie ostrzeliwał złapanych gdańszczan, ale nikt się nie poddawał, a żywności ubywało w mgnieniu oka. Gdy nadeszła zima, najeźdźcy nadal byli u podnóża bram, a w mieście jedyną pozostałą żywność stanowiły trzy wieprze. Burmistrz Ewert kazał je zabić i podzielić mięso wśród ludności, natomiast łby wziął ze sobą i załadowawszy je do armaty, wystrzelił w wrogie pozycje. Ludność Gdańska była zszokowana. Przecież z tych trzech świńskich głów można było wyżywić mnóstwo osób! Jednak za czynem Ferbera krył się pewien plan. Otóż jakie to było zdziwienie przeciwnika, gdy miasto, któremu od trzech miesięcy odcinano dopływ wszelkiej żywności, wystrzeliwuje pożywienie. Niechybnie oznaczało to, że mieszkańcy mają jej jeszcze mnóstwo! Po tym akcie bezczelności ze strony burmistrza, wróg wreszcie opuścił pozycje wiedząc, iż nie zdoła zdobyć miasta i że w dodatku nadchodzi bardzo sroga zima.

                  W Gdańsku panowała euforia jak nigdy. Gdańszczanie byli niezwykle wdzięczni mądremu burmistrzowi, któremu zawdzięczają życie. Uczynili z niego prawdziwego bohatera, a do herbu trafiły te trzy świńskie łby.

                  Po tej opowieści młody Konstantyn już nie wstydził się własnego herbu i gdy osiągnął wiek dojrzały, umieszczał go gdzie tylko mógł.

 

 Streszczenie to powstało na podstawie książki Legendy gdańskie. Baśnie, podania i przypowieści, Oficyna Wydawnicza „GRAF”, Gdańsk 1992.

 

Poniższy rysunek herbu ferberów pochodzi z Internetu.

 

 

 

Brak tagów

maj/12

22

Konstantyn I, II i III Ferber

autor wpisu: Nel

W poprzednich wpisach opisałyśmy Ewerta, Johanna, Maurycego i Eberharda Ferberów. Teraz garść informacjo o dalszych losach tej rodziny.

 

            Najmłodszym synem burmistrza Eberharda był Konstantyn I (Constantin). Urodził się on w 1520 roku w Gdańsku i podobnie jak ojciec okazał się być niezłym ziółkiem: wielbił pieniądze i władzę. Miał nawet willę poza miastem, którą nazwał od swojego imienia Konstantynopolem. Gdańszczanie byli zieloni ze zazdrości. Jednak powinni być mu także wdzięczni, gdyż to on założył w Gdańsku pierwszą Wyższą Szkołę Ewangelicką, tzw. Particular. Mimo że był zagorzałym luteranem, to także on sprowadził do miasta Jezuitów. Niestety, dopuszczał się też licznych występków, za które dwa razy przyszło mu płacić aresztowaniem i utratą miana burmistrza. Jednakże po powrocie do Gdańska odzyskiwał swój urząd.

            Konstantyn I miał kilkoro dzieci. Jedno nosiło imię Konstantyn (Constantin) II. O tej postaci nie wiemy zbytnio dużo. Na pewno urodził się w 1550 roku, a zmarł w 1623 roku. Mieszkał w Gdańsku, ożenił się z Elżbietą z domu Hacken i cieszył potomstwem. Posiadał też stanowisko ławnika i był rajcą. Więcej informacji o nim nie znalazłyśmy.

            Stanowczo więcej wiemy o jego synu, Konstantynie (Constantin) III. Urodził się on w 1580 roku, został ławnikiem, potem rajcą, aż wreszcie burmistrzem. Z dzieciństwem małego Kostka wiąże się pewna legenda.

            Zrobiłyśmy streszczenie tej historii napisanej ręką Jerzego Sampa. W książce nosi ona tytuł Szczęście w nieszczęściu.

 

            Historia ta zdarzyła się pewnego pięknego dnia. Wszyscy mieszkańcy Gdańska wyszli ze swych domów, by być świadkami powitania pary królewskiej, która właśnie bawiła na Pomorzu. Wielki orszak wyruszył spod ratusza w kierunku Złotej Bramy, gdzie lada chwila pojawić się miał sam król wraz z żoną. Po powitaniu pary królewskiej przez władze miasta orszak z gośćmi ruszył z powrotem do ratusza. Były fanfary, kolorowe chorągiewki, huki armat, piękne konie, dostojnicy gdańscy, ławnicy, burmistrz i rajcy, a pośród nich Konstantyn II Ferber. Wszyscy pchali się pod domami na ul. Długiej, gdyż każdy chciał zobaczyć tę niezwykłą procesję. Wiele osób pootwierało szeroko okna kamienic i machało chusteczkami w kierunku dostojników. Dzieci Ferbera również witały w ten sposób orszak.

Tylko jedna osoba nie była zainteresowana zamieszaniem, a był to kaszubski rybak Kryżan, który w wielkim koszu na plecach niósł świeże ryby do domu Ferberów. Musiał przeciskać się przez tłum, co było nie lada zadaniem. Kiedy Kryżan był kilka metrów od celu przed własną kamienicą dumnie przejeżdżał Ferber. Podniósł głowę, by z uśmiechem spojrzeć na swoje pociechy. W tym momencie mały Kostek krzyknął „Tatusiu!” i jako że się za bardzo wychylił, wypadł przez okno. Przerażony ojciec zeskoczył z konia i ruszył ku kamienicy. Wszyscy znieruchomieli, orszak się zatrzymał. Natomiast rybak Kryżan, widząc spadającego Kostka, zachował zimną krew, nastawił swój wielki kosz pełen ryb tak, że mały Konstantyn wpadł prosto do niego. Uradowany rybak wykrzyknął: „Dzięki Bogu! Rybka dała się złapać”. Ojciec Kostka zaczął płakać ze szczęścia i tuląc oszołomionego, ale całego i zdrowego chłopca, hojnie wynagrodził Kaszuba. Rybak trafił nawet przed majestat królowej, która osobiście podziękowała mu i pogratulowała, a także wręczyła piękny srebrny medalion.

Całe to wydarzenie zostało przedstawione na wspaniałym epitafium w kaplicy Św. Baltazara (nazywanej również kaplicą Ferberów) w Kościele Mariackim. W środkowej części epitafium wyrzeźbiony został spadający z obłoków mały chłopiec.

 

Streszczenie to powstało na podstawie książki Legendy gdańskie. Baśnie, podania i przypowieści, Oficyna Wydawnicza „GRAF”, Gdańsk 1992.

 

 

 

        Konstantyn I Ferber

 

 

 

 

 

      Konstantyn III Ferber

 

 

Źródła:

- Henryk Zins, Ród Ferberów i jego rola w dziejach Gdańska w XV i XVI wieku,   Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 1951

- Paweł Pizuński, 100 gdańszczan znanych i godnych poznania, Wydawnictwo „Arenga”, 1997

- Legendy gdańskie. Baśnie, podania i przypowieści, Oficyna Wydawnicza „GRAF”, Gdańsk 1992

- www.wikipedia.pl

- www.historia.trójmiasto.pl

- www.ferber.pl

- www.edukateria.pl

- zdjęcia są z Internetu

Brak tagów

maj/12

22

Ferberowie – kim byli ?

autor wpisu: Nel

W poprzednich wpisach już trochę napomknęłyśmy o rodzinie Ferberów, ale były to wzmianki raczej negatywne i pesymistycznie nastawiające do owego rodu burmistrzów i rajców, dlatego postaramy się, aby ten wpis był bardziej zróżnicowany i obiektywny.

            Pierwsi Ferberowie pojawili się w Gdańsku w roku 1415. Byli to dwaj bracia trudniący się handlem, Gebl i Ewert, pochodzący z Nadrenii, krainy leżącej na zachodzie Niemiec. Gebl wkrótce wyjechał, ale Ewert ożenił się i osiedlił.

            Razem z małżonką Dorotą Ewert miał kilkoro dzieci, jednak do historii przeszedł tylko jego syn Johann (Jan). Miałtrudny charakter: uważał się za najlepszego, był też uparty jak dardanelski osioł.  Podobnie jak ojciec miał smykałkę do handlu, dzięki czemu z drobnego kupca stał się ważną postacią Gdańska. Zbił niezłą fortunę, został ławnikiem, rajcą, a potem burmistrzem. Ożenił się z Barbarą z Tannenbergów. Miał wielu synów, z których dwaj z rozmachem przeszli przez historię. Byli to Eberhard i Maurycy.

            Zaczniemy od młodszego, czyli Maurycego. Urodził się w 1471 (czyli odrobinę przed Szymonem Matern) jakodziesiąte dziecko Johanna. Charakterem niczym nie różnił się od ojca. W 1498 roku wpadła mu w oko prześliczna i młoda Anna Pilemann. Niestety jej rodzina (będąca równie zamożna jak rodzina zalotnika) nie przepadała za nazwiskiem Ferber i głośno sprzeciwiła się zaręczynom kochanków. Ale czy aby na pewno kochanków? Nie wiemy, czy Anna naprawdę kochała Maurycego, czy też zgodziła się na zaręczyny w strachu przed władczymi Ferberami. Tak czy owak, wybuchła wielka kłótnia. Maurycy zaczął głośno narzekać u ważnych osobistości. To samo uczyniła rodzina narzeczonej. Wszystko wskazywało na to, że Ania w końcu nie będzie musiała wyjść za syna Maurycego, gdy uparty Ferber poskarżył się u samego papieża. Ten zdenerwowany zachowaniem Maurycego obłożył Gdańsk klątwą kościelną. Klątwa kościelna oznaczała zamknięcie kościołów, czyli brak mszy, sakramentów świętych i bicia w dzwony. Mieszkańcy byli oburzeni. Z innych źródeł, wiemy, że do ślubu nie doszło, a sam Maurycy, czując powołanie, został księdzem, a później biskupem Warmii. 

            Jak już było mówione, inny syn Johanna, Eberhard, również zapisał się na kartach gdańskiej historii. Eberhard, będący o osiem lat starszy od Maurycego, urodził się w 1463 roku jako szóste dziecko Johanna Ferbera. Od 1494 roku zajmował się polityką. Jednak zacznijmy od charakteru Eberharda. Po ojcu przejął też typowo   ferberowskie cechy:  był władczy i wybuchowy, uwielbiał luksus i łatwość w życiu codziennym. Miał jednak i dobre cechy: był odważny, śmiały i miał cięty język. Dzięki tym zaletom wziął udział w wielu bitwach i został pasowany na rycerza, a w 1504 roku nadano mu herb szlachecki przedstawiające trzy świńskie łby. W 1515 roku udał się do króla Zygmunta Starego, aby uzyskać przywilej ścigania Szymona Materny na całym terytorium Rzeczpospolitej. Dzięki swojej osobowości i sile perswazji uzyskał od monarchy to, czego żądał. Skończyło się to złapaniem i śmiercią pomorskiego rozbójnika. W innych sytuacjach Ferber wiele razy ocalił Gdańsk. Nie pozwolił np. cesarzowi niemieckiemu Maksymilianowi  na wtykanie nosa w sprawy Gdańska. Obronił miasto także przed mistrzem krzyżackim Albrechtem, który koniecznie chciał mieć ten gród. Te sukcesy należy przypisać szczególnie jego zdolności do dyplomacji i uporowi. Niestety, mimo swoich zasług dla Gdańska, burmistrz Eberhard Ferber nie był lubiany, gorzej – nienawidzono go. 

Nienawidzono jego pysznego charakteru, jego olbrzymiego bogactwa, pięknych kamieniczek, wspaniałych rumaków. Kobiety nienawidziły Ferbera za jego stosunek do swoich żon. Pierwszą z nich była Małgorzata Valand, bardzo bogata mieszczka. Dzięki jej posagowi burmistrz miał jeszcze większy majątek, którym nie omieszkał się chwalić. Małgorzata miała z Eberhardem mnóstwo dzieci, którymi ojciec w ogóle się nie zajmował. Wykończona matka szybko zmarła. Jednak jej mąż, zamiast pogrążyć się w wiecznej żałobie, szybko znalazł sobie drugą żonę, pannę Bock. Pochodziła również z bogatego rodu i jej posag też powielił fortunę Ferbera. Ta żona także miała wiele dzieci, wobec których Eberhard był zupełnie obojętny. Niedługo Ferber cieszył się nową małżonką. Zmarła ona dość szybko i ojciec został sam z całym tabunem rozpłakanych, brudnych, kłócących się i wiecznie głodnych dzieci. Burmistrz znalazł szybko rozwiązanie tej sytuacji i ożenił się po raz trzeci. Jego wybranką była prześliczna Gertruda von Ruden, z którą żył aż do śmierci. Ferber nie zmarł jednak w Gdańsku, tylko w Tczewie. Stało się tak dlatego, że został on wygnany (nie po raz pierwszy) z Gdańska. Król przywrócił mu stanowisko burmistrza, ale zmęczony i stary Eberhard poprosił go o zwolnienie urzędu i wyjechał do Tczewa.

            Poznaliśmy już charakter Eberharda Ferbera na podstawie wiarygodnych źródeł historycznych. Czy byłby on jednak zdolny kazać zlikwidować niewinnego człowieka, który różnił się od niego w poglądach politycznych? Czy potrafiłby zniszczyć wszystko, co się tyczy tego człowieka tak, aby nie pozostało po nim nic, tylko  negatywne zapiski? Wydaje się, że tak. Nie wiemy jednak z pewnością, czy Eberhard właśnie tak postąpił w stosunku do Szymona Matern.

W następnym wpisie dowiecie się co nieco na temat dalszych losów rodziny Ferber.

 

         Johann Ferber

 

 

 

 

          Eberhard Ferber

 

 

 

 

 

            Maurycy Ferber

 

 

Źródła:

- Henryk Zins, Ród Ferberów i jego rola w dziejach Gdańska w XV i XVI wieku,   Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 1951

- Paweł Pizuński, 100 gdańszczan znanych i godnych poznania, Wydawnictwo „Arenga”, 1997

- www.wikipedia.pl

- www.historia.trójmiasto.pl

- www.ferber.pl

- www.edukateria.pl

- www.mhmg.gda.pl

 - zdjęcia są z Internetu

Brak tagów

maj/12

19

Kodeks karny

autor wpisu: Kornelia

Ten wpis dotyczyć będzie głównie kodeksu karnego i zakładów karnych istniejących u schyłku XV i w XVI wieku w Gdańsku. Temat dość intrygujący, bo bogaty w unikatowe, makabryczne historie z życia wzięte, ale jednocześnie ogromnie obszerny.

Czy bracia Matern byli sprawiedliwie osądzeni, czy też może ich przewinienia zostały wyolbrzymione przez rodzinkę Ferberów?

Najpierw jednak trochę statystyki. Otóż w XVI-wiecznym Gdańsku, aż 60% procesów karnych kończyło się karą śmierci. W kolejnych stuleciach procenty te stopniowo malały. Czy takie wymierzanie sprawiedliwości było prostsze, bardziej ekonomiczne, bo tańsze w środkach niż więzienie przestępców? Wyrok wykonywano najczęściej na szubienicy, znajdującej się zazwyczaj za miastem ze względu na obawę przed epidemią, lub też przez ścięcie. Istniał także oczywiście szereg innych drastycznych metod egzekucji i równie wymyślnych tortur. W Gdańsku wyroki te wykonywano najczęściej w Katowni, której istnienie sięga XIV w. Dawniej była siedzibą gdańskich katów. Jej budynek znajduje się wraz z wieżą więzienną w przedbramiu ul. Długiej – dawnym wjeździe do miasta. Obecnie budynek służy Gdańskiemu Muzeum Bursztynu, jednak będąc tam z wizytą można też odkryć w murach dawnego więzienia oryginalne wyryte w ścianach podpisy i bazgroły skazańców. Kroniki nie odnotowały w historii tej wieży żadnych ucieczek więźniów, co potwierdza tezę, iż ośrodek ten był jednym z najlepiej strzeżonych i najefektywniej prowadzonych w Europie.

Szymon trafił jednak do Baszty Kotwiczników. To właśnie tam przeżył najbardziej dramatyczne chwile: oczekiwanie na egzekucję… Ostatnie dni spędzał w mrocznych lochach, co z pewnością nie dodało mu otuchy. Więzienie to było przeznaczone dla najniebezpieczniejszych zbójów, więc jakie poczucie niesprawiedliwości musiało targać Maternem, skoro według niektórych źródeł wspierał najuboższych i starał się walczyć tylko z nieprzychylną biedakom władzą?

Pewne kroniki podają, iż ostatecznie Szymon został poddany wymierzonej mu karze – zwłoki połamano kołem i następnie powieszono na szubienicy. Miało to zapewne ukazać siłę i sumienność sądu, który był (jak się okazało) w stanie wykonać „egzekucję”, nawet po przedwczesnym zgonie skazańca.

Już w XVI w. w Europie kary pozbawienia wolności nie musiały odbywać się w więzieniach. Powstały bowiem wówczas mniej dotkliwe dla ludzi instytucje, tzw. domy poprawy i domy pracy przymusowej. Z początku umożliwiały one tylko pobyt zdolnym do pracy żebrakom, bezdomnym dzieciom czy włóczęgom, jednak po pewnym czasie zaoferowały też swą działalność skazanym przestępcom. Niestety, gdański dom poprawy powstał dopiero w 1629 roku, a więc całe stulecie po samobójstwie Szymona.

Wracając do XV i XVI-wiecznych zakładów karnych: warunki bytowania w nich były nadzwyczaj marne: życie o chlebie i wodzie w zaniedbanych celach.

 

Teraz trochę informacji o XV i XVI- wiecznym kodeksie karnym.

Od schyłku XV w. podstawowym źródłem prawa w Rzeczpospolitej były uchwalane przez sejm konstytucje, które dzielono na wieczyste i czasowe. Istniało też prawo zwyczajowe, konkretne dla poszczególnego rejonu, czy też prawo odrębne dla każdej grupy społecznej. Ustrój XV i XVI stulecia jest dosyć mocno rozbudowany, właśnie ze względu na nie zawsze sprawnie funkcjonujący wówczas wymiar sprawiedliwości i na rozmiar naszego państwa. Najprościej jest to ująć: „co sejm, to inne prawa”. Ponadto luki prawne pozwalały czasami na naciąganie zasad konstytucji w różnych szczególnych sytuacjach.

 Co do różnic w sposobie egzekucji między warstwami społeczeństwa, na szlachcie wyrok wykonywano poprzez ścięcie lub powieszenie (po okryciu się niesławą ), a chłopów i mieszczan czekało: spalenie na stosie, napiętnowanie (np. obcięcie ucha/języka) czy wbicie na pal. Czasami łączono kilka możliwości: np. po ścięciu skazańców nabijano ich głowy na pale w jakimś centralnym punkcie miasta, ku przestrodze, jak w przypadku 7 wspólników czynnie działającego niegdyś Grzegorza Materna.  Wyrok wykonywał starosta, czuwający w zasadzie nad wszelkim urzędowym wymiarem sprawiedliwości. Jego stanowisko i zaangażowanie w konkretnym powiecie rzutowało na cały proces postępowania karnego i jego (smutny często) finał. Starosta miał też teoretycznie możliwość bezkarnego dręczenia swych nieprzyjaciół. Szymon nękany był jednak przez burmistrza i jego urzędników, podobno często niezasłużenie, ale burmistrz był członkiem Rady Miasta, tak samo jak starosta, więc prawdopodobnie zakres jego możliwości był równy przywilejom starosty, a może nawet obszerniejszy? Perfidia jednego z gdańskich burmistrzów jest jednak sugestią kontrowersyjną i niesprawiedliwie jest jednoznacznie osądzać jego zachowanie. Być może wywiązywał się on jedynie ze swych urzędowych zajęć – pilnowania porządku w mieście, a Szymon zostałby skazany na śmierć przy każdym innym rzetelnym, dbającym o bezpieczeństwo w mieście urzędniku?

Brak tagów

maj/12

19

Robin vs. Szymon – który lepszy, który prawdziwszy?

autor wpisu: Paula

Na pewno już zauważyliście podobieństwa między historią naszego Szymona (w wersji pana Zenona…) a legendą o Robin Hoodzie, superfacecie z Sherwood. Obaj tacy biedni, obaj szlachetni, obaj zakochani w niedostępnych (z racji stanu), delikatnych i oczywiście prześlicznych damach. Ile w tym jest prawdy?

         Zacznijmy od podobieństw: choć dzieli ich dobre 200 lat, historia lubi się powtarzać. Oto mamy drobnego, mało ambitnego kupca z pewnej mieściny, gnębionej przez skąpego i krwiożerczego burmistrza/szeryfa (mała różnica). Pewnego dnia nasz kupiec zaczyna się buntować (morderstwo brata/przyjaciela). Uruchamia w sobie pokłady nieznanej dotąd mocy – desperacji. Zaczyna gromadzić wokół siebie najbardziej zaufanych ludzi. Staje się zbójem, ale zbójem niecodziennym, bo – owszem – zabiera innym ich własność, ale tylko tym bogatym, a biedni mają dzięki jemu i jego „drobnym prezentom” szansę na lepsze życie. Plebs go wielbi jako bohatera. Ale życie złodzieja nie jest usłane różami : w miłości nie ma szczęścia, kobieta serca niedostępna, nie zapominając oczywiście o nienawistnym wrogu, który zapamiętale depcze mu po piętach. Wróg jest potężny, ma moc prawa, więc goni bohatera przez puszyste bory z listem skazującym w ręku. On jednak dzięki wrodzonej dawce życiowego optymizmu, pomocy kochających przyjaciół i pewnej dozie szczęścia przeżywa nawet te najbardziej ryzykowne przygody.

 

         Teraz różnice: na istnienie Szymona mamy pewne dowody (niekoniecznie rozstrzygają one o charakterze jego przedsięwzięć, ale jednak mogą dowieść jego istnienia), a Robin mógłby równie dobrze być wymysłem pisarza lub zlepkiem paru dowolnych zbójów. U żadnego nie możemy być w ogóle pewni co do jego tak bardzo wysławianej szlachetności, równie dobrze w obu przypadkach mogłaby to być fikcja literacka. Robin w końcu zdobywa swoją lady Marion, Szymon traci kochankę przez okrutne przeciwności losu.

         Oczywiście też czas, w którym historia się rozgrywa, czyni wielką różnicę. Szymon, który żył później, miał o wiele więcej kłopotów z biurokracją, ścigały go wszystkie możliwe służby, a Robin mógłby sobie na jakiś czas spokojnie zniknąć w Sherwood. Pewnie dlatego przeżył.

         No właśnie, zakończenie historii: Szymon, upokorzony, nieszczęśliwy, wiesza się na więziennej derce, Robin, z kobitą swego życia i przyjaciółmi przy boku, rusza w świat na poszukiwanie nowych przygód.

         Czy to nie jest trochę niesprawiedliwe??!

         Więc oboje są skądinąd przezroczyści, nieprzeniknieni, tajemniczy… Jeden osiągnął międzynarodową sławę, doczekał się książek, komiksów, musicali i ekranizacji na temat swojego życia. Jest nieśmiertelny. Drugi – Szymon – został z buta potraktowany, jest mocno przykurzony, stosunkowo nieznany (potwierdzają to nasze pytania skierowane do nastolatków – nie zna go nikt). Może cenią go historycy, ale brakuje go w narodowej świadomości Polaków. No dobrze, może nie Polaków, ale choćby gdańszczan. Przecież ludzie tutaj żyjący, patriotycznie nastawieni, powinni go czcić jako bohatera na równi z Robinem! Może ma to związek z faktem, że życiorys Szymona może być interpretowany w skrajnie różne sposoby? Ludzie wolą konkrety.

         A może po prostu happy endy?

Brak tagów

kwi/12

1

Inny Szymon Matern

autor wpisu: Nel

W poprzednich wpisach opisałyśmy Wam Szymona i Grzegorza Maternów jako diabłów wcielonych, bo jak inaczej można zrozumieć ich okrutne poczynania?

Czy możliwa jest inna wersja tej historii? Zenon Gołaszewski w książce pt. Szepty Raduni, szepty Motławy wyjaśnia zachowanie braci i jawnie wstawia się za nimi. Przedstawia ich jako głęboko skrzywdzonych i słusznie walczących o swoje prawa uczciwych gdańskich kupców, a rajców i burmistrza jako przemądrzałych chciwców. Innymi słowy, w tej książce Szymon Matern stał się tym dobrym, a jego wrogowie tymi złymi.

Powieść rozpoczyna się w chwili powrotu młodego Szymona ze studiów w Italii. Pewnej nocy bracia razem udali się na plac za basztą Kotwiczników i schowali się wśród znajdujących się tam ruin. W ciemności zauważyli skradających się burmistrza Ferbera wraz z ludźmi. Szukali oni zakopanego skarbu Templariuszy. Ciekawscy Maternowie wiedzieli, że jeden fałszywy ruch wystarczy, by Ferber kazał ich ściąć za szpiegowanie. Jednak któryś z nich popełnił błąd i zostali zdemaskowani. Wojowniczy bracia nie poddali się bez walki. Grzegorz został skaleczony w twarz. Rana ta ułatwiała potem rozpoznawanie starszego z braci.

Od tej pamiętnej potyczki życie Maternów zmieniło się na zawsze.

Stosunki między Ferberami a Maternami stały się mocno napięte. Każdemu posiedzeniu w Dworze Artusa towarzyszyły złośliwe uwagi i ociekające sarkazmem obelgi. Sprawę pogorszył fakt, że Grzegorz pokłócił się z Jakubem Harderem, prawą ręką burmistrza Ferbera. Oskarżył go nawet o morderstwa i świadome niszczenie towarów handlowych. Choć miał dowody i świadków, wróg Maternów nie poniósł żadnych konsekwencji. Skończyło się na publicznej bójce Grzegorzem, kiedy to starszy Matern zabił człowieka i został wyjętym spod prawa banitą. Szukał teraz pomocy poza Gdańskiem. Zyskał przyjaźń pomorskiej szlachty, która miała dość rządów Ferbera. (Bo rzeczywiście Eberhard Ferber był niezłym ziółkiem: czerpał pieniądze z kasy miasta na budowę prywatnych ekskluzywnych kamieniczek, polował w lasach nie należących do Gdańska i korzystał z każdej okazji, by się wzbogacić.) 

Brat Szymona zaczął zbójowanie. Ale nie łupił każdego, który stanął mu na drodze, a tylkom tych, którzy byli przeciw niemu w walce o powrót do miasta.

Co się tym czasem działo z Szymonem? Zakochał się (z wzajemnością) w przepięknej dziewczynie Gracji Coventius i sam zarządzał majątkiem rodziny Maternów. Jednak  przez Grzegorza nazwisko Matern zaczęło kojarzyć się źle i interesy szły marnie. W dodatku Ferber  zrobił z Szymona kozła ofiarnego. Wszelkie ubytki pieniężne spowodowane przez starszego z Maternów miały zostać zastąpione przez marne zarobki młodszego. Wkrótce potem Szymon rzeczywiście zbankrutował, a jego kamienicę skonfiskował Ferber. Związek z Gracją również nie układał się dobrze. Rodzina Coventius miała zastrzeżenia co do młodzieńca,  a burmistrz  zakazał jakichkolwiek kontaktów między kochankami pod karą śmierci. Wkrótce po tym jakiś gdański piekarz zaczął zalecać się do Gracji i choć ona nadal kochała Szymona, rok później została zmuszona do ślubu z zamożnym kupcem.

Po tych okrutnych wydarzeniach biedny Matern popadł w depresję. Dołączył do brata i razem z nim mieszkał u pomorskiej szlachty. Przez jakiś czas wiodło im się nieźle, aż do złapania i śmierci Grzegorza. Po długim wahaniu Szymon wreszcie zgodził się dokończyć dzieło sbrata. Szło mu całkiem dobrze. Czasami po kryjomu chodził do Gdańska, by usłyszeć wieści o Gracji. Kilka lat później, po otrzymaniu astronomicznego odszkodowania (które częściowo przeznaczył dla znajomych i dla domu starości w Gdańsku), rozwiązał drużynę, która nie liczyła trzech oddziałów po 60 ludzi, tylko jeden taki oddział. Widocznie ci, którzy zostali napadnięci, trochę podkolorowali całą sprawę. W wieku 40 lat Szymon Matern przeżył drugą młodość, gdyż udało mu się „porwać” ukochaną, która była już wdową. Od tej pory wszystko szło dobrze. Szymonowi udało się dotrzymać obietnicy, że Jakub Harder nie umrze ze starości, a Gracja była szczęśliwa. Niestety, błogie życie nie trwało długo. Szymon został złapany w Poznaniu. Tylko on ocalał, a wszyscy przyjaciele zostali zabici na jego oczach. Potem został przewieziony do Gdańska, gdzie popełnił samobójstwo. Był to szok dla jego ocalałych przyjaciół i Gracji, bowiem zmierzali pomóc mu w ucieczce…

Gołaszewski ma prawdziwy dar zmieniania historycznych czarnych charakterów w bohaterów. Ów pokrętny i zdradliwy historyczny Szymon Matern stał się w oczach czytelnika powieści Szepty Raduni, szepty Motławy dobrym i uczciwym młodym człowiekiem. Ten drugi Szymon jest romantyczny, delikatny, przystojny, lubi poezję i książki, świetnie włada bronią białą, jest hojny, inteligentny, kochający na wieki miłość swego serca – Grację Coventius. W tej powieści występuje również wiele innych postaci, które są także ścigane przez złe fatum wiszące nad Maternami. Wszystkie wzbudzają szczery żal, większość z nich ginie. Wszystkie miały kogoś w swoim życiu, czy to wspólnik Szymona szlachcic Jan Krokowski, który miał żonę i trzy córki, czy dziwaczny staruszek opiekujący się Gracją, czy młody sierota Dagno uważający Szymona za ojca, czy wierny pies kochający swojego pana, czy też wreszcie bracia Maternowie, którzy po kres życia próbowali się przeciwstawić gdańskim patrycjuszom… Wszyscy zginęli przez Eberharda Ferbera.

Tak, autor zdecydowanie popiera Szymona, a potępia burmistrza. Jednakże Gołaszewski ma trochę racji. Wszelkie zapiski i kroniki opisujące życie i działalność Maternów zostały zapisane przez burmistrza Ferbera albo na jego polecenie, a to oznacza, że z jego punktu widzenia… Wiele fragmentów książki mówi również o tym, jak ludzie Eberharda kradli dokumenty z domu Maternów i starali się zmazywać postać Grzegorza i Szymona z wszelkich innych źródeł niż te, które stworzył Ferber. Czyżby burmistrz rzeczywiście starał się coś ukryć? Dlaczego nie znaleziono żadnych portretów Maternów? Dlaczego nie wiemy nic o jego rodzinie? Może Szymon Matern nie jest taki zły, jak go malują…

Brak tagów

autor wpisu: Nel

Dziś dalsze losy Szymona – słynnego gdańskiego rozbójnika

Po bankructwie rodzinnej firmy i śmierci starszego brata Grzegorza, Szymon skrzyknął kilkunastoosobową bandę, która zaczęła grasować na lądowych szlakach handlowych. Jak zbój radził sobie całkiem nieźle. Jego napady były najczęściej udane, zdobył zaufanie szlachty pomorskiej, która również miała na pieńku z Gdańskiem. W 1504 roku komisarze królewscy wydali bardzo niekorzystny dla Szymona wyrok (nie wiemy jednak, na czym polegał, ale sądzimy, że raczej nie chodziło o małą karę pieniężną). Wtedy rozwścieczony Matern zebrał nie jakąś tam bandę, tylko prawdziwy oddział liczący 60 ludzi! Zaczął bezlitośnie grasować w całych Prusach i na Warmii. Każdy wojak próbował go złapać, ale na próżno. Szymon miał tylu sprzymierzeńców, że gdy na horyzoncie pojawiał się jakiś oddział wrogo do niego nastawiony, wnet znajdował się ktoś życzliwy jemu i jego ludziom i ofiarowywał im kryjówkę.

W 1507 roku kupcy z wielu miast byli przerażeni. Ich najgorszy wróg, rozbójnik jakich mało, miał już trzy oddziały, każdy 60-osobowy. Nasłuchawszy się od znajomych Anglików opowieści o Robin Hoodzie, Szymon Matern przystroił swoich ludzi w zielone mundury. Każdy był uzbrojony po zęby i nikt nie wyróżniał się delikatnością. Rozpoczęła się prawdziwa wojna zbójecka.

Gdańszczanie nie wiedzieli, co począć. W końcu zdecydowali się iść z Maternem na układy. Rozbójnik dostał ogromną sumę 4000 grzywien odszkodowania. W zamian miał rozwiązać drużynę i stać się na powrót prawym człowiekiem.

Przez kilka lat Szymon zachowywał się przyzwoicie, ale wkrótce miał serdecznie dość tego za spokojnego dla niego życia. Zgłaszał pretensje do wcześniejszego porozumienia i wysuwał nowe żądania wobec Gdańska. Gdy mu odmówiono, z ochotą powrócił do zbójowania. Zabijał, kradł, ranił, kłamał, obrażał, szantażował, żądał wysokiego okupu za porwane ważne osobistości.

Dla burmistrza Eberharda Ferbera przebrała się miarka. W 1515 roku pojechał w sprawie Materny do samego króla Zygmunta Starego. Tak bardzo bał się rozbójników, że w podróż wybrał się czterokonną karetą z eskortą dwóch wozów z żołnierzami. Do Gdańska przywiózł glejt pozwalający na ściganie Szymona nawet poza granicami Rzeczpospolitej. Ów glejt miał również umożliwiać bardzo surowe karanie zbójów i ich sprzymierzeńców. Od tej pory życie Materny przestało być takie piękne i beztroskie. Ci, którzy wcześniej chętnie mu pomagali, nagle przestali być przyjaźnie nastawieni, bo ryzykowali głową.

W styczniu 1516 roku został schwytany i ścięty bliski wspólnik Szymona, szlachcic Jan Krokowski. Miesiąc później największego z rozbójników złapano w Poznaniu. „Do Gdańska przewieziony został pod koniec marca w obitym żelazem dębowym wozie, eksportowanym przez 208 uzbrojonych po zęby knechtów. Gdy wieziono go Długim Targiem, w mieście panowała radość i od razu zaczęto wznosić szubienicę.”1  Jednak nikt nienawidzący Szymona Materny nie miał przyjemności zobaczenia jego publicznej śmierci. 17 kwietnia 1516  skazaniec popełnił samobójstwo w swojej celi, powiesił się na linie splecionej z więziennej derki.

Tak oto w ten smutny sposób skończyła się historia człowieka o imieniu Szymon Matern, historia mężczyzny, który być może jako dziecko uwielbiał puszczać kaczki po Raduni, historia najgroźniejszego gdańskiego rozbójnika.

 

Źródła:

Zenon Gołaszewski, Elementarz gdańszczanina, Gdański Kantor Wydawniczy, Gdańsk 2008.

Paweł Pizuński, 100 gdańszczan znanych i godnych poznania, Wyd. Arenga, 1997.

1 Ibidem, s. 36.

Brak tagów

mar/12

10

Od smyka do… rozbójnika

autor wpisu: Nel

Ciasna, gdańska kamienica…około roku 1475 w rodzinie drobnego pomorskiego kupca urodził się młodszy syn. Uszczęśliwieni rodzice nadali mu imię Szymon. Gdyby wiedzieli, na kogo wyrośnie to dziecko …

Nic nie wiemy o dzieciństwie Szymona. Czy mały chłopiec uwielbiał puszczać kaczki nad Radunią, latem jeść soczyste jabłka, bawić się z bezpańskimi kotami i psami? Nie wiemy prawie nic, bo jednak coś wiemy, albo raczej  przypuszczamy. Rodzice Szymona prawdopodobnie zmarli dość wcześnie, a opiekę nad młodszym bratem przejął starszy od niego o kilka lat Grzegorz. I na tym koniec.

Wiemy zaś, co dokładnie poczynał Szymon Matern od roku 1501. Otóż po ojcu odziedziczył smykałkę do handlu, dlatego stał się (podobnie jak brat) kupcem gdańskim. Niestety, szczęśliwe życie Maternów legło w gruzach, gdy jego starszy brat wdał się w bójkę z szyprem Jakubem Harderem. Wynikły z tego same kłopoty. Grzegorz został skazany na banicję. Choć próbował się temu przeciwstawić na najrozmaitsze sposoby, zyskał nawet poparcie szlachty kaszubskiej i samego króla Olbrachta I, wyrok został utrzymany. Czując się niesprawiedliwie ukaranym, Grzegorz z kilkunastoma innymi ludźmi pokrzywdzonymi przez Gdańsk rozpoczął zbójowanie. Napadał na gdańskich kupców i palił ich spichlerze. Rodzinne miasto Maternów wiele traciło na tych rabunkach, dlatego też przyjęto pewną uchwałę, na mocy której wszelkie „dziury” zrobione przez starszego z Maternów w skarbcu gdańskim musiał łatać młodszy Szymon. Takie działania szybko doprowadziły Szymona do bankructwa.

Przekonany o niesprawiedliwości postanowień gdańskich rajców, Szymon zaczął szukać pomocy w Toruniu i wszędzie skarżył się na Gdańsk. Pozwolono mu więc na powrót do miasta w celu ubiegania o swój majątek. A tu kolejne nieszczęście… Grzegorz został złapany i zabity w Poznaniu. Młodszy brat nie zniósł tego ciosu. Chcąc zemścić się na gdańskich patrycjuszach i burmistrzu, którzy zabrali mu wszystko, co miał, Szymon Matern stał się nikim innym jak rozbójnikiem.

Notatka ta została napisana na podstawie książki Zenona Gołaszewskiego Elementarz gdańszczanina i książki Pawła Pizuńskiego 100 gdańszczan znanych i godnych poznania.

Brak tagów

Older posts >>

Szablon: devolux.nh2.me tłumaczenie: WordpressPL
css.php