Gramy w grę!

2015-06-24 11.33.57

Inicjatywa była w całości po stronie chłopaków z III gimnazjum. Na ich pytanie, jaka to może być gra, odpowiedziałam: „Żeby działała”. Nad tym zadaniem pracowali kilka miesięcy. Kilka razy przyszli z konkretnymi pytaniami, nie marudzili, nie wymawiali się  - a przecież mogli – egzaminami, olimpiadą, rekrutacją. Powoli, rzetelnie doprowadzali do finału swój pomysł.

Kiedy dowiedziałam się, że gra powstanie na bazie książek z serii „Metro”, niezwykle się ucieszyłam, bo lubię postapokaliptyczne klimaty. Byłam niezmiernie ciekawa efektu. Gdy dali mi znać, że już prawie kończą, zaproponowałam, by przetestować grę – miał to być sprawdzian całej ich pracy, bo tak właściwie dopiero rozgrywka mogła zweryfikować ewentualne błędy twórców.

Dzień premiery

Okazało się, że z różnych przyczyn uczniów gimnazjum nie będzie w szkole, dlatego też niejako z przypadku do rozegrania gry zgłosiła się cała piąta klasa. Po potwierdzeniu, że wszyscy będą mogli grać, nie odstępowali mnie przez kilka minut na krok, przesuwając się tłumnie z wyczekiwaniem w oczach. Byli gotowi nawet uciec z próby przedstawienia, by już zagrać.

2015-06-24 10.58.34-1

Wybór tej klasy okazał się strzałem w dziesiątkę! Nie tylko rewelacyjnie poradzili sobie z rozgrywką, ale również całkowicie się w niej zapamiętali, nie zwracając uwagi na nic: nauczyciela, dzwonki, czy upływ czasu. Przy stole nieprzerwanie przez trzy godziny trwała zażarta dyskusja, licytowanie się i obmyślanie strategii. Jednym pionkiem zarządzało czasem nawet czworo uczniów, ale nie przeszkadzało to im zachować zasady kultury. Nie obrażali się na siebie, a coraz bardziej wciągali w świat gry.

2015-06-24 11.26.16

W ten sposób niejako pośrednio zapoznali się ze światem przedstawionym w powieściach „Metro”. Ciekawiło ich wszystko: wagony, farma grzybów, czy trumna z zabalsamowanym Leninem. Pomiędzy rzutem, kupnem, przesuwaniem pionków pytali o życie w tunelach metra, a gimnazjaliści niestrudzenie opowiadali. W ten sposób stworzył się wspaniały nastrój, nazwy na planszy nabrały sensu, a ich odpowiedniki rosyjskie pozwoliły poczuć się uczniom jak bohaterom powieści Dmitrija Głuchowskiego.

2015-06-24 11.31.40

Poza formalną inspiracją do gry, którą niewątpliwie była planszówka Monopoly, chłopcy wymyślili wszystko: treść na kartach do gry, wagoniki zamiast domków, nowe przystanki na planszy zgodne z treścią książek, nazwy stacji oraz dokumenty własności, którymi były… bilety na metro! Niektóre nazwy pisane były cyrylicą, niektóre fonetycznie po rosyjsku.

2015-06-24 11.32.22

Kilka z zasad:

- jeśli ktoś nie chciał kupić danej parceli, a była jego kolejka, to można było ją licytować (bardzo emocjonujący etap gry),
- jeśli stanęło się na czyjejś parceli, a właściciel się nie upomniał, to szansa na odebranie opłaty przepadała wraz z rzuceniem kośćmi przez następnego w kolejce gracza,
- dublet uprawniał do ponownego rzutu, niestety dwukrotne wyrzucenie dubletu kończyło się odsiadką w więzieniu,
- za okrążenie planszy dostawało się premię (walutą były naboje do kałasznikowa)

YouTube Preview Image

Piątoklasiści obiecali zaopiekować się grą. Rozgrywka nie została zakończona, ale udokumentowane zostało, która drużyna miała ile naboi oraz parceli, czy wagoników. Ustalono, że gra toczyć się będzie dalej w wybrany dzień we wrześniu :) Michała i Olka – twórców gry – już nie będzie w gimnazjum, ale może znajdą czas, by znów zarządzać bankiem i pomiędzy ruchami na planszy opowiedzieć kilka anegdotek zapamiętanych z książki. Kto wie, może uczniowie piątej klasy zaskoczą autorów planszówki i we wrześniu sami pochwalą się znajomością książek „Metro”? :)

WIĘCEJ ZDJĘĆ? KLIKNIJ

 

Blogowanie – refleksje

  • Czego nauczyliście się uczestnicząc w Szkole z Klasą 2.0?

Fantastycznym doświadczeniem było obserwowanie przy pracy moich współpracowników oraz uczniów. Okazało się, że nie potrzeba ani kija i marchewki, ani straszaka, ani terrorysty-nadzorcy, by działania mknęły do przodu. Wystarczyło jedynie „fun”, czyli takie zorientowanie działań, by nie były one skupione na samym celu, a na fakcie wykonywania ich razem. Znaleźliśmy zastosowanie dla wielu poznanych w czasie projektu aplikacji i programów, mieliśmy również okazję uczyć się od siebie nawzajem, przede wszystkim poznaliśmy nowe metody prowadzenia zajęć, w których nauczyciel schodzi z piedestały, przestaje być jedynym autorytarnym dostarczycielem wiedzy i rozwiązań, a oddaje inicjatywę uczniowi, mając zaufanie do jego potencjału poznawczego, naturalnej ciekawości i pasji. W ten sposób realizowane ścieżki 2.0 dały nam możliwość wkroczyć na całkiem dla nas nowe obszary samorozwoju – zarówno nauczycieli, jak i uczniów. Jako koordynatorka programu mogłam zweryfikować swoje przekonania dot.  działań międzyszkolnych, angażujących zespoły z innych szkół, czy akcjach otwartych, jak happening. Siłą okazali się uczniowie. Smutna konkluzja, ale nauczyciele z innych szkół w wielu przypadkach zawiedli (np. nie chcieli zaangażować się we wspólne inicjatywy, wymawiali się brakiem czasu, za uczniów ustalali, że nasze inicjatywy są nieprzydatne a nawet kopiowali nasze pomysły i przedstawiali jako swoje, wcześniej deklarując, że nie chcą w nich brać udziału). Było to czynnikiem demotywującym (dla całego mojego zespołu, uczniów, którzy byli rozczarowani, tracili motywację, widzieli nawet swoje pomysły jako śmieszne i niechciane). Dołożyliśmy wszelkich starań, by podnieść uczniów (i samych siebie) na duchu. Zastrzykiem energii okazały się spontaniczne głosy uczniów z innych szkół, którzy dowiedzieli się o naszych pomysłach (nie wiadomo skąd, stawiam na FB albo uczniowskie dyskusje prywatne via Messenger) i zdecydowali się włączyć w działania. Dzięki temu nasza szkoła zrealizowała zadania „otwartej”. Przekonaliśmy się, że spędza się u nas miło czas, lekcje są ciekawe, twórcze, prowadzone w miłej, rodzinnej atmosferze. Nikomu nie przeszkadzał fakt, że do pracy nad zadaniem zapraszamy uczniów z”pięter poniżej”, czyli klas 4-6 i młodszych. Wspólne zadania niwelowały całkowicie świadomość różnicy wieku, gdy skupiono się na celach. Uważamy to za wielki walor naszej szkoły i programu, który pozwolił nam ujawnić się z tą wartością przed innymi.

  • Po co pisać na blogu?

Przede wszystkim, by porządkować.Prowadząc swojego bloga przekonałam się, że bardzo pomaga to w pracy nauczyciela – nie wszystko da się odszukać, szczególnie wtedy, gdy inspiracją do lekcji ma być film (w dziwny sposób, gdy pragnie się go potem odszukać, nagle ginie i chowa się w przepastnych otchłaniach internetu). Dzięki blogowi i dobrze zorganizowanym etykietom można go szybko wyszukać. Pisanie na blogu pomagało uczniom w porządkowani działań podczas realizacji projektów. Stanowiło również dobre źródło promocji ich działań. Ostatnim walorem pisania na blogu jest uczenie systematyczności. Wymóg publikacji początkowo był przymusem, potem wchodził w krew, stawał się naturalnym procesem, umożliwiającym podsumowanie działań, nazwanie ich, prześledzenie ich przebiegu, tym samym dawał natychmiastową informację zwrotną – podczas opisywania działania dostrzec można było natychmiastowo, co zostało zrealizowane, a co wymaga poprawy lub uzupełnienia.

  • Czego nauczyło Was blogowanie?

Mnie i moich współpracowników zachwyciła aktywność uczniów. Zaprezentowali się dzięki blogowi z całkiem innej, nieznanej nam dotąd, aktywnej strony. Uczniowie współpracujący przy realizacji zadań odkryli, że publikowanie swoich pomysłów w sieci nie jest pysznieniem się, a inspirowaniem. Chętnie również korzystali z pomysłów innych, dostrzegając wartość otwartych zasobów i aplikacji, które umożliwiają wymianę pomysłów (np. Pinterest). Uczniowie nauczyli się, że działania edukacyjne można realizować wszędzie (np. jak poniżej – na plaży w Mrzeżynie) i od razu wykonywać ich dokumentację na blogu.

20150606_192103

  • Co było najciekawsze, a co najtrudniejsze?

Najciekawsze było obserwowanie, jak uczniowie, którzy na co dzień nie są ani osobami aktywnymi, ani nie mówią głośno o swoich pasjach, pisząc na blogu ukazywali potęgę swych zainteresowań. Na uwagę zasługują wpisy ekipy Jana dot. historii i kultury społeczności żydowskiej: KLIKNIJ TUTAJ. Najtrudniejsze było wytrwanie w regularnym spisywaniu danych faktów, a także – dla niektórych uczniów – formułowanie swych myśli (sprawność językowa).

  • Czego interesującego dowiedzieliście się z innych blogów?

Przede wszystkim czytanie o pomysłach innych na ich blogach uświadomiło wielu z nas, że pomysły, które realizujemy z uczniami, są dobre i ważne, nie podpadają pod kategorię „zapchajdziura”, albo  ”zabawa” kojarzona negatywnie z faktem, że nauczycielowi „nie chce się pracować” – z takimi opiniami często spotykają się nauczyciele, którzy w rozmowach ze mną dzielą się swoimi działaniami aktywnymi. Jasne ukazanie na blogu celów i osiągnięć edukacyjno-rozwojowych, jakie daje dane ćwiczenie lub działanie, zamyka usta konserwatystom, dla których uczenie powinno wyglądać podobnie, jak w pruskiej szkole, gdzie panują ordung i karność. Szum na lekcji podczas pracy w zespole, wychodzenie z ławek są również nieznane wielu rodzicom, dlatego tez pokazywanie własnych działań i popieranie ich przykładami publikowanych akcji organizowanych przez innych nauczycieli i uczniów, wspierało nas w działaniach bieżących.

Najbardziej zainspirowały nas wpisy, w których zarówno uczniowie jaki nauczyciele realizowali ten sam temat, co my, w ramach Akcji Czytanie lub Akcji Odkrywanie. Udowadniało nam to, jak duży potencjał tkwi w każdym człowieku, we współpracującej ze sobą grupie i w możliwości dzielenia się pomysłami. Zapoznawaliśmy się z tymi postami dzięki tablicy w Pintereście: https://pl.pinterest.com/szkolazklasa/ oraz dzięki publikacjom na blogu głównym programu: http://blogiceo.nq.pl/szkola2zero/tag/superblogi/
Ponadto korzystaliśmy z pomysłów Interpaczki w Dywitach (http://blogiceo.nq.pl/interpaczka3/ oraz http://blogiceo.nq.pl/paczka2/). Wspólnie online przeprowadziliśmy działania edukacyjne.

Historia X: Ostatnia

To mój ostatni wpis w ramach projektu gimnazjalnego, ale czy tak całkiem ostatni…? Jak tu kończyć, jeśli nie napisałem jeszcze o wielu ciekawych faktach związanych z historią społeczności żydowskiej mojego miasta. Dlaczego – zwyczajnie zabrakło wiedzy i czasu, aby ją zdobyć albo wahałem się, czy o pewnych kontrowersyjnych kwestiach w ogóle pisać… jedną z nich  jest pewna oryginalna książka o ciekawym tytule: „Maus. Opowieść ocalałego”.

maus2

Jest to historia Władka Szpigelmana, polskiego Żyda z Sosnowca, któremu udało się przetrwać piekło holocaustu. Opowiadana jest w formie obrazkowej przez jego syna Arta. „Maus” jest zarazem powieścią, dokumentem oraz zapisem wspomnień.

Maus 6

Włodek Szpigelman, ojciec Arta.

Pierwsza część opowiada historię rodziców Arta od ich poznania się w latach trzydziestych. Później dowiadujemy się, jak im się żyło w Polsce, aż do czasu wybuchu wojny. Poznajemy losy Włodka gdy walczył w Kampanii Wrześniowej, trafił do niemieckiej niewoli,  aż wreszcie udało mu się  powrócić do domu. Wspólnie z żoną przeżyli trudne czasy w sosnowieckim getcie, likwidację getta, potem przez jakiś czas ukrywali się w różnych miejscach. Przeżyli wiele rodzinnych tragedii, a najdotkliwiej śmierć pierworodnego syna. Na koniec oszukani Szpigelmanowie trafiają do Auschwitz. Oszukani, ponieważ mieli uciekać do Węgier, a zostali wydani Niemcom przez tych, którzy wzięli pieniądze za organizację ucieczki. Przeżyli oboje, i Andzia, i Władek. Jednak cała ich rodzina, która w 1939 roku mieszkała w Polsce – zginęła. Po wojnie wyemigrowali do Szwecji, gdzie w 1948 urodził się ich drugi syn, Art. Niewiele później przenieśli się do Stanów Zjednoczonych.

maus 7

maus153

Dlaczego komiks jest kontrowersyjny? Wszystkie postaci są przedstawione przez autora jako zwierzęta. Żydzi to myszy, Niemcy to koty,Francuzi – żaby,  Amerykanie – psy a Polacy to … świnie. Dla Żydów świnie to nieczyste zwierzęta, można więc odebrać to, jako obrazę Polaków i większość osób tak to odczytuje. Z tego powodu „Maus…” ukazał się w Polsce po 15 latach od pierwszego wydania w USA. Sam autor tłumaczył podobno, że nie taka była jego intencja, że świnie miały wzbudzać pozytywne skojarzenia. Autor  tłumaczy, „że w amerykańskiej tradycji komiksowej świnie nie wywołują żadnych negatywnych skojarzeń – na przykład Świnka Porky jest równie sympatyczną i lubianą postacią co Myszka Miki. Chociaż nie przeczy, że z punktu widzenia jego rodziców najważniejszą cechą świń była ich niekoszerność.  Ale poza tym, jeśli chodzi o narracyjną konwencję tego tekstu, główną cechą świń jest to, że nie należą one do metaforycznego łańcucha pokarmowego, który dominuje w książce. Koty jedzą myszy – ale nie świnie. Z punktu widzenia myszy świnie są stosunkowo nieszkodliwe (…)” http://wyborcza.pl/1,75517,258690.html#ixzz3aEIVyXzl

Maus 5

   Art Szpigelman.

  Tak czy inaczej, każdy PEŁNOLETNI sosnowiczanin powinien tę książkę przeczytać  - tym bardziej,  że została uhonorowana Nagrodą Pulitzera. Ja nie mam jeszcze 18 lat, ale realizuję projekt zatem czuję się w obowiązku o tym napisać. Nie ukrywam – nie czytałem całego komiksu – raczej wyszukiwałem fragmenty, które dotyczyły wojennego Sosnowca. I przyznaję, nie rozumiem dlaczego  z tymi świniami „wyskoczył”… Jakoś mnie to „uwiera”. Ale sam komiks jest ciekawy, opisywane zdarzenia pokrywają się z tymi, o których opowiada Sala Garncarz a właściwie jej córka w książce „Listy z pudełka. Sekret mojej mamy”.

maus4 Próbowałem odszukać miejsce zamieszkania  Szpigelmanów, albo adresy pod którymi się ukrywali. Nic nie znalazłem.  Wiem tylko, że Włodek zajmował z żoną mały pokój w dzielnicy Stary Sosnowiec – możliwe, że gdzieś niedaleko naszej szkoły lub po drugiej stronie, w okolicach ulicy Ciasnej czy Składowej. Sprawę poszukiwań, pozostawiam zatem otwartą :)

„Żeby świat był lepszy, konieczna jest miłość do każdego człowieka. I tolerancja, bez względu na rasę, religię i narodowość” – Irena Sendler

Tym cytatem kończę i dziękuję Wszystkim, którym chciało się czytać, co tu napisałem. Sam projekt był dla mnie przygodą – niekiedy zabawną, czasem straszną i bolesną, niekiedy zaskakującą, ale przede wszystkim niezwykle interesującą. Poznałem wiele ciekawych miejsc i osób,  ale najistotniejsze jest to, że  nauczyłem się patrzeć na moje miasto z zupełnie innej perspektywy…

Dziękuję Pani Asi Waszkowskiej, chłopakom Michałowi i Oskarowi, no i mojej mamie, która zainteresowała mnie tą tematyką. Do następnego wpisu!

Wszystkie zdjęcia wykorzystane do dzisiejszego wpisu, źródło: Internet.