Niemiecki oficer na tajnym nauczaniu…

Były to często tragikomiczne – wtedy były to dla nas tragiczne sytuacje – kiedy zadzwonił Niemiec, oficer. Koleżanka Marysia Nawrocka otworzyła i mówi (oficer): „Czy tutaj jest może jakieś wolne mieszkanie, bo ja dla kolegi oficera szukam?” Ona się bała, że to jest może wybieg Gestapo i pod przykrywką szukają może czegoś innego. Proszę sobie wyobrazić, to była taka groza wtedy – wszedł do pokoju, gdy myśmy mieli wtedy przy stole zajęcia! Ale zawsze się tak robiło, że była kawa, jakieś ciasta, tak porozstawiane, a  on mówi: „A tutaj, co się dzieje?!” A  ona mówi: „Właśnie są moje imieniny”. Cała taka zmieszana, strasznie zdenerwowana, a  on jakiś był taki dobrze wychowany, ukłonił się złożył jej najlepsze życzenia, dla nas też i poszedł. A  myśmy się strasznie denerwowali, że to jakiś podstęp jest.

Studia

Na terenie Częstochowy seminaria literackie miała z nami pani doktor Stefania Land, która była wychowanką profesora Romana Pollaka i doktoryzowała się u  niego przed wojną. Ona z nami miała tzw. ćwiczenia z literatury. Od średniowiecza, aż do powiedzmy XX wieku i były seminaria dwa razy w  tygodniu, przygotowywało się z danej epoki jakieś referaty, dyskusja, oczywiście jej głos na końcu i po danej epoce np. średniowieczu, baroku czy oświeceniu, przyjeżdżał dany profesor z Warszawy, specjalista od tego okresu i odbywały się kolokwia. On przyjeżdżał z Warszawy do nas. To był tak: Profesor Pollak, potem był profesor Szwejkowski, który był specjalistą od Prusa, a  na terenie Częstochowy mieszkał doktor Wacław Kubacki, później po wojnie profesor, który wykładał nowoczesną literaturę i profesor (Józef) Wójcicki, który zajmował się historią języka polskiego jak również językiem starocerkiewnym. Z jego niestety tych wykładów nie można było właściwie u  nikogo zdawać egzaminów, bo nie było specjalisty w  Warszawie, który mógłby tu przyjeżdżać. Tą wiedzę, którą uzyskaliśmy tam, zdawaliśmy potem w  Poznaniu na jawnym uniwersytecie. Jeszcze uzupełniając wykładami profesorów, który byli w  Poznaniu, jeśli chodziło o język. Także te przyjazdy naszych profesorów, były, co miesiąc, a  profesor Kubacki wykładał na miejscu.

I teraz, było to tak, że mnie profesor wyznaczył, że ja umawiałam lokale, w  których to ma być, wiec najpierw chodziłam do różnych domów, – dlatego jak tak świetnie znam Częstochowę od mieszkań, jakie rozkłady są, do dziś bym mogła narysować. Chodziłam do tych ludzi i mówiłam, że właśnie mnie tu przysłano, bo to było uzgodnione, że jestem z tajnego uniwersytetu i czy państwo się zgodzą, żeby tu był taki i taki kongres, w  tych i w  tych godzinach… Osób było najwyżej, czasem osiem czasem pięć – więcej nie. Schodziliśmy się, co jakieś parę minut, nie od razu wszyscy i musze powiedzieć z wielką satysfakcją, że nie spotkałam się ani razu z żadną odmową. Nigdy. Nikt mi nie odmówił, że nie może służyć lokalem. Nikt. Najwięcej wykładów, prawie, że wszystkie prócz języka, które się odbywały u  profesora Wójcickiego, były u  koleżanki Marii Nawrockiej. To był taki nieduży domek, może willa zaraz w bocznej ulicy od św. Barbary, niedaleko kościoła św. Barbary. Właściwie tam wszystkie się odbywały (wykłady), te literackie u  niej.

Uroczyste zaprzysiężenie

Zajęcia na tajnym Uniwersytecie, poprzedziła inauguracja roku akademickiego, poprzedzona z zaprzysiężeniem studentów. Mowa tutaj tylko o studentach polonistyki, bo studenci innych wydziałów odbyli zaprzysiężenia w innych domach, w takich kompletach, w jakich uczestniczyli w zajęciach. Z ramienia władz przysięgę odbierał mgr Sroka, obecna była również dr Stefania Land i wszyscy uczestnicy kompletu polonistycznego (Krystyna Badora, Jerzy Badora, Irena Giełzak, Aleksandra Jeszke, Maria Kommender, Bogusław Kopydłowski, Józef Modrzejewski, Zofia Luboińska, Maria Nawrocka, Barbara Surzyńska). Inauguracja roku akademickiego odbyła się wczesną wiosną 1943 roku w niezwykłej wprost scenerii. Lokalu udzieliła nam dr Wanda Maciukiewicz, rentgenolog. Gabinet dr Maciukiewicz ogniskował wiele prac w podziemnej Częstochowie, udzielała ona pomocy partyzantom z okolicznych lasów. Czekaliśmy w poczekalni lekarskiej wmieszani w tłum pacjentów czekających na prześwietlenie. Gabinet dr Maciukiewicz mieścił się przy ulicy Wolności 10. Po wyjściu ostatniego pacjenta, wtajemniczona asystentka pani doktor zamknęła drzwi wejściowe. Na uroczystość inauguracji przenieśliśmy się do gabinetu rentgenologicznego, gdzie ustawiliśmy się wkoło i powtarzaliśmy za mgr Sroką słowa przysięgi. Nie pamiętam już dokładnie słów przysięgi… Przysięgaliśmy, aby sumiennie się uczyć, podporządkowywać się zarządzeniom i poleceniom profesorów i władz uczelni a ze względu na specyficzne warunki, zachowywać w ścisłej tajemnicy nazwiska wykładowców, kolegów i adresy mieszkań, w których się zbieramy. Mniej więcej w połowie składania przysięgi rozległo się łomotanie do drzwi. Można było sobie wyobrazić nasze przerażenie. Wszyscy myśleliśmy o jednym: gestapo. Okazało się potem, że był to zabłąkany pijak.

Matura

U tej pani Taborowej m.in.: była matura np. z polskiego, prawda. I na tej maturze był delegat „rządu angielskiego”. Polak mieszkający w  Polsce, ona nazywał się magister Sroka, to był matematyk i on chodził również, jako delegat rządu polskiego na emigracji na matury z gimnazjów i na zaprzysiężenia uniwersyteckie. On cały czas był na maturze pisemnej i ustnej i potem był taki zrobiony jak gdyby opis, tego, po prostu… stopnie były wystawione za parę dni – on się wszędzie podpisywał, jako delegat rządu. To zostało, te nasze prace chowane do szkieł – takich butelek z szerokim otwarciem, albo do weków tak zwanych i zakopywali tam u  tej pani w  ogrodzie, w  tym ogrodnictwie. Ponieważ Częstochowa należała do okręgu Kieleckiego, wiec po wojnie tam było kuratorium, które obejmowało Częstochowę – w  Kielcach. Te wszystkie dokumenty nasze zostały wysłane do Częstochowy i ja stamtąd dostałam maturalne świadectwo i tu się stała taka bardzo przykra sprawa – myśmy przeprowadzali się w  1953 roku z Poznania do Wrocławia i ten dokument właśnie mi po prostu gdzieś przy przeprowadzce zginął.

U Pani Taborowej.

W  tym tajnym nauczaniu uczyła mnie pani Taborowa, niestety nie wiem, jakie jest nazwisko jej, bo zawsze się mówiło „Taborowa, Taborowa” i ona w  swoim domu rodzinnym miała te komplety i myśmy z różnych, ja tam jasnogórskiej, moje koleżanki miejscowe, musiałyśmy przejść całą Częstochowę, bo to było… jak jest klasztor, potem wychodzi ulica św. Barbary, i od św. Barbary w  prawo, tam już w  polach były te oranżerie rodziców tej pani Taborowej. Schodziliśmy się dwa razy w  tygodniu na tajne komplety z polonistyki, po cztery godziny. Najpierw było cztery godziny od razu, a  potem jakoś tak się stało, że po dwie godziny, dwa razy w  tygodniu. Schodziliśmy się, oczywiście żadnych książek pod ręką nie, tylko przeważnie ciotki mi szyły pod kurtką taką kieszeń dużą i do tej kieszeni się wkładało notatki. Ale nie komplet notatek, tylko zawsze jakieś takie wyrwane, akurat obowiązujące na daną lekcję, a nie komplet taki. Uczyliśmy się też z książek dwuskładowych, że tak się wyrażę, pod tytułem „Mówią wieki” i tak jak w  historii opowiadałam, tak i w  polskim była najpierw teoria historii literatury – podzielona na wieki, opisane teoretycznie, a w  tej drugiej książce były wypisy z różnych dzieł literackich i na podstawie tych dzieł, ale również i poszerzonej literatury, musieliśmy sobie wyrobić własny sąd – o danej epoce, o danym pisarzu, wtedy była zawsze ożywiona dyskusja i na końcu było z profesorem.

To na tym poziomie ja w  Częstochowie nie spotkałam żadnych takich represji, natomiast, jeśli chodzi o tajne nauczanie to już tak.

Częstochowa

 

W Częstochowie były moje dwie ciotki – Maria i Józefa Surzyńskie – siostry rodzone mojego ojca, które tam pracowały w  gimnazjum, jako nauczycielki. Pracowały tam w  internacie, bo tam był internat w  tym domu i ja tam zamieszkałam i tam panie urządzały komplety pierwsze i drugie licealne, bo ja przez wojną skończyłam cztery klasy gimnazjum, co przed wojną nazywało się „małą maturą”. Było 6 klas szkoły podstawowej – tak to się wtedy nazywało – 4 klasy gimnazjum i dopiero potem liceum.

Bardzo ciekawy był zespół nauczycielski tego liceum; to było liceum – Nauka i Praca. Były to osoby niesłychanie wykształcone, przeważnie pochodziły z takich małych dworków, niewielkich dworów na wschodzie Polski, same nazwiska zresztą były „Rynkiewicz”, „Dylewicz” i one założyły gimnazjum bardzo znane w  przedwojennej Rosji w  Petersburgu, gdzie było bardzo dużo Polaków i Polacy za punk honoru uważali, że trzeba dziewczęta swoje, córki kształcić właśnie w  polskim gimnazjum, bo to było polskie gimnazjum. Podobno był bardzo dobry poziom, wyposażenie gabinetów i tak dalej było bardzo dobre.  Zastała ich niestety rewolucja i z niewielkim dobytkiem przyjechały do Częstochowy, gdzie mając tam trochę swoich zasobów zakupiły ten dom przy Jasnogórskiej 30 i jeszcze drugi taki gdzie założyły przedszkole i miały przedszkole, szkołę podstawową, gimnazjum i liceum. Całe wychowanie od 6 lat do 18. I tam w  międzywojennej Polsce one funkcjonowały.

Jak ja tam przyjechałam już było tajne nauczanie zorganizowane… to było w  (19)41 roku. Ja od razu poszłam do pierwszej licealnej. Miałam dużo kłopotów, bo w  (19)39 skończyła się nauka, no to jednak parę lat było, trzeba sobie było wszystko przypominać, to nie było takie łatwe dla nikogo. Trzeba było sobie to wszystko przypomnieć. No, ale powoli żeśmy w  ten rytm nauki wchodzili. To było liceum humanistyczne oparte o podręczniki polskiego przedwojennego dwudziestolecia. Musze tak ogólne powiedzieć, że to, co się w  tej chwili zaczyna dopiero, to myśmy w  Polsce przedwojennej takim trybem kształcenia byli wychowywani również w  Nauce i Pracy. Mianowicie, na czym to polegało… na absolutnie samodzielnym myśleniu. Ja pamiętam lekcje z języka polskiego, gdzie miało się prawo powiedzieć, co się myśli o danym utworze, jakie są jego zalety i minusy, również swój osobisty stosunek do dzieła literackiego powiedzieć i profesor, który prowadził te lekcje mówił: „Zgadzam się z tym, nie zgadzam się z tym, ale z tym, co mówisz to się zgadzam”. Także to nie było tak jak potem w  komunie, że to było od strony takiej do takiej i wszyscy się uczyli tego na pamięć, a  samodzielnego myślenia nie było. Tak samo było na historii, uczyliśmy się z tych podręczników, takich, które miały jedną część tzw. opisową, a  druga część była, gdzie były przedruki, no np. z Kadłubka, z Galla Anonima, albo z Kallimacha, dokumenty królewskie, postanowienia sejmików i nauczycielka powiedziała ten i ten ukaz, rozporządzenie królewskie przeczytajcie i macie sobie wyrobić na tej podstawie (zdanie), jaki ten król był, co byście o nim powiedzieli i jakie nowe rzeczy zaproponował i tak dalej. Także nie był to wykład z góry.

„Róg”

W Lublinie matka moja osoba realistycznie nastawiona do życia mówi do nas tak: „No słuchajcie… wojna jest, ale trzeba coś robić, tak nie można siedzieć.” Przypomniały mi się wtedy słowa mojej jednej babci i drugiej babci, a  miałam szczęście, że miałam wspaniałe babcie, jeśli chodzi o intelekt, rozumowanie, zachowanie i w  ogóle jestem im ogromnie dużo wdzięczna… Które podobno w  czasie zaborów mówiły do swoich dzieci, do  mojego ojca i moich ciotek: „Pamiętajcie uczcie się, bo jak będzie Polska wolna będzie potrzebowała mądrych i wykształconych ludzi, bo przecież narodem niewykształconym i głupim się łatwo rządzi.”

W Lublinie zgłosiłam się do państwowego gimnazjum i tam się zapisałam do pierwszej licealnej typu humanistycznego. Ale równocześnie zostałam zaprzysiężona w  Armii Krajowej pod pseudonimem „Róg” i tak się ułożyły stosunki, że nie długo tam mogłam się uczyć, bo raczej byłam bardzo zaangażowana w  pracę Armii Krajowej, ale to jest osobny rozdział… w  każdym razie byłam na bardzo odpowiedzialnym stanowisku, kierowałam tajną radiostacją, która nadawała komunikaty na Zachód o sytuacji kraju. Ponieważ nastąpiła tzw. „wsypa” i dużo moich kolegów, tych, którzy donosili mi na grypsa alfabetem morsa to, co miałam nadawać- ja nie wiedziałam, co ja nadaje – wiec tam zaczęły się aresztowania na Zamek brali ludzi poza tym po tej dzielnicy gdzie ja miałam tą radiostacje na przedmieściach Lublina, na tak zwanej dzielnicy, to była „wieś Dziesiąta”… Zwana ulicą willową i tam żeśmy zamieszkały z matką w  tej willi i na tym strychu. Właśnie na górze, w  nocy ja nadawałam te komunikaty. Skończyło się to dosyć szybko, dlatego, że były bardzo duże aresztowania, no a  gdyby nakryli taką radiostację, no to albo rozstrzelanie, albo obóz koncentracyjny. Poza tym jeździły po dzielnicy samochody niemieckie, ale pod przykryciem – że to nie jest samochód wojskowy. Ale koledzy z AK wiedzieli, o co chodzi. Oni mieli tzw. nasłuch i oni byli w  stanie wykryć gdzie taka radiostacja w  dzielnicy jest. Może nie dokładnie gdzie dom, ale pewien kwartał i wtedy obstawiali policją i dom po domu przeczesywali. Ja dostałam rozkaz z AK, że mam w  ogóle już w  organizacji nie pracować, dostałam tajne dokumenty na nowe nazwisko – Jadwiga Pietrzak. Podobną miałam datę urodzenia, żeby to prawda… jakoś uprawdopodobnić, rozkaz wyjechania do Częstochowy i nie zajmowania się już w  ogóle pracą w  AK.

Droga na Lublin

Droga z Warszawy do Lublina była drogą straszną, to była katorga nie droga. Było na niej pełno uciekinierów i starszych ludzi i młodych i dzieci… Normalnie trasę Warszawa-Lublin pokonywaliśmy szybko a wtedy jechaliśmy cały dzień. Co chwilę trzeba było się chować do rowu, wychodzić z auta przed bombardowaniami. W rowach nieżywe konie, popsute samochody, zabici ludzie na poboczach. Ciągle jeszcze w tej myśli z daleka przed tygodniem, to piękne Zakopane, słoneczne, beztroskie a tu taka zgroza. Jedziemy i nagle na pole wychodzi rolnik w takiej luźnej lnianej bluzie, wyrzucona na spodnie, w kaloszach do kolan. Mogłam to obserwować, bo był taki tłok, że trzeba było wolno jechać. I on miał zawieszony taki płócienny worek i z tego worka rzucał zboże i siał. Jako dobry gospodarz myślał, wojna wojną ale wiosną trzeba coś jeść. I nagle ku naszemu przerażeniu nadlatuje samolot niemiecki i z bronią pokładową i pikuje, zniża się nad tym rolnikiem i strzela do niego. On upadł, został ranny, bardzo mocno krwawił… Dla mnie to bardzo mocno utkwiło, jako taki symbol. Ta czerwona krew spływała na tę bluzę, zboże się całe wysypało, on już nie żył. Ja tak w pewnej chwili mówię do mojej matki: „Mamo to tak jak by zabito symbol Polski”, bo to wszystko w tych barwach czerwono-krwisto-białych.

Wakacje w Zakopanem

Rok 1939 jeśli chodzi o pogodę, to były Włochy a nie Polska. Całe lato było bez kropli deszczu, bez wiatru… Niebo było wręcz włoskie, piękne niebieskie, upały do 30 stopni. Ja z rodzicami spędzałam wakacje, cały lipiec i sierpień w Zakopanem. Były to wspaniałe wakacje, pełne radości, wycieczek w góry. Ja się tylko dziwiłam, że mój ojciec będąc wicemarszałkiem Sejmu większość czasu spędzał w Warszawie, był bardzo spokojny. Mówił „no wojna będzie”. Taka była propaganda rządu, że wojska polskie oprą się o Wisłę i tam będzie główny front obrony, ale myślano tylko o Niemcach a nie myślano o Sowietach, to w ogóle w myślach Polaków nie istniało. Myśmy myśleli, że będzie jeden front. Na wiosnę odwiedził ojca przyjaciel rodziny, który zaprosił nas do majątku w Serebryszczach, gdzie w razie wojny będziemy mieli schronienie.  Lipiec i sierpień był bardzo spokojny… Na tych wakacjach wieczorami czytaliśmy Kubusia Puchatka, na głos, taka moda wtedy była… Albo radia się słuchało. Telewizji wtedy nie było i to było zbawienne, że jej nie było… Bardzo dużo się wtedy czytało. My do ostatnich dni sierpnia byliśmy na wakacjach. Na wieść o zbliżającej się wojnie wiedzieliśmy, że do Poznania wracać nie można. Nie mogliśmy też zostać w Zakopanem i dlatego pojechaliśmy do Sejmu, do hotelu sejmowego. Tam ojciec miał służbowe mieszkanie, dwa takie małe pokoiki z balkonem i wyjściem na park sejmowy. W każdej chwili można tam było przyjechać. W hotelu sejmowym przeżyliśmy pierwsze bombardowania Warszawy. Posłowie zjechali się na sesje. Sesja się nie odbyła. Byliśmy wszyscy w tym schronie. Moja siostra miała 14 lat, ja 17… U progu życia, z tych pięknych słonecznych, beztroskich wakacji nagle do tej ciemnej piwnicy i w oddali te spadające bomby. Zmiana nastroju po prostu straszna. Koło nas było pełno posłów z różnych stron Polski, my takie obydwie przestraszone z siostrą siadłyśmy na takiej ławce… Obok nas siedział ksiądz, bardzo sympatyczny, który modlił się z brewiarza, widzi nasze przestraszone miny… Powiedział „nie martwcie się, Polska była, jest i będzie, nie martwcie się…” 4 czy 5 września ruszyliśmy samochodem, podkreślam naszym własnym samochodem, nie sejmowym. Ruszyliśmy do Serebryszcz, realizując zaproszenie Pana Felicjana Lechnickiego…

Witajcie na naszym Blogu!

Witajcie!

„ Uczcie się, bo gdy Polska odzyska niepodległość będzie potrzebować mądrych i wykształconych ludzi”- tajne nauczanie podczas II wojny światowej oraz losy P. Barbary Surzyńskiej- Zakrzewskiej.

Po raz piąty uczniowie Gimnazjum nr 40 im. Noblistów Polskich z Wrocławia biorą udział w projekcie „ Opowiem ci o wolnej Polsce”. W tym roku grupa pod opieką pana Łukasza Woźniaka- Ola Ogonowska, Paulina Szpikowska, Hubert Wolny i Kuba Wolski zainteresowała się tematem tajnego nauczania podczas II wojny światowej. Naszym świadkiem była P. Barbara Surzyńska- Zakrzewska. Ukazała nam jak wiele poświęcenia, odwagi oraz pomysłowości było potrzebnych by móc się po prostu uczyć. Nasz świadek opowiadał również o swojej działalności w Armii Krajowej. Kontaktach z rodziną oraz o ojcu…

Mamy nadzieję, że spodoba się wam nasz blog. Zapraszamy do lektury!

Galeria- wywiad

Rozmowa z Panią Barbarą Surzyńską- Zakrzewską.

Od lewej- Ola Ogonowska i Natalia Jarecka.

 

Kamerzyści : )

Od lewej- Hubert Wolny i Kuba Wolski

Gotowe do wywiadu : )

Od lewej- Natalia Jarecka i Ola Ogonowska

„… był wyjątkowym człowiekiem.” P. Barbara Surzyńska- Zakrzewska o losach swojego ojca.

Zanim przejdziemy do tematyki naszego projektu, chcielibyśmy zacząć od opisania losów ojca naszej bohaterki- doktora Leona Surzyńskiego.

Leon Surzyński był lekarzem kardiologiem, ostatnim wicemarszałkiem II Rzeczpospolitej oraz muzykiem z zamiłowania. Barbara Surzyńska-Zakrzewska wielokrotnie podkreślała rolę ojca w swoim życiu, dobroć oraz uczucie, którym darzył całą rodzinę i swoich pacjentów.

Z Hiszpanii do Polski

Rodzina Surzyńskich mieszkała w Wielkopolsce, lecz nie od zawsze. Oddajmy głoś naszej bohaterce: Moja rodzina jest już od wielu, wielu lat w tej Wielkopolsce, bo już od 1620 roku, a przybyła cała rodzina z Hiszpanii do małego miasteczka Gostyń w Poznańskiem i tam powoli (…) spolonizowała się, ale coś zostało z temperamentu hiszpańskiego, z zamiłowań do muzyki. Niestety u mnie nie, bo ja mam trochę „drewniane ucho” (…). Rodzina mieszkała w Poznańskiem, była bardzo zaangażowana w sprawy wolnościowe, niepodległościowe. (…) Jak wspominała pani Barbara, skutkiem tej działalności było to, że rodzina została wywieziona do Hanoweru. Dalej wspominała: Mój ojciec był wolnym słuchaczem muzykologii i właściwie miał pełne wykształcenie muzyczne.(…) On prawie równocześnie studiował muzykologię z medycyną. Studia skończył przed I wojną światową w Lipsku, gdzie było bardzo dużo Polaków z wielu zaborów… (…).

Nie kwirlejka tylko mątewka.

U jednych i u drugich dziadków mówiło się tak: Dzieci uczcie się, bo jak powstanie wolna Polska będzie potrzebowała przede wszystkim wykształconych i mądrych ludzi. Sprawy materialne były zawsze na drugim miejscu. Chodziło o to żebyśmy byli solidnie wykształceni (…). Dom był bardzo zamożny, duży, chowano nas w takim regulaminie (…) musieliśmy się z wszystkiego dobrze wywiązywać. Miałyśmy takie zeszyciki, tam trzeba było pisać wydatki, ile słodyczy kupiliśmy, jakąś książeczkę… To trzeba było notować i po miesiącu mamie to przedstawić, żeby wiedziało się, jaką cenę mają pieniądze, bo pieniądze zarabia tato, że to trzeba szanować, nie wolno tego tak rozdawać bez rozumnie.

Pani Barbara używała także drugiego zeszytu, w którym zapisywała poprawne wyrazy, starali się je używać. Język polski był „zachwaszczony” wieloma germanizmami, szczególnie w Wielkopolsce. Oddajmy znów głos naszemu świadkowi: Nasza gosposia mówiła kwirlejka… Jaka tam kwirlejka, to nie żadna kwirlejka tylko mątewka. I znowu trzeba było napisać, na krzyż przekreślić kwirlejka i napisać dziesięć razy mątewka.

Życie polityczne

Leon Surzyński był bardzo zaangażowany w politykę. Co doprowadziło go aż do funkcji wicemarszałka Sejmu II RP. W Lipsku było wielu Polaków z różnych zaborów i tam powstało Towarzystwo Tomasza Zana, oczywiście tajne. Ojciec mój w pewnym okresie na studiach był przewodniczącym tego Towarzystwa. (…)Towarzystwo Tomasz Zana było w trzech zaborach i członkowie jego to byli potem bardzo wybitni ludzie w II Rzeczpospolitej. To było zachowywanie polskości, kultury polskiej, tam czytano literaturę itd. Mój ojciec pierwszy raz spotkał się szeroko z ideą Piłsudskiego, z jego ideologią, którą przynieśli studenci z zaborów rosyjskiego i austriackiego. I stąd jest bardzo dziwne, że ojciec mój będąc Wielkopolaninem miał od młodości, od studiów światopogląd, który popierał marszałka Piłsudskiego. Doktor Leon Surzyński aż trzy razy przed wojną kandydował do sejmu, w ostatnich wyborach został wicemarszałkiem sejmu. Ojciec naszej bohaterki: (…) był również przewodniczącym komisji spraw zagranicznych, czyli był w stałym kontakcie z ministrem Beckiem i ciągle jeździł, jako w pewnym sensie wizytator po różnych ambasadach polskich za granicą, w Moskwie, w Anglii, we Francji. (…) Minister Beck, ojciec zawsze mówił, że to człowiek niesłychanie inteligentny, bardzo wykształcony, z wykształcenia prawnik, o szerokich horyzontach…

I w tym momencie pani Barbara Surzyńska, gdy opowiadała nam o czasach dwudziestolecia międzywojennego nagle zmieniła ton głosu na bardziej smutny, refleksyjny i powiedziała: Ta Polska przedwojenna, ona nie była 20 lat ona była 18 lat właściwie, bo nim tymi wszystkim traktatami po powstaniach i śląskim i wielkopolskim doszły ziemie zachodnie to ten cały korpus Rzeczpospolitej był scalony 18 lat. I dzisiaj jak na to patrzę, w czasach komuny była tak ostra krytyka dwudziestolecia Polski niepodległej, to tak sobie myślę, daj Boże żeby w tym 20-leciu, które minęło zrobiono tyle ile w tamtych osiemnastu… Został zbudowany Centralny Okręg Przemysłowy, gdzie ludzie ze wsi mieli pracę. Eugeniusz Kwiatkowski zbudował Gdynię, powstało dużo fabryk… Pewnie, że było bardzo dużo rzeczy niezałatwionych, bo cóż można załatwić po tylu latach niewoli w 18 lat, pytam się? A co zrobiono w tych 20 latach, pytam się? Jest to pewnego rodzaju refleksja. Gdyby nie wojna, jakoś inaczej losy Polski by się ułożyły, to nie wiem czy byśmy nie doszli do zupełnie innych rezultatów niż w tej chwili…

 

Już niebawem zamieścimy kolejną historię z życia naszej bohaterki… Przerwane wakacje… Pobyt w hotelu sejmowym… (more…)