„KAŻDE ŻYCIE NAWET NAJMNIEJ ZNACZĄCE DLA LUDZI, MA WIECZNĄ WARTOŚĆ PRZED OCZAMI BOGA…”

        „DOBRY JAK CHLEB”.

„Każdy z nas idzie swoją drogą. Każdy lepi swoje gniazdko. Tymczasem dla tylu ludzi drogi stały się za ciasne. Nie ma gdzie postawić stopy. Nie ma skrawka ziemi, który by można nazwać swoim. Nie ma kromki chleba, na którą by mogli zapracować. Nie ma dziecka, które by mogli wydać na świat z tym przeświadczeniem, że nie będzie zawalidrogą. A my w tym wszystkim poruszamy się, zadufani w siłę jakiegoś powszechnego układu, który każe przemilczać rzeczy krzyczące i tłumić usprawiedliwiony wybuch. Nie, nie. W nas wszystkich czegoś brak. Nie wiem jeszcze czego. Męczę się, aby odgadnąć. Ale wiem, że brak – i wiem, że to rozsadzi”.

                                                                                         („Brat naszego Boga” Jan Paweł II)

Spod dłoni  Adama Chmielowskiego wychodziły prawdziwe arcydzieła. Każdy obraz to dzieło sztuki tworzone pod boskim natchnieniem. Bogaty, adorowany przez przyjaciół opływał w dostatki. Nie spełniał się jednak jako malarz. Wciąż poszukiwał sensu i celu. Pragnął  z życia uczynić arcydzieło równe obrazowi : „Ecce Homo”.  Zafascynowany postawą pokory św. Franciszka z Asyżu przywdział mnisi habit, by zbratać się z nędzą, głodem i poniżeniem. „Co im dam, jeśli nie siebie” – powtarzał z uporem maniaka, kiedy najbliżsi unikali Go niczym trądu.

„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” usłyszał w chwili kontemplacji. Powstał z kolan, spojrzał głęboko w oczy cierpiącego Chrystusa i …ujrzał w Nim

nędzarza, który wił się z głodu przed wejściem świątyni. Energicznym krokiem opuścił boski przybytek.

- Powstań i chodź za mną – szepnął do żebraka.

- Dokąd mam iść? Nie znam Cię – wykrzyknął przerażony człowiek.

- O nic nie pytaj. Spróbuj mi zaufać – odpowiedział Brat Albert Chmielowski. Szli obaj w głębokiej zadumie, gdy zakonnik dostrzegł, że Jego towarzysz zwalnia kroku i zaczyna utykać.

- Co się stało?

- Nie mam już siły. Dalej nie pójdę – odrzekł żebrak.

- Usiądź.

Sięgnął dłonią pod habit i z kieszeni wydobył kilka kromek chleba.

- Proszę. Posil się.

Człowiek z błyskiem szczęścia w oczach pospiesznie przełykał każdy kęs pieczywa.

- Ratunku! Pomocy! Złodziej! – usłyszeli z daleka przeraźliwe krzyki.

Po chwili dostrzegli człowieka biegnącego w ich stronę.

- Zatrzymaj się! Stój! – wykrzyknął zdumiony zakonnik.

Miejscowy rozbójnik zamarł w bezruchu.

- Czego chcesz!

- Pomogę Ci, ale musisz mi zaufać – powiedział Brat Albert.

- Nie możesz. Dla mnie już nie ma ratunku. Mój syn umiera z głodu.

To dla niego ukradłem – i pokazał dwa skradzione bochenki.

- Zaraz mnie zamkną. Muszę uciekać!

- Nie pozwolę cię skrzywdzić. Pokaż mi dom i syna.

- Ja nie mam domu. Mieszkamy tam – i dygocącą dłonią wyrzutek wskazał wysypisko śmieci.

- Chodźmy więc – odrzekł wzruszony „ojciec nędzarzy”.

Wzmocniony żebrak wstał i we trzech udali się we wskazane miejsce.

Do ich uszu docierały jęki umierającego człowieka.

- To on – ze łzami w oczach stwierdził bezradny ojciec. Brat Albert dostrzegł alabastrową twarz ginącego młodzieńca.

- Potrzebuje lekarza. Szybko! Zabieramy go – krzyknął „ Brat naszego Boga”.

Unieśli gasnące ciało niosąc w nieznanym kierunku.

- Tutaj. Wejdźmy – wskazał Chmielowski.

W schludnym, lecz ubogim domu znaleźli wolne łóżko.

- Sprowadzę lekarza. Ufaj i módl się.

Po chwili Albert ukazał się ponownie wraz z medykiem.

- To silna anemia – zabrzmiała pełna nadziei diagnoza.

Wyjdzie z tego. Nie może jeść dużo na raz. Częste, niewielkie posiłki. Odzyska siły – doradzał doktor.

- Nie wiem, jak dziękować – łkając wydusił z siebie ojciec.

Jesteś dobry… jak chleb.

Albert przytulił go serdecznie i wyszeptał :

- Nie mnie, Jemu podziękuj – i uniósł wzrok w górę.

- Dostrzegłem w Tobie Jego oblicze. Są jeszcze wolne miejsca. Noce chłodne, a bezdomnych coraz więcej. Pomóż mi ich znaleźć. On pragnie takiej modlitwy.

Albert zaprowadził nędzarza do swej dawnej posiadłości.

- Mam jeszcze kilka obrazów. Sprzedajmy je. Nikt nie może umierać

z głodu.

Drzwi otworzyła pulchna służąca.

- Panie Maksymilianie. Jakiś dziwak w łachmanach.

Nowy właściciel majątku podszedł do drzwi.

- Czego tu jeszcze szukasz! – wrzasnął opryskliwie.

- Moje obrazy. Oddaj mi je. Niczego więcej nie pragnę. Dostałeś wszystko – smutnym głosem rzekł Chmielowski.

- Właź szybko. Co powiedzą sąsiedzi? Taki włóczęga w moich progach?

Zabieraj swoje bohomazy i wynoś się! Żebym cię więcej nie widział!

Albert zdjął ze ściany dwa obrazy i opuścił wyniosły przybytek.

- Adamie, nie żałujesz, że pomagając nam straciłeś wszystko?- zapytał żebrak za drzwiami.

- Nie żałuje. On by tak uczynił … i wzniósł wzrok ku bezchmurnemu niebu boskiego miłosierdzia.

- Spójrz na nią – rzekł Albert po chwili kontemplacyjnej wędrówki.

Dygoce z zimna. Co ona ma w tym zawiniątku? Podejdę bliżej.

- Nie zabierajcie mi go – wykrzyknęła przerażona kobieta.

- Nie bój się – powiedział Chmielowski. Kątem oka dostrzegł maleństwo.

Nie zabiorę ci synka.

- To córeczka. Ona nie płacze. Nie ma siły – kobieta spazmatycznym płaczem przecinała martwą ciszę nędzy krakowskiego Kazimierza.

- Chodź z nami.

Na pobliskim bazarze Albert sprzedał obrazy. Z zakupionego kosza żywności wyjął chleb i podał matce.

- Nakarm ją. O sobie też nie zapomnij.

Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Uwiązł w gardle. Z oczu wytrysnęła fontanna łez. Albert mocno przytulił je do siebie.

- Teraz już w drogę. Wieczór się zbliża, a chłód coraz bardziej przejmujący.

Potem były sieroty okradające przechodniów, dziewczyna

z przemrożonymi kwiatami  w dłoniach, skrzypek z pustym kapeluszem, staruszek wygrzebujący ze śmietnika resztki żywności…

Wszyscy mieli Jego oblicze.

Plon dziesięciokrotny urastał do stu i tysiąckrotnego. Potężne dzieło umiłowania społecznych wyrzutków.

Aż zgasł. Brat naszego Boga opuścił tych, których nad życie ukochał. Spełniło się dzieło nie z tego świata. Do niego trafił, by w Jego obliczu przejrzeć karty swej ziemskiej wędrówki.

Z zadumy wyrwał Go potężny głos Stwórcy :

- Albercie, „Byłem głodny, a dałeś Mi jeść;

Byłem spragniony, a dałeś Mi pić”

Umierałem z zimna, a Ty Mnie ogrzałeś.

Byłem bezdomny, a Mnie przygarnąłeś.

Szyderstw cierń wbijano, Ty honor  oddałeś

I nad łzą bezradną wciąż się pochylałeś.

Siebie oddawałeś im  w Moim imieniu

I Mnie dostrzegłeś w strwożonym istnieniu.

Adam pokornie skłonił  wzrok. Upadł na kolana, a łza szczęścia mięciutko zatonęła w śnieżnobiałym obłoku.

- „Pójdź, błogosławiony Ojca mego, weź w posiadanie królestwo, przygotowane dla Ciebie od założenia świata! (Mt,25,34)

Ostatni wers boskiej biografii Brata Alberta, wpisany w księgę życia anielskim inkaustem brzmiał :

„Każde życie nawet najmniej znaczące dla ludzi, ma wieczną wartość przed oczami Boga”…

GABRIELA MOTYKA

https://www.slideshare.net/secret/xZkIk6MIztFPBU

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

CommentLuv badge